Armenia Dziecko w podróży

Armenia: Pierwsze spotkanie

Written by magda

Podróż do Armenii trochę przypomina randkę w ciemno. Z jednej strony cieszysz się na nią, bo wiesz, że Armenia jest wspaniała, ma dużo do opowiedzenia i pokazania. Z drugiej boisz się, czy po latach życia w ZSRR, nie uśmiechnie się do ciebie nagle złotymi zębami i trzeba będzie szybko zakończyć spotkanie.

Pierwsze zetknięcie z Erewaniem nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy podróżujemy z dzieckiem. Z prostego powodu. Samoloty LOT z Warszawy do Erewania przylatują o absolutnie nieludzkiej godzinie – 3.40 rano. A jeśli są opóźnione, co na tej trasie podobno jest standardem, lądują po 4. Tak było w naszym przypadku. Samolot był wypełniony i tylko dzięki pomocy życzliwej stewardessy Chruczek mógł wyciągnąć się na dwóch fotelach Embraera i spokojnie przespać 3,5 godziny lotu.

Chrucz wysypia się na pokładzie samolotu LOT-u.

Na lotnisku obudził się i przeszliśmy przez odprawę. I od razu muszę powiedzieć, że ścieżka dla rodzin z dziećmi jest na lotnisku w Erewaniu godna pochwały i wyjątkowa na tle nowoczesnych, europejskich lotnisk (ile razy musiałam się upominać lub wręcz kłócić o wyjątkowe traktowanie małego pasażera!)  Tu natychmiast wyłapano nas z tłumu podróżnych, zwieziono z wózkiem windą i poprowadzono korytarzem uprzywilejowanym i wpuszczono z pierwszeństwem do kontroli paszportowej. Nie musieliśmy z dzieckiem stać w kolejce podróżnych, co dla rodziny z maluchem jest naprawdę ważne.

Pogranicznik wstemplował nam do paszportów pieczątkę z wizerunkiem Araratu –  świętej góry, symbolu Armenii, który będzie towarzyszył nam na każdym kroku naszej wyprawy.

Pieczątka z Araratem. To symbol, który nie będzie nas opuszczał w Armenii.

W hali odlotów czekał na nas duży ekran z naszym nazwiskiem i napisem Welcome to Armenia. To shuttle taxi, które odwiezie nas do hotelu. O tak dzikiej porze nie mamy co liczyć na marszrutki czy autobusy, które tanio pozwolą nam się dostać do odległej o 16 kilometrów od lotniska stolicy. Choć zazwyczaj staramy się być w podróży oszczędni, o 5 rano z 3,5-latkiem nie wytaniamy, tylko staramy się szybko i sprawnie dotrzeć do hotelu, żeby nie zmarnować dnia i za kilka godzin wstać z nowymi siłami do zwiedzania.

Powitanie na lotnisku.

Przejazd przez miasto nocą nie zrobił na nas najlepszego wrażenia. Latarnie uliczne wygaszone, zaledwie kilka oświetlonych ważniejszych budynków. Poczuliśmy się jakbyśmy przenieśli się w czasie w lata 70-te.

Na nasze pierwsze dni w Erewaniu wybraliśmy Hotel Nova (więcej w kolejnym wpisie). Bardzo przyzwoity, czterogwiazdkowy, ale nie za drogi. Z dobrym śniadaniem i internetem. I złotą rybką w lobby, którą pokochał Chruczek. Ale przede wszystkim doskonale położony w centrum miasta, bo do wszystkich muzeów i istotnych miejsc, które odwiedzaliśmy, mogliśmy dojść na piechotę.

Po dwóch godzinach snu ruszyliśmy na pierwsze spotkanie z miastem. Pierwszą rzeczą jaka nas urzekła, były ulice. Równiutkie chodniki. Co prawda krawężniki są, jak w całym byłym sojuzie, na wysokości kolan, to jednak nie trzeba zwyczajowo zrzucać z nich wózka przy przechodzeniu przez ulicę, bo są podjazdy! Nowiutkie, bez dziur, naprawdę klasa.

Każdy, kto był w byłych republikach z dzieckiem wie o czym mówię i ten fakt doceni.

Ulica w Erewaniu.

Pierwszą rzeczą, która minutę później ostudziła nasz zachwyt, był szczur. Wielki (no, bez przesady, widywało się większe w Izraelu czy w Tanzanii), na środku reprezentacyjnej ulicy. Ale Chruczek zwierzakiem się zainteresował, więc uznaliśmy to za pozytywną lekcję poznawczą.

Wizytę w Erewaniu, mieście, które w przyszłym roku będzie świętować swoje 2800 urodziny (tak, jest o 30 lat starsze od Rzymu!), zaczęliśmy od Muzeum Historii Miasta.

Ekspozycja w Muzeum Historii Erewania. To stągwie do przechowywania piwa i pierwsze antyczne słomki.

Dowiedzieliśmy się jak wyglądały pierwsze osady ludzkie, jak przed tysiącleciami pito piwo przez słomkę, posłuchaliśmy o głównym projektancie „różowego miasta”, który stworzył koncepcję miasta, w którym wszędzie można dojść na piechotę, a budynki zrobione są z różnych odcieni różowego tufu.

Poznaliśmy ciekawostki związane z miejskim zegarem i opowieść o tym, jak koniak Ararat stał się sławny na cały świat (o tym w następnym wpisie). Wysłuchaliśmy także przepięknego, poruszającego hymnu Erewania, który Ormianie wolą od państwowego.

Muzeum Historii Miasta przy Ratuszu Miejskim w Erewaniu.

Potem ruszyliśmy do Muzeum Lalek. Mieliśmy szczęście, bo to wyjątkowe miejsce w dawnym zabytkowym szpitalu otwarto zaledwie 2 tygodnie temu. Niezwykła kolekcja tradycyjnych lalek w ludowych strojach, związanych z karnawałem, postem czy zwyczajami dożynkowymi, jest niesamowita i pozwala poznać kulturę Armenii w przystępny sposób. Więc, jeśli jesteśmy w Erewaniu z dziećmi warto wpaść tu, zwłaszcza, że muzeum jest tuż obok głównego miejskiego placu, Placu Republiki.

Ekspozycja w Muzeum Lalek w Erewaniu.

Z balkonu muzeum Chruczek wypatrzył to, co lubi najbardziej. Lody. Chcąc niechcąc poszliśmy do budki z lodami i… odetchnęliśmy z ulgą. Na szczęście w Erewaniu lody są niedrogie (miła odmiana po Izraelu, gdzie za najmniejszą porcję trzeba było wyskakiwać z 15-25 złotych), kosztują niecałe 2 złote za małą porcję w wafelku – w sam raz dla 3,5-latka. na Placu Republiki, przy fontannach, cieszyliśmy się południowym słońcem. Myśleliśmy o tym, że jesteśmy o krok od Iranu, Iraku, Azebrejdżanu. Że księżyc na tej szerokości geograficznej układa się zupełnie inaczej. Że czujemy nieustanną obecność Araratu. TEJ góry, której zaśnieżony szczyt widać z każdego miejsca w Erewaniu.

Chruczek przy fontannie na Placu Republiki. Tak, TAM jest ten słynny zegar, o którym opowiemy wkrótce.

Na koniec spaceru spędziliśmy jeszcze chwilę przed kinem Moskwa na rozmowie z lokalnymi mamami przy wielkiej szachownicy, na której dokazywały dzieci. Zauważyliśmy, że choć wiele osób mówi tu po angielsku, to jednak, kiedy przechodzimy na rosyjski, wtedy dopiero otwierają się serca i rozwiązują języki. Musimy naszego synka koniecznie nauczyć tego języka, bo podróżować do tej części świata na pewno będziemy często.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

Chru z miejscowymi dzieciakami gra w szach-maty.

About the author

magda

Dziennikarka, autorka przewodników turystycznych i książek dla dzieci, licencjonowana pilotka i przewodniczka. Podróżuje od zawsze. Teraz pokazuje świat swojemu synkowi Wilhelmowi. O podróżach mówi w telewizji, radiu, pisze w gazetach i serwisie turystycznym TURYSTYKA24. Nie lubi jeździć dwa razy w to samo miejsce. Wyjątkiem są Jerozolima i Marsylia, gdzie może wracać bez końca.

2 komentarze

Leave a Comment

Close