W dobrej formie

Dieta wegańska. Czy bez jedzenia mięsa i nabiału da się żyć i nie zwariować?

Written by sergiusz

Jedzenie to jedna z największych przyjemności. Niestety. Ale czy można przy okazji spełniania swoich kulinarnych zachcianek nie rujnować zobie zdrowia? I czy dieta wegańska to coś, w co wolno mieszać nieświadomego czterolatka? Gdybyście mnie zapytali o to miesiąc temu odpowiedziałbym bez wahania – nie. Jeszcze miesiąc temu…

 

Wszystko zaczęło się oczywiście od Magdy. Jakiś czas temu przesłała mi jeden z tych filmów dokumentalnych, w których nawiedzony koleś odkrywa Amerykę, że pieniądz rządzi światem. Ile już widziałem takich YouTubowych arcydzieł robionych pod tezę!

Ale obejrzałem, bo skoro żona coś podsyła to kim ja jestem, by jej odmówić poświęcenia godzinki na film?

Film zrobił na nas wrażenie, choć jest irytujący, bo pokazuje drogę dochodzenia do tezy, którą w sumie od początku znamy. Jedzenie mięsa jest złe dla naszego zdrowia. Przetworzone produkty mięsne są rakotwórcze, a czerwone mięso zabójcze dla sercowców. Ale to nie koniec. Złe dla organizmu jest też picie mleka i jedzenie serów i jogurtów mlecznych. Fatalne w skutkach jest jedzenie jajek. Nawet ryby, te zdrowe ryby, są karmione antybiotykami i nasączone rtęcią.

Dlaczego? Obejrzyjcie ten film. Albo poszukajcie w internecie. Wystarczy wpisać hasło: roślinożerca. I dowiemy się że nasze jelita mają długość odpowiednią do trawienia zielska, zęby do rzucia roślin a nie rozszarpywania mięsa, ważne jest też to, w którą stronę ruszamy szczęką. No i zapach czego nas naturalnie przyciąga (no przecież surowych warzyw i owoców), a czego odpycha (surowego mięsa).

To są fakty ogólnie znane, więc nie wiem dlaczego tak się tym przejęliśmy. Może po prostu od jakiegoś czasu już ta decyzja w nas dojrzewała? Magda już od dawna, poza incydentalnym jedzeniem mięsa, w zasadzie jadła jak wegetarianka. A może liczyliśmy, że zrzucimy przy tej okazji parę nadmiarowych kilogramów?

W każdym razie postanowiliśmy spróbować wyeliminować z naszych posiłków mięso, ryby, nabiał i jajka. Od razu dwa zastrzeżenia: przyjęliśmy, że nie będziemy do tego zmuszać dziecka (weganie pewno podniosą krzyk, że sami chcemy odżywiać się zdrowo, a dziecko trujemy). Ale jak lubi parówki i fish fingers, to trudno. Może kiedyś sam się zorientuje, że rodzice takich rzeczy nie jedzą. Druga sprawa dotyczy mnie osobiście. Jestem przewodnikiem turystycznym. Gdy jadę na wyprawę, nie mogę mieć specjalnych wymagań co do jedzenia. A na Islandii jest więcej niż pewne, że będę miał wybór najwyżej między zjedzeniem śledzia lub rekina, a warzywa zobaczę dopiero po powrocie do domu. Dlatego już dziś wiem, że jeśli nie będzie niczego innego, to zjem to co będzie dostępne. Bez wyrzutów sumienia.

À propos sumienia. Mam nadzieję, że jedzenie nie stanie się dla nas sprawą polityczną ani religijną. To kuszące, by ogrzać się w ciepełku konfliktu cywilizacyjnego. Ogłosić, że nie jemy mięsa na złość temu, czy innemu politykowi. Że niby po jednej stronie są wegetarianie i cykliści, a po drugiej tępi mięsożercy i amatorzy disco polo. Ale taka deklaracja to prosta droga, żeby się ze wszystkimi skłócić. W polskich warunkach skończyłoby się w najlepszym razie na wymianie złośliwości. Jedni by dowodzili, że nigdzie w Ewangelii Jezus nie je mięsa. Drudzy heheszkowaliby, że Hitler był przecież wege.

Na szczęście świat jest bardziej złożony. Bywają mięsożercy z KOD-u (znam), jak i weganie, którzy mają serce po prawej stronie (też znam). Można nawet biegać maratony nie jedząc od las mięsa ani nabiału (znam ze słyszenia).

OK. Odstawiamy ideologię i przechodzimy do praktyki.

Jak, u licha, można przeżyć na sałacie i kiełkach?

To była moja pierwsza myśl, gdy szybko przebiegłem w myślach listę tego, co lubię gotować i jeść: rano jajecznica, czasem parówki, chleb z prawdziwym masłem, plasterek szynki i żółtego sera, a do tego czasem kawałek kiełbasy z musztardą. Potem żurek z jajkiem na kiełbasie, albo kwaśnica na ziobrze. Pierogi z mięsem, albo paszteciki. A w wersji light leczo z serem haloumi, albo pieczony łosoś. Po takim obfitym obiedzie, na kolację już tylko sałatka nicejska z jajkiem, tuńczykiem i anchovies, albo cesarska z kurczakiem. A do tego, w ciągu dnia, kilka kawek z mleczkiem.

Co z tej listy jest wegańskie? Musztarda.

No dobra. Wszystko z lodówki do kosza i zęby w ścianę. No nie. Przecież jak będę głodował, to skończę tę dietę zanim ją w ogóle zacznę.

Poszliśmy więc z żoną do Tesco i stanęliśmy przed półką z wegańskim żarciem. Nie jest tak źle. Kupiliśmy kilka rodzajów jogurtów z soi, migdałów i kokosa. Okazały się – o dziwo – rewelacyjnie smaczne. A po wrzuceniu do nich garści orzechów i odrobiny marmolady malinowej – jemy to z entuzjazmem. Trochę nas zawiódł cheddar z tofu, ale jako zwykły „żółty ser” jest w porządku. Zamiennikiem mleka są białe napoje z soi, ryżu, migdałów i kokosa. Do smaku można się przyzwyczaić. Zwłaszcza, że z kawy przerzuciliśmy się na japońską herbatę matcha. To już nie ma oczywiście nic wspólnego z wegańską dietą, bo zarówno kawa jak i herbata są przecież OK. Ale matcha to po prostu sproszkowana zielona herbata, którą pije się razem z „fusami”, bo w nich są te słynne herbaciane antyoksydanty.

Najbardziej się bałem, że ta wegańska dieta sprawi, że będę chodził non stop głodny. A jak Polak głodny, to… wiadomo. Dlatego od razu ustaliliśmy, że jemy pięć niewielkich posiłków dziennie. Licząc od 8:30 rano. No i pijemy full wody. Na szczęście kranówka w Liverpoolu jest pyszna.

Do każdego ciepłego posiłku zjadamy miskę sałaty z sosem, który robię z soku z cytryny, miodu, musztardy i oliwy. Magda już się śmieje, że przecież miód nie jest wegański, bo pochodzi z wykorzystywania pszczół. Ale jestem przecież początkującym weganinem, a nie ekoterrorystą. Robię też soki warzywne w sokowirówce (seler, burak, jabłko, marchewka). Jako przekąskę na drugie śniadanie lub podwieczorek serwujemy sobie owoce.

A potem, w pobliskim centrum handlowym odkryłem sklep ze zdrową żywnością. Oprócz tego co w Tesco (tylko drożej) było trochę dziwnych rzeczy, które udawały hamburgery, pasztetową, salami, szynkę, a nawet paluszki rybne – ulubioną potrawę Chruczka. Nie lubię, jak coś udaje coś innego (choć jestem w stanie zrozumieć, że zwykła soja o smaku soi nie cieszyłaby się aż taką popularnością). Ale te „fish fingers” w końcu kupiłem i podałem dziecku.

Magda mówi, że były bardzo smaczne. Chruczek się zorientował po pierwszym kęsie i odmówił współpracy.

No cóż. Nic na siłę.

Zobaczymy za parę lat.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

2 komentarze

Leave a Comment

Close