Dolna Saksonia Dziecko w podróży

Dolna Saksonia: do góry nogami

Written by magda

Dziś dzień wielkiego szaleństwa. Więc obudziliśmy się o świcie i przeglądaliśmy mapę największego parku rozrywki w regionie – Heide Park, planując z jakich atrakcji skorzystamy.

Trzylatek jeszcze nie łapie tego, co może być fajne w dalszym ciągu dnia i nasze nieudolne próby opowiedzenia mu o tym, co go czeka, nie odniosły sukcesu.

– Kochanie, będziesz na największym placu zabaw jaki do tej pory widziałeś – klarowała Magda. Bo chociaż Chruczek widział już niejedno, to do największego w północnych Niemczech wesołego miasteczka a la Disneyland jeszcze go nie zabieraliśmy.

– Chcę zostać w przyczepce – kłócił się Chruczek, który pokochał życie w camperze.

– Ale będą samoloty i pociągi i autobus! – przekonywaliśmy.

Autobus podziałał. Chruczek jest w zasadzie od zawsze miłośnikiem komunikacji, więc chętnie wdrapał się na swój fotelik i ruszyliśmy. Od naszego campingu do największego parku rozrywki w te części Europy jest zaledwie 15 minut jazdy samochodem. Więc jeśli wybieracie się tutaj z dziećmi, warto właśnie tak zaplanować nocleg. Choć można także zamieszkać na miejscu. Przy samym Heideparku jest camping, a także “Hotel Przygód”, gdzie wprost z lobby wchodzi się w świat rozrywek.

Tu będzie Ci się podobało – przekonywała Chruczka Magda

Tu będzie Ci się podobało – przekonywała Chruczka Magda

Chruczek po przejściu przez bramkę – bo bilet w Heideparku kupuje się wygodnie – i kasuje tylko raz przy wejściu (jednodniowa wejściówka kosztuje 46 euro, dzieci do 11 lat – 39 euro, a dzieci do 3 roku życia wchodzą za darmo), ruszył pomiędzy bajkowe budynki, które na szczęście nie wyglądały tak sztucznie jak w Disneylandzie, tylko zachowały wszystkie cechy najpiękniejszych miast regionu. Są tu budynki w konstrukcji szachulcowej, małe pałacyki, czy górskie chaty, jakie znamy z wypadów narciarskich w Alpy. Potem do wszystkich szaleństw jest nielimitowany wstęp. Więc jeśli ktoś, tak jak nasz synek, ma ulubioną atrakcję, może z niej korzystać dowolną liczbę razy.

To na szczęście nie jest plastikowy Disneyland. W Dolnej Saksonii udało się stworzyć naprawdę ładny park rozrywki.

To na szczęście nie jest plastikowy Disneyland. W Dolnej Saksonii udało się stworzyć naprawdę ładny park rozrywki.

Zaczęliśmy od pociągu, ślicznej ciuchci, która objeżdża cały teren parku. Przejażdżka trwa kilka minut, a w tym czasie można się zorientować w którą stronę ruszyć dalej, bo obszar Heide Park jest naprawdę ogromny. To ponad 850 000 m2. Po wstępnym rozeznaniu ruszyliśmy w stronę Krainy Piratów. Na początku, jako odpowiedzialni rodzice, celowaliśmy w tratwy łagodnie unoszące się na spokojnej tafli wody, na których małe dzieci z uśmiechami na buźkach płynęły ze swoimi rodzicami.

Tratwy nam się podobały, ale Chruczek chciał czegoś mocniejszego.

Tratwy nam się podobały, ale Chruczek chciał czegoś mocniejszego.

Jednak Chruczek spojrzał na nie z niesmakiem i pokazał na wielkie łodzie piratów, z których dobiegały wrzaski i dolatywały fontanny wody. Spojrzeliśmy na kościotrupy i armatki, ale wydawało nam się, że to atrakcja, jakie znamy z Legolandu, gdzie kościotrup najwyżej się zatrzęsie kiedy przepływa łódź, a jednooki pirat wyda z siebie złowieszcze: ho ho ho! I tyle. Nieopatrznie nie zwróciliśmy też szczególnej uwagi na wielką suszarkę za 2 euro, do której stała kolejka po wyjściu z atrakcji… Tylko beztrosko weszliśmy na pokład. Pierwsza rzecz, której trzeba było szybko się nauczyć, to obsługa armatki z wodą. Szybkie zakręcenie dźwignią i strumień wody uderzył w zwisającego nad nami kościotrupa. Ten odwdzięczył się celnym siknięciem prosto w nas. Jakoś udało nam się uchylić, ale chwilę później prosto w Chruczka trafiła salwa z wodnej armaty. Potem była już ciągła walka. Strzelaliśmy my, strzelały kościotrupy z wodnymi rewolwerami w kościstych rękach, wodą sikały nawet szczury, ale można było je łatwo zastrzelić z naszej armatki. Ale najgorsi byli inni uczestnicy zabawy! Kolejne statki co chwilę mijają się, a ich załogi nie biorą jeńców, tylko ile sił naparzają na siebie prosto z wodnych armatek. A jeszcze ci z brzegu! Wokół jeziorka ustawione są stanowiska z armatkami, z których przechodzące łobuzy mogą celować w przepływających turystów.

Bitwa morska. To było to!

Bitwa morska. To było to!

Wyszliśmy z tego cali mokrzy, ale Chruczek z Sergiuszem, nauczeni doświadczeniem, na kolejne pół godziny zniknęli na brzegu, mszcząc się wodnymi salwami na kolejnych przepływających statkach. Ruszyliśmy dalej. Przed nami wyrosły dziesiątki kolejek i rollercoasterów. Największą grozę budziła wieża kolejki Krake. To pierwsza w Niemczech i druga w Europie kolejka typu Dive-Coaster, to znaczy, że najpierw jedziesz z pieca na łeb a jakby tego było mało wpadasz wprost do wody. Wjeżdża się tam na górę wagonikami, które jadą powoli ku przeznaczeniu, by na samym szczycie zatrzymać się na sekundy, które wydają się być wiecznością, podczas których śmiałkowie wiszą nad pionową przepaścią widząc co ich czeka. A czeka ich przepastna, zębata paszcza Lewiatana, w którą wpadają w stanie nieważkości. Potem wielki plusk do wody i szaleńcza jazda do góry nogami po kolejnych zakrętach. Kąt pierwszego spadu wynosi… 90°. Czyli całkiem pionowo w dół. Jak dla nas, to powinni dopłacać za takie przeżycia. Ale wszyscy wysiadający byli zachwyceni. i pełni energii. Adrenalina to jednak mocna rzecz!

Najpierw jest zjazd pod kątem 90 stopni, a potem wielki plusk...

Najpierw jest zjazd pod kątem 90 stopni, a potem wielki plusk…

Nasz trzylatek jest na to jeszcze za mały, ale jak zaczarowany obserwował kolejne wagoniki jadące w przepaść. Z małym dzieckiem idealne w Heide Park są widokowe kolejki. Choć Chruczek na podstawie poprzednich obserwacji trochę bał się, że jadący w powietrzu wagonik nagle ruszy ostro w dół w paszczę jakiegoś potwora, jednak ostatecznie przekonał się do Panoramicznej Kolejki przejeżdżającej nad całym parkiem. Potem trochę postraszyliśmy się w części Transylvania, gdzie królowały rollercostery grozy i wieża o sugestywniej nazwie “Scream”. Wiszące w powietrzu fotele podczepione są wokół wysokiego betonowego słupa. Wygląda to, jakby trzon wysokiej wieży telewizyjnej z obrotową kawiarnią na szczycie ktoś obłożył dookoła wariatami na krzesłach. Fotele wjeżdżają na górę. Zatrzymują się na trwające całą wieczność kilka sekund i niespodziewanie zrywają się w dół. Patrząc na krzyczących rozpaczliwie ze strachu miłośników adrenaliny Sergiusz powiedział, że chyba jednak zrezygnuje, bo bardzo smakowało mu śniadanie i chciałby je w sobie utrzymać, a następnie z godnością oddalił się w przeciwnym kierunku.

A to błąd, bo warto tu spróbować jeszcze kilku atrakcji. Najwyższą i najszybszą kolejką górską jest Collossos, która w 2003 roku została zapisana do księgi rekordów Guinnessa jako drewniana kolejka o największym kącie pierwszego spadku (aż 61°!)

Na naszej drodze były kolejne karuzele, rollercoastery i stawy pełne łódeczek. Tłumy nastolatków wymieniały pełne emocji doświadczenia. My wybraliśmy górski rafting. Chruczek, kiedy zobaczył pod naszymi nogami spieniony wodospad i domyślił się co go czeka, chciał natychmiast uciekać. Ale kiedy już wylądowaliśmy w okrągłym pontonie i ruszyliśmy wartkim nurtem do jaskini, było za późno. Potem progi wodne, wodospady i wiry. Trochę straszno i trochę śmieszno, czyli idealna dawka rodzinnych emocji. W zasadzie to chyba najlepsza atrakcja dla małych dzieci i rodziców, bo trzęsie i rzuca, trochę moczy wodą, ale jest bezpiecznie i żołądek nie podchodzi do gardła, jak na większości atrakcji w Heide Park. Chociaż Chruczek, kiedy pytamy go, co mu się dzisiaj najbardziej podobało, odpowiada z niezachwianą pewnością: „pociąg!!!”

Przejażdżka ciuchcią okazała się prawdziwym hitem. Może dlatego, że potem napięcie już tylko rosło.

Przejażdżka ciuchcią okazała się prawdziwym hitem. Może dlatego, że potem napięcie już tylko rosło.

Może Chruczka urzekły widoki z parkowej ciuchci?

Jest coś i dla starszych, jak my. Przejażdżka po romantycznym ogrodzie samochodami w stylu retro.

Po wyjeździe z Heide Park ruszyliśmy autostradą, a tuż przy zjeździe z niej Chruczek bystro dostrzegł żółtą, zdradliwą literkę „M”. Chcieliśmy jakoś odwrócić jego uwagę, żeby nie ciągnął nas na frytki, więc pokazaliśmy w drugą stronę.

– Chruczek zobacz! Dom do góry nogami!

Co? – spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem? Czyżby roller coastery w Heide Park zupełnie namieszały nam w głowach? Nie. Przy ulicy rzeczywiście stał dom stojący na dachu. No to weszliśmy. Już od wejścia wariował błędnik.

– Co was podkusiło, żeby postawić tu dom do góry nogami? – zapytałam stojącego przy drzwiach właściciela Das Verrückte Haus w Bispingen.

– Zdziwicie się, bo pomysł wziął się z Polski – odpowiedział bez mrugnięcia okiem właściciel atrakcji. – U nas w Niemczech wszystko jest poukładane. Tylko kiedyś mój tata wyjechał do Polski i zobaczył u was taki dom do góry nogami. I tłumy turystów, którzy go odwiedzali. Pomyślał, że to może dobrze sprawdzić się w Niemczech.

Zabawa z iluzją w „domu na głowie”

Zabawa z iluzją w „domu na głowie”

– Wcale się nie dziwimy, u nas wszystko stoi na głowie – przyznał Sergiusz.
– No to poczujecie się tu jak w domu – odparł z uśmiechem nasz gospodarz.

Wejście do Odwróconego Domu to wejście w świat surrealizmu. I w zasadzie trudno powiedzieć czy lepiej bawią się dorośli czy dzieci. Niby wszystkie pokoje urządzone są normalnie, w salonie stół i krzesła, w pokoju dziecięcym łóżka, biurko i bałagan – porozrzucane wszędzie ubrania i zabawki, w łazience prysznic i toaleta. To właśnie otwarty sedes budzi największe emocje roześmianej młodzieży z niemieckiej szkoły, z którą zwiedzamy Das Verrückte Haus. Dzieciaki udają, że wiszą z mebli, ciekawie zaglądają do toalety, śmieją się z wiszącego do góry nogami kota na posłaniu.

Dom to największa atrakcja dla młodzieży. Chruczek docenił za to całkiem zwyczajną piaskownicę nieopodal domu.

Dom to największa atrakcja dla młodzieży. Chruczek docenił za to całkiem zwyczajną piaskownicę nieopodal domu.

Ale koniec zwiedzania domu to nie koniec atrakcji. Po wyjściu z Odwróconego Domu Chruczek wraz z grupą szkolnej młodzieży wpadł na plac zabaw. Dzieciaki ścigają się na mechanicznych konikach, Chruczek z dumą dosiada trochę mniejszego tygrysa na kółkach i towarzyszy niemieckim kolegom. Potem skacze na trampolinach, wreszcie z ulgą dopada sklepiku, z którego wychodzi z zabawkową ciężarówką i sokiem ze świeżych pomarańczy.

Zachęcamy naszego syna do tego, żeby sam zamawiał sobie w restauracjach, ale tym razem nas zaskoczył. Dobrze, że nie zamówił coli… Jednak skutecznie udaje nam się odwracanie uwagi w okolicach żółtej, zdradliwej literki „M”.

About the author

magda

Dziennikarka, autorka przewodników turystycznych i książek dla dzieci, licencjonowana pilotka i przewodniczka. Podróżuje od zawsze. Teraz pokazuje świat swojemu synkowi Wilhelmowi. O podróżach mówi w telewizji, radiu, pisze w gazetach i serwisie turystycznym TURYSTYKA24. Nie lubi jeździć dwa razy w to samo miejsce. Wyjątkiem są Jerozolima i Marsylia, gdzie może wracać bez końca.

Leave a Comment

Close