Dolna Saksonia Dziecko w podróży

Dolna Saksonia: wrzosowiska na rowerze

Written by sergiusz

Dziś od rana zwiedzaliśmy Dolną Saksonię dokładnie tak, jak powinno się to robić. Dziesiątki rowerów na ulicach, zaparkowanych przed sklepami czy kawiarniami, sieć ścieżek rowerowych która dociera wszędzie, to nie przypadek. To idealne miejsce do podróżowania na dwóch kółkach.

Dlatego dzień rozpoczęliśmy od wypożyczenia dwóch rowerów z przyczepką. Chruczek jest tak ruchliwym łobuzem, który nie umie usiedzieć w miejscu dwóch minut, że wycieczka z krzesełkiem z tyłu szybko skończyłaby się wywrotką. Na szczęście do naszych rowerów dostaliśmy solidną przyczepkę i ruszyliśmy w drogę.

Miły pan przykręcił Chruczkowi przyczepkę i nauczył go pierwszego niemieckiego słowa: Fahrrad.

Miły pan przykręcił Chruczkowi przyczepkę i nauczył go pierwszego niemieckiego słowa: Fahrrad.

Najpierw przez miasteczko Schneverdingen, w którym chyba więcej jest drogowskazów rowerowych niż znaków dla samochodów. Po cichych uliczkach bez aut, między wypielęgnowanymi trawniczkami przed czystymi domami z ciemnobrązowej cegły, jedzie się idealnie. Przy bardziej ruchliwych drogach są asfaltowe ścieżki rowerowe. Ruszamy w stronę wrzosowisk. Okolice Schneverdingen słyną z ciągnących się po horyzont wrzosowych pól.

DSC_7263

Ruszamy na wrzosowiska. To nie sezon ich kwitnienia, ale i tak robią wrażenie.

Skręcamy na piaszczystą drogę. Ziemia, na której rosną wrzosy, to przede wszystkim piaski, gleba musi też być bardzo zakwaszona. Fioletowo-liliowy spektakl rozpoczyna się tu w połowie sierpnia i trwa do końca września. W tym czasie trudno w okolicy o nocleg, bo przyjeżdżają tu tłumy. Odbywa się wiele festiwali, w tym wybory Wrzosowej Królowej spośród lokalnych piękności. Nas zauroczyła polana wśród wrzosowych pól, na której odbywają się koncerty muzyki klasycznej, a na okalających ją wzgórzach są ławki dla widzów.

Chruczek w lasach pod Schneverdingen.

Chruczek w lasach pod Schneverdingen.

Teraz, na początku maja, też jest pięknie. Po horyzont ciągną się złoto-brązowe pola. Piaszczysty dukt wije się lekko pod górę, gdzieniegdzie spod kół nagle wyrastają korzenie. Musimy więc robić z przyczepką niezły slalom. Chruczkowi ta dzika trasa bardzo się podoba. Patrzy na turystów maszerujących z kijkami nordic walking i radośnie pozdrawia ich nowo poznanymi niemieckimi słowami. Umie już powiedzieć „Fahrrad” na rower, którym jedziemy, „tschuss”, „danke” i „bitte”.

Wycieczka rowerowa po Dolnej Saksonii bardzo się Chruczkowi podoba.

Wycieczka rowerowa po Dolnej Saksonii bardzo się Chruczkowi podoba.

Dojeżdżamy do wrzosowych ogrodów Heidegarten in Hopen, które znamy z wczorajszej wycieczki. Tym razem wśród fioletowych kwiatów krzątają się fotografowie, którzy robią zdjęcia młodym parom. W końcu jest sobota. Jeszcze krótki zjazd szeroką trasą w dół wzgórza i jesteśmy na przystanku, z którego odjeżdżają bryczki. Przejażdżka po okolicznych lasach trwa 2 godziny. Koniki bardzo podobają się Chruczkowi, a jego mamie jeszcze bardziej podobają się kraciaste koce, którymi można się okryć. Pogoda w majówkę nie rozpieszcza, więc podczas tych kilku godzin na rowerach trochę zmarzliśmy.

Chruczek w bryczce podziwia koniki.

Chruczek w bryczce podziwia koniki.

Po drodze nasza przewodniczka powozi końmi (z których jeden okazuje się być koniem z Polski), a Chruczek uczy się nowego słowa „Pferdschien” czyli koniki. Słuchamy także o ciekawostkach mijanych po drodze – pięknych domach szachulcowych, w których mieszkają artyści, szopach dla owiec przerobionych na kawiarnie czy o wrzosach, które są bogactwem tej ziemi. Nie tylko przyciągają turystów, ale i ubarwiają życie mieszkańcom, a także są podstawą wielu lokalnych produktów. Tutejsze pamiątki wyglądają jakby były produkowane w Prowansji. Na ceramicznych talerzykach widnieje biały domek, za którym po horyzont ciągną się fioletowe pola. Tyle że tu, to wrzosy, nie lawenda. W okolicach Schneverdingen można zjeść ciasta z wrzosem, albo napić się „wrzosówki” – pięćdziesięcioprocentowego wyciągu z liliowych kwiatów. Mocna rzecz!

Sielski, wrzosowy klimat Dolnej Saksonii.

Sielski, wrzosowy klimat Dolnej Saksonii.

Wracamy na nasz camping i nagle… Stop!

Chruczek dostrzegł wielkie stado owiec i kóz dostojnie kroczących po poboczu drogi. Zatrzymujemy się, a nasz synek bez cienia strachu wpada w kierdel wełniastych, beczących, rogatych bestii. Rozpoznał znaną z brytyjskich bajek które uwielbia ukochaną „baa baa black sheep”. I bardzo chciał ją pogłaskać. Mały juhas jest zachwycony, ale owce nieco mniej. Becząc uciekają w stronę leśnej gęstwiny.

Chruczek wpędził stado owiec do lasu biegając i pokrzykując "baa baa black sheep!"

Chruczek wpędził stado owiec do lasu biegając i pokrzykując „baa baa black sheep!”

Jedziemy dalej. Po chwili las rzednie, a wokół rozciągają się wrzosowiska. Tu była po wojnie brytyjska baza RAF-u. Dziś teren przypomina amerykańską prerię, albo szkockie wyżyny.

Nagle przed nami wyrastają dwie drewniane wieże obwieszone linami i samochodowymi oponami. Surrealistyczna budowla, niczym z planu Mad Maxa, to największy park linowy, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Kletterpark przyciąga młodzież aż z Hamburga – sądząc po rejestracjach zaparkowanych w pobliżu samochodów. Mimo siąpiącego deszczyku sporo tu nastolatków. Jak Chruczek skończy 16 lat, to pewno się tu wybierze z kolegami.

Kletterpark. Mocna rzecz dla starszych dzieci.

Kletterpark. Mocna rzecz dla starszych dzieci.

Wracamy do „domu”. Na kempingu słychać niemal ogłuszający śpiew ptaków. To nowa płyta jakiegoś eko-zespołu? Nie, po prostu ostatnia noc kwietnia. A w tych rejonach Noc Walpurgii. Wokół nas roi się od skrzydlatej hałastry. Wokół małego jeziorka spacerują żurawie. Ależ to wielkie ptaszyska!

Pobliskie krzaki rozbrzmiewają wszelkimi możliwymi trelami. Na moment odcinamy się od tych dźwięków, wchodząc na kolację do kempingowej restauracji. Nie, to zdecydowanie nie jest „standard” jaki pamiętamy z kempingów Francji czy Włoch. Białe obrusy, świece, kominek z pełgającymi ognikami… Z niepokojem przeglądamy kartę. Uff… Nie jest tak źle. Wysmakowane dania z wrzosowisk (już kojarzymy to słowo – Heide, które oznacza wrzos) kosztują 10-12 euro. Próbuję lokalnej specjalności Heidjer-Knipp. To delikatny, pachnący ziołami kotlecik z mielonego mięsa, podany z musem jabłkowym i duszonymi ziemniaczkami.  A do tego „wrzosówka” – pyszny słodki likier, o którym już chyba wspominaliśmy. Piekielnie mocny – ma 50 procent. I idealnie rozgrzewa po trudach włóczęgi po wrzosowiskach.

Chruczek poziewuje. I dobrze. Bo jutro mamy naprawdę arcyciekawy dzień. I musimy się wyspać.

Lokalny przysmak w zadziwiająco eleganckiej restauracji na campingu.

Lokalny przysmak w zadziwiająco eleganckiej restauracji na campingu.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

Close