Dziecko w podróży Gambia

Gambia: Fruit Lady i inni

Written by sergiusz

Żebranie i oferowanie niechcianych usług to codzienność większości krajów, które żyją z turystów. W Gambii też, ale jednak jest tu inaczej. A instytucję Fruit Lady i Juice Mana chętnie przeszczepilibyśmy nad Wisłę. 

Pierwsza Fruit Lady była młoda, wysoka i bardzo dystyngowana. Powiedzieć o niej, że miała maniery brytyjskiej królowej, to nie powiedzieć nic. Nawet Elżbieta II chyba nigdy nie nosiła głowy tak wysoko i nie spoglądała tak dostojnie. No i na pewno nie miała nigdy tak kolorowego zawoju, pięknie kontrastującego z błyszczącą, hebanową skórą.

– Jesteście tu pierwszy dzień, prawda?

– Nie, przyjechaliśmy cztery dni temu.

Patrzy na nas z niedowierzaniem. Bardziej ufa swojemu instynktowi, niż naszym słowom. Widzi nas pierwszy raz w życiu, więc przyjechaliśmy dziś. Ewentualnie wczoraj po południu, i zamiast wyjść na plażę siedzieliśmy w hotelu. Albo karmiliśmy krokodyle. Na jedno wychodzi: teraz kłamiemy.

– Przyjechaliście cztery dni temu, ok… – udaje, że nam wierzy. – To jak się nazywa wasza „Fruit Lady”?

A więc o to chodzi.

Fruit lady przy pracy

Kobiety przyrządzające plażowiczom tace świeżych owoców, kierują się kodeksem niemal rycerskim. Nie robią sobie świństw, z zasady nie wchodzą sobie w drogę. Dlatego tak ważny jest pierwszy kontakt. Ta, która „zaklepie” sobie klienta, może już być spokojna. Koleżanki jej nie wygryzą, nie podkupią gości. Zaczepione przez zgłodniałego turystę, przyprowadzą go do konkurentki, żeby to ona przygotowała mu wielką tacę pełną pomarańczy, grapefruitów, bananów, ananasów, papai, mango, melonów i arbuzów za 200–300 dalasi, czyli równowartość 20–30 złotych.

– Nasza „Fruit Lady” ma numer dwa. – Przypomina sobie Magda, bo „owocowe damy” dla ułatwienia podają turystom nie tylko swoje imię, ale i numer stoiska.

– Aida? – twarz naszej rozmówczyni się wypogadza. – Zaraz ją zawołam.

– Nie! – potrząsam głową. – Nie Aida, tylko Muna. Nie mieszkamy w hotelu Sunset Beach, tylko w Kombo, kilkaset metrów dalej.

Muna ma imię jak z Harrego Pottera, ale owoce potrafi przyrządzać jak nikt inny.

– Tu jest rejon Sunset Beach – twarz miejscowej „fruit lady” znów tężeje.

– Tak tylko sobie spacerujemy po okolicy…

Podejrzewa, że ją oszukaliśmy, bo najwyraźniej kilkukilometrowe spacery wzdłuż plaży to domena turystów przyzwyczajonych do chłodnego Bałtyku. Tu, nad ciepłym oceanem, goście zazwyczaj przez dwa tygodnie wypoczywają stacjonarnie, pod ulubioną palmą, na ulubionym leżaku. I z przypisaną fruit lady.

Odchodzi kręcąc głową z niezadowoleniem. Ale nic nie może zrobić. Zwłaszcza, że zbliża się do nas kolejny myśliwy.

– Where are you from?
– From Poland.
– Ach, I know. Dutch.

Wertuje plik kartek, które trzyma pod pachą, opierając się na kulach. Jedną nogę, w podniszczonym trampku, ma podkurczoną.

Rozmowy podczas plażowych spacerów pozwalają poznać ciekawych ludzi. Choć zawsze gdzieś w tle jest do załatwienia jakiś interes.

– No, no Holland. Poland. Polska. Warszawa.

Kiwa głową ze zrozumieniem i wyłuskuje z pliku pogiętych i zatłuszczonych karteluszek tę właściwą.

– Look, just look…

Magda się łamie i przegląda podsunięte jej pod nos notatki. Dowiaduje się z nich, że kuternoga, który stoi przed nami na mokrym, lizanym przez fale przypływu piasku, jest dobrym Gambijczykiem. A w ogóle, to wszyscy ludzie są braćmi i żyjemy po to, żeby czynić dobro. Przed nami „dobro”, dla naszego przyjaciela uczynił już Sven ze Szwecji, wspierając go dotacją 50 euro. Jürgen z Bawarii przebił go w hojności o 100 procent, a Fin o nieczytelnym imieniu był zwykłym sknerą i dusigroszem, bo stać go było ledwie na 20 euro.

Polacy to dobrzy ludzie – mówi z przekonaniem kaleka. – Są hojni i w imię braterstwa poratują brata z Gambii.

Uśmiechamy się przepraszająco, bo planowaliśmy tylko spacer po piasku, może lekkie brodzenie w wodzie, i nie mamy ze sobą portfela. Idziemy dalej, odprowadzani, mimo wszystko, pełnym miłości błogosławieństwem „God bless you!”.

Słońce pochyla się ku linii, w której ciemny błękit nieba łączy się z ciemnym błękitem oceanu.
– Macie już swojego „Juice Mana”?

Odwracamy się w stronę młodego mężczyzny w okularach.
– Bo, jeśli już macie, to…

Zawiesza głos, ale widać, że jest gotowy się poddać.

– A wiesz, że chyba jeszcze nie? – Magda uśmiecha się do niego szeroko. – Teraz akurat nie mamy ochoty na soki, ale może jutro…

– To moja oferta – odwzajemnia uśmiech i z wyraźną ulgą podaje nam kolorową, zalaminowaną kartkę.

Ceny zaczynają się od 50 dalasi, czyli 5 zł za miks pomarańczy i grapefruitów. Bardziej wymyślne drinki kosztują 75 dalasi, czyli ok. 8 zł.

– Długo tu pracujesz? – zagaduję, żeby jakoś wypełnić niezręczną ciszę.

– Właściwie, to jestem informatykiem – tłumaczy z lekkim zawstydzeniem. – A w wolnych chwilach zarabiam na czesne na studiach jako „Juice Man”. Mój ojciec był dziennikarzem, ale wcześnie zmarł i teraz rodzina musi sobie jakoś radzić. Turystyka jest dobra, ale jak tylko skończę studia, to rzucę tę robotę i dostanę normalną, dobrze płatną pracę.

Kiwamy głową ze zrozumieniem i idziemy dalej. Przed zachodem słońca chcemy dotrzeć do odległego jeszcze o co najmniej kilometr cypla. Ale wydaje się to raczej nie do zrealizowania.

– Piękna chusta!

No tak. Daleko nie uszliśmy, a pojawiła się kolejna łowczyni.

– Dziękuję – Magda uśmiecha się do kobiety, która stanęła nam na drodze i jakoś tak niezręcznie ją wyminąć bez słowa i pójść dalej. – Mam bardzo podobne na swoim straganie, może chcesz rzucić okiem?

Żeby spełnić jej prośbę musielibyśmy wyjść z plaży i udać się na najbliższy „Craft Market”. Zresztą Magda ma już chustę i nie marzy o nowej, takiej samej.

– Dziękujemy, może wpadniemy do ciebie jutro.

– Ok. Pamiętajcie, stragan numer dwanaście. Zapamiętacie?

Kiwamy machinalnie głowami.
– Tak. Stragan numer dwanaście.

Odchodzi usatysfakcjonowana. Czerwone słońce wisi tuż nad powierzchnią oceanu. Przyspieszamy kroku. Nie na długo.

Restauracje wychodzą na plażę. Gdybyśmy zgłodnieli, to bez stresu możemy przeglądnąć menu.

– Hej, man!

To chyba do mnie. Spoglądam z lekką obawą na atletycznie zbudowanego rastafarianina.

Przybijamy „piątkę”, potem „żółwika” i kilka kolejnych tego rodzaju figur.
– Jestem muzykiem. – Mówi spokojnie, patrząc mi prosto w oczy.
– Na czym grasz? – pytam odruchowo, w końcu sam jestem muzykiem. Ale on robi tylko jakiś nieokreślony gest.

– Mamy osiemnastoosobowy band – tłumaczy. – I jutro będziemy występować w barze na plaży, wpadniecie?

Któż wie, co będziemy robić jutro?
Wzruszam ramionami.
– Może…

– Urodziłem się w wiosce Kunta Kinte – ścisza głos. – Gramy muzykę z tych rejonów. Widziałeś serial?

Coś mi się kołacze w dalekich ostępach mózgu. Murzyn przywiązany do drewnianego pala, smagany batem przez okrutnego, białego sadystę. A potem Maciek Piwowarczyk – mój ówczesny idol z przedszkola na Kasprusiach w Zakopanem, wskakiwał w środek bandy pięciolatków z okrzykiem „Kunta Kinte!”.

Nic więcej nie pamiętam.

– Wszyscy ludzie są braćmi! I biali i czarni tak samo, bo płynie w nas taka sama krew – upomina mnie kolega muzyk. – Dlatego, skoro jesteśmy jedną rodziną, powinniśmy sobie pomagać. Jasne?
– Jak słońce, które właśnie zachodzi.

Jeszcze raz robię z muzykiem „żółwika” i idziemy dalej.

Gambijska modelka i niemiecki fotograf. Z tej znajomości coś na pewno będzie.

Zręcznym zwodem omijamy kolejną „fruit lady” i pięciolatka sprzedającego woreczki z orzeszkami ziemnymi po pięć dalasi (50 groszy), by w odpowiednim momencie dotrzeć do baru na krańcu plaży. Napawamy się widokiem słońca nurkującego w Atlantyku, nie zwracając uwagi na młodą, czarnoskórą dziewczynę, która próbuje zwrócić na siebie uwagę starszego Niemca. Próba zostaje uwieńczona powodzeniem. To będzie dla niego niezapomniany wieczór. Obok jakiś biały fotograf przegania przed obiektywem roznegliżowane czarne fotomodelki.

A przy długim stoliku siedzi towarzystwo, które, wyłapując kilka znajomych słów na „k…”, bezbłędnie rozpoznajemy jako rodaków.

Oczywiście dosiadamy się do „naszych”.

To doświadczeni globtrotterzy, którzy niejedno widzieli i przeżyli. Przylecieli do Gambii tym samym samolotem, tak samo jak my „wyhaczając” promocję czarterowego lotu za 400 zł w obie strony.
Swój hotel znaleźli przez booking.com. I płacą niecałe 100 zł za dwuosobowy pokój nad samym oceanem. Zaprzyjaźnili się też z miejscowym kierowcą, który wozi ich za półdarmo.

I zamiast zupełnie niepotrzebnie wydawać, tak jak my, fortunę na leki przeciwmalaryczne prosto od producenta, w tutejszej aptece kupili zamiennik dziesięciokrotnie taniej. Siedzą w barze nad oceanem przy jednym piwku za 50 dalasi, ale to tylko kamuflaż, bo w międzyczasie kolega wyskoczył do małego marketu dwie ulice od plaży i za 150 dalasi (ok. 15 złotych) kupił litr „pseudowódki” i „pseudowhisky”.

Wszystko mają tu już dobrze obczajone.

Słońce zachodzi, plaża nieco pustoszeje.

Po zachodzie słońca będą się zbierać, bo zaprzyjaźniony kierowca zaprosił ich do siebie do domu na „rybkę”. Słońce już zaszło? No to właśnie się ogarniają.

Spotkanie rodaków jest jak ożywczy haust powietrza. My, Polacy, nawet na drugim końcu świata raz–dwa potrafimy się urządzić jak u siebie. Patrzymy na chłopaków z dumą. Wszystko jest możliwe!

Więcej przeczytacie w naszym przewodniku „Gambia. Uśmiechnięte wybrzeże” wyd. National Geographic.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

5 komentarzy

Close