Ważne w podróży – poradnik

GB Pockit. Mały bohater

Written by sergiusz

Jeżeli to chucherko przetrwa do maja, to chyba oddamy go do muzeum techniki. Należy mu się. Rok temu nie dawaliśmy GB Pockit żadnych szans, tymczasem poradził sobie w najtrudniejszych warunkach i z bólem myślę o chwili, kiedy będziemy musieli się rozstać.

Pod koniec kwietnia minie pełne dwanaście miesięcy, odkąd kurier przyniósł nam niewielką paczkę. W środku był wózek GB Pockit i prośba, żebyśmy go przetestowali i napisali co o nim myślimy. Ubawiło nas to, bo aluminiowe maleństwo było wielkości książki i nie sprawiało wrażenia solidnej konstrukcji. Sprytny sposób składania (rozkładał się jednym „strzepnięciem”) gwarantował, że przejdziemy przez każdą kontrolę na lotnisku bez marudzenia celników i rozkręcania kółek, co było do tej pory naszą udręką. To nas zaintrygowało. Ale problem był co najmniej jeden – prawie trzyletni Chruczek był na ten wózek już za ciężki. Przynajmniej, jeśli wierzyć instrukcji obsługi, która wyraźnie ogranicza używanie tego modelu do młodych ludzi poniżej 17 kg. A on miał już prawie 20. No cóż, łatwo przyszło, łatwo pójdzie. Założyliśmy, że GB Pockit rozkraczy się po tygodniu. I będziemy mogli z czystym sumieniem napisać, że dla naszego dziecka, ta zabaweczka była zbyt delikatna.

Z firmą, która zrobiła nam „prezent”, nie mieliśmy żadnej umowy. Mogliśmy paczkę odesłać, oddać wózek potrzebującym, przyjąć, używać i nic nie napisać… Wiemy, że inni obdarowani blogerzy postępowali rozmaicie. My, akurat, pakowaliśmy się na wyjazd do Dolnej Saksonii. Wrzuciliśmy wózek, jeszcze z metką, do bagażnika, i pojechaliśmy.

Postanowiliśmy go przetestować „w akcji” i uczciwie napisać co o nim myślimy.

Ale zachowaliśmy się wobec dystrybutora GB Pockit podle, bo daliśmy sobie na testy rok, a nie – jak chyba przypuszczał – dwa tygodnie. Jednak dzięki temu możemy uczciwie, a nie „pod dział reklamy” napisać, czy to naprawdę dobry wózek.

Chruczek wyczyniał z nim cuda. Nie zawsze to było zabawne.

W tym czasie dzielny „maluch” towarzyszył nam wszędzie, gdzie jeździliśmy. Kilkadziesiąt razy lataliśmy z nim samolotem. Przejechaliśmy całą Polskę prowadząc wakacyjną akcję „rodzinne weekendy z Fordem”, byliśmy w Grecji i na Litwie, a od września codziennie korzystamy z niego w Anglii. Chruczek uważa go za swoją mobilną bazę, a na „dolnym pokładzie” wożę ze sklepu dwulitrowe kanistry mleka i soku pomarańczowego (w takich pojemnościach sprzedają je w UK). Używaliśmy go w deszczu, śniegu, wietrze, jeżdżąc po rozmaitej powierzchni. Dziesiątki razy musieliśmy odpowiadać na pytania zaintrygowanych rodziców (ostatnio para zachwyconych Chińczyków prosiła o pokaz składania i rozkładania wózka, a potem o przesłanie adresu sklepu, gdzie można GB Pockit kupić).

Po roku użytkowania możemy stwierdzić, że myliliśmy się w ocenie tego „chucherka”. GB Pockit jest bardzo lekki, ale niezwykle mocno zbudowany. Pewno nie jest „niezniszczalny” (oby był, bo w najbliższych tygodniach go będziemy potrzebować bardziej niż zwykle), ale nigdy nas nie zawiódł.

Samotny, maleńki twardziel

Słabe strony

Nie można mieć równocześnie wózka składanego i terenowego, lekkiego i stabilnego, małego i pojemnego. GB Pockit to mała, lekka spacerówka, z materiałowym koszyczkiem na zakupy pod siedziskiem. Ma małe kółeczka i na pewno lepiej się sprawuje w mieście, niż w terenie. Hamulec nożny nie budzi zaufania – i słusznie. Kostka brukowa, dziury w chodniku, wysokie krawężniki, głębokie kałuże, błoto, śnieg, lód… – to wszystko nasi wrogowie, gdy wieziemy dziecko GB Pockit.

Najbardziej dotkliwy jest brak możliwości rozłożenia oparcia. Dziecku to nie przeszkadza – jak jest zmęczone potrafi smacznie spać nawet na stojąco, a co dopiero na siedząco, ale rodzice (a zwłaszcza babcia), cierpią patrząc jak „maleństwo się męczy”.

Nasze „maleństwo” ma już prawie cztery lata i ponad dwadzieścia kilo żywej wagi. Więc leciuteńki wózeczek potrafi bez trudu rozhuśtać i przewrócić. Korzysta też z niego również jak z drabinki, co doprowadza nas do zawału serca. Daszek materiałowy ma w założeniu ocieniać główkę dziecka. W Anglii częściej jednak służy nam jako niezbyt perfekcyjna ochrona przed zacinającym deszczem. Zwłaszcza, że nie znaleźliśmy odpowiedniego pokrowca od deszczu do tego modelu.

Niezbyt się da prowadzić GB Pockit jedną ręką. Nie ma też żadnych schowków (z wyjątkiem koszyka pod spodem), uchwytów na kubki, butelki, czy innego oprzyrządowania.

Złożony GB Pockit i dla porównania wielkości iPad (iPad not included)

Mocne strony

GB Pockit jest „ikoną mobilności” – jak można byłoby go określić wpadając w żargon PR. W dwie sekundy składamy go do formatu niewielkiej torebki. Jeśli byśmy się postarali (ja nigdy nie miałem takiej potrzeby, ani cierpliwości, żeby się tego nauczyć), można go złożyć jeszcze bardziej i wtedy ma format kartki A4. W brytyjskich autobusach wielokrotnie mnie to ratowało, bo kierowcy, widząc rodzinę z dzieckiem w wózku, bezdusznie dodawali gazu i omijali przystanek (jeśli na pokładzie mieli już dwa wózki, to według przepisów nie mogli już zabrać trzeciego). Na lotniskach, w samochodowym bagażniku, czy w pociągu – wszędzie możliwość „zminiaturyzowania” wózka, a potem rozłożenia go i korzystania zgodnie z przeznaczeniem – była bezcenna. Zwłaszcza, że jest tak lekki, że można go nosić w jednej ręce.

Aluminiowa konstrukcja wytrzymała przeciążenia, które znacznie przekraczały normy i logikę. Już sam Chrucz, to dla GB Pockit powinno być zbyt wiele. A ja pakowałem do kosza puszki i napoje (co najmniej 5 kilo więcej), a na materiałowy daszek wrzucałem ciężką torbę z praniem lub obwieszałem uchwyty innymi zakupami. Byłem bezlitosny, dokładając jeszcze plecak z podręcznym bagażem. Aluminiowe rurki, na logikę powinny się wygiąć jak kijki do slalomu. Tymczasem konstrukcja wciąż trzyma się, jak gotycka katedra.

Nieuchronnie zbliża się jednak moment, w którym GB Pockit po długiej i ciężkiej służbie odejdzie „do cywila”. Jego poprzednik znalazł swoją ostatnią przystań pod pięknym barokowym kościołem w Wenecji. W najbliższych miesiącach wybieramy się w tyle pięknych miejsc, że na pewno gdzieś mu się spodoba. Ale marzymy jednak o tym, by i z tych prób, które mu wkrótce zaserwujemy, wyszedł  zwycięsko i w chwale powrócił do domu.

Bo drugiego takiego dzielnego malucha chyba na świecie nie ma.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

5 komentarzy

Leave a Comment

Close