Dziecko na emigracji

Jeszcze się tam żagiel bieli

Written by magda

Zawsze lubiłam tę piosenkę, ale nie sądziłam, że rola żony marynarza jest taka trudna. I że kiedy „Jeszcze się tam żagiel bieli” rzeczywiście łza się w oku kręci.

a

„Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli,
nadzieja wciąż w serc kapeli na werbelku cicho gra…
Bo męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać,
aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza”.

Ale przecież po pracowitym lecie w Polsce mieliśmy jasny podział obowiązków. Sergiusz leci pierwszy, kilka dni przed nami, otwiera zamknięty od dwóch miesięcy dom, wietrzy, sprząta pajęczyny, morduje ewentualne pająki, wstawia świeże kwiaty do wazonu, zapala kadzidełka. Kupuje brakujące części mundurka, uzupełnia zapasy w lodówce i gotuje pyszną kolację.

I na to wkraczamy my z Wilim, cali w bieli, wieczornym samolotem, zaledwie na 12 godzin przed pierwszym dzwonkiem. Przytulamy się, wszak latem – zajęci swoimi obowiązkami – widywaliśmy się całą trójką bardzo rzadko. Wszystko jest cudownie, a dziecko radośnie biegnie do szkoły odprowadzane wzrokiem uśmiechniętych rodziców. Cukierkowa muzyka, lukrowane napisy końcowe.

O jakże się myliłam!

Mieliśmy już kupione bilety, kiedy Sergiusz dostał telefon z biura, w którym jest przewodnikiem po Islandii. „Jest grupa. Weźmiesz?”. Zamknęłam oczy, bo pomyślałam o tych wszystkich dorodnych, brytyjskich pająkach, które na mnie czekają. A ci którzy mają arachnofobię, tak jak ja, doskonale wiedzą o co chodzi. Ale co miałam powiedzieć? „No pewnie, jedź. Jakoś damy radę”.

No to pojechał. Nawet starał się zorganizować kolegów z Liverpoolu, którzy mogliby spotkać się ze mną w drodze z lotniska i wejść ze mną do domu, w którym spodziewałam się rozbudowanej sieci pajęczyn i ich przerażających mieszkańców. Kiedy poprosił o pomoc, jakoś wszyscy musieli sprawdzić czy w niedzielę wieczorem przypadkiem nie mają dyżuru w pracy i obiecali się odezwać.

No więc w niedzielny wieczór stanęłam sama na lotnisku w zimnym deszczu z dzieckiem i dwoma dużymi oraz czterema małymi bagażami. Dojechałam do centrum, gdzie w najlepsze trwała „Sunday night fever”, przeszłam więc tropem węża między rozbawioną młodzieżą na nasz przystanek. W międzyczasie młody zasnął snem kamiennym, więc musiałam nieść i jego. Przez te dwa miesiące pozapominałam już tutejsze rozkłady, więc pojechaliśmy autobusem, który przyjechał pierwszy, ale nie bardzo wiedziałam, którędy jedzie. W związku z tym pomyliłam przystanki i wysiadłam tuż przy cmentarzu. W wyjącym wietrze znad Atlantyku, siekącym deszczu i nieprzebranej ciemności, szłam wśród szpaleru nagrobków mrucząc pod nosem ordynarne przekleństwa.

Doszłam do ciemnego domu i pstryknęłam włącznik światła. „Na pewno jeszcze został prąd” – uspokajał przed wyjazdem kochany mąż. No nie. Nie został. Przyświecając sobie telefonem dopadłam do szuflady w której jest kluczyk do ładowania elektryczności. I z młodym na plecach ruszyłam galopem do osiedlowego sklepu ze wszystkim, otwartego od wczesnego ranka do późnego wieczora, prowadzonego zwykle przez przedstawiciela nacji z Bliskiego Wschodu, czyli do popularnego tu „Ciapka”. Miał być otwarty do 22.30, ale o 22.15 pocałowałam metalową żaluzję i mogłam sobie tylko wyobrażać, jakże urocza będzie noc bez prądu i ciepłej wody, w ciemnym domu, w którym po dwóch miesiącach może być naprawdę bogate towarzystwo.

Na szczęście uratował mnie mieszkający po sąsiedzku Polak, który włączył mi awaryjne 5 funtów prądu, wodę i światło i obejrzał każdy zakamarek, czy nie ma tam nieproszonych gości.

To był dopiero prolog, bo od tej pory okazało się, że Sergiusz, który jest pilotem doskonałym i biuro dostaje od jego grup pochwalne peany, jedzie na kolejny wyjazd. Więc zostanę sama na kolejne dwa tygodnie. Ostatniego dnia z tych dwóch tygodni napisał, że właśnie przyszła kolejna propozycja. I jak teraz wyjedzie na Islandię, to nie wróci przez kolejne trzy tygodnie. Może pod koniec tych trzech tygodni znów będzie kolejna grupa. Nie wiem.

„Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli,
nadzieja wciąż w serc kapeli na werbelku cicho gra…
Bo męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać,
aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza”.

Kiedy wychodziłam za muzyka klasycznego i dziennikarza zajmującego się wywiadami z gwiazdami, myślałam, że nie powtórzę drogi mojej mamy. A jednak, kilka lat po ślubie – dokładnie jak mój tata – mój mąż pracuje już jako wzięty pilot wycieczek i rozchwytywany dziennikarz turystyczny, więc więcej go nie ma niż jest. Dokładnie tak, jak mojego taty, kiedy byłam dzieckiem. Pamiętam, jak mama opowiadała mi historię grozy, gdy zostawiła mnie, kilkumiesięczną, na stole, a sama poszła odebrać list polecony. Kiedy wyszła na korytarz, przeciąg w 18-metrowym mieszkaniu w bloku zatrzasnął drzwi. A że klamka była otwierana tylko od środka, trzeba było wzywać ślusarza. Po kilkugodzinnej walce mamie udało się wejść do mieszkania. Ja, szczęśliwie, wciąż leżałam na stole. Mama odetchnęła z ulgą. Tata był wtedy chyba w Tajlandii.

Teraz, kiedy czteroletni Wili pyta o swojego tatę, każe sobie pokazywać mapę samolotów na flightradar24 i patrząc na te lecące nad Islandią pyta, czy tata już wraca do domu. Nie wraca.

Już reanimowałam lodówkę, która przez blackout wymagała totalnej dezynfekcji. Prowadzę synka co rano do szkoły, załatwiam wszystkie formalności, obiady, szczepienia, lekarzy, zakupy, dodatkowe zajęcia i atrakcje. Pracuję i próbuję ogarniać brytyjską rzeczywistość. I w zasadzie już przywykłam do tego wielkiego krzyżaka, który rozwinął sobie sieć nad naszymi drzwiami. Jeszcze kilka tygodni i dam mu jakieś imię. Może George?

About the author

magda

Dziennikarka, autorka przewodników turystycznych i książek dla dzieci, licencjonowana pilotka i przewodniczka. Podróżuje od zawsze. Teraz pokazuje świat swojemu synkowi Wilhelmowi. O podróżach mówi w telewizji, radiu, pisze w gazetach i serwisie turystycznym TURYSTYKA24. Nie lubi jeździć dwa razy w to samo miejsce. Wyjątkiem są Jerozolima i Marsylia, gdzie może wracać bez końca.

Leave a Comment

Close