Uczyć samemu trzylatka? Wynająć instruktora dla pięciolatka? Co zrobić, żeby dziecko nie zniechęciło się do sportu po pierwszym, nieuniknionym bliskim kontakcie z twardą rzeczywistością narciarskiego stoku? O to zapytaliśmy doświadczonego instruktora narciarskiego, Marcina Osmólskiego.

Narty są wspólną pasją i namiętnością moją i Magdy. Bardzo chcemy, żeby tą miłość przejął nasz syn. Dlatego nie możemy przegapić dobrego momentu do postawienia go na dwie deski. Żeby przypadkiem nie załapał owczego pędu do „parapetu” i nie został snowboardzistą, jak większość młodych chłopaków na polskich stokach. To by była nasza pedagogiczna porażka…

Początek wysokogórskiego sezonu narciarskiego, po małym preludium w Wierchomli, nastąpił u nas „po alpejskiej stronie Tatr” – jak głosi zgrabny slogan reklamujący ostatnio na billboardach Słowację. W Szczyrbskim Plesie wzięliśmy lekcję z instruktorem, żeby przypomnieć sobie jak się ładnie jeździ. Jesteśmy pod tym względem zgodni, pomimo kompletnie różnych doświadczeń. Magda zawsze była aktywna, jeździła konno, pływała, ale do 28 roku życia nie miała na nogach nart. Po sześciu lekcjach z instruktorem zaczęła śmigać aż miło, ale wciąż czuje spory respekt do ostrych „ścianek” i szczerze żałuje, że nie zaczęła jeździć jako dziecko.

Ja z kolei – przeciwnie. Wychowałem się w Zakopanem i odkąd pamiętam jeździłem na nartach – najpierw na „kaloszówkach” przymocowywanych skomplikowanym systemem rzemieni do Relaxów, a potem na wyższych ode mnie nartach typu „ALU” produkowanych w Szaflarach. Kto z nas jeździ dziś ładniej? Oczywiście – Magda. Bo ja sobie średnio radzę na carvingach. A lata jeżdżenia na „kaloszówkach” niespecjalnie dobrze wpłynęły na moją technikę. To co mnie ratuje, to doświadczenie i mocne przekonanie, że nie ma takiej góry, z której nie da się zjechać, czy choćby ześlizgnąć. Jeździłem już w każdych warunkach: po śniegu, błocie, lodzie, kamieniach, a nawet po trawie. Co nie zmienia faktu, że instruktor w Szczyrbskim Plesie, patrząc na mój śmig, kręcił niezadowolony głową i miał setki uwag co do sposobu, w jakim obciążam dolną nartę, czy skręcam ciało wchodząc w zakręt. OK. Jak uczyłem się jeździć na górce pod blokiem, to moim największym zmartwieniem było jak się zatrzymać przed ruchliwą ulicą, nie wyskakując z moich miękkich Relaxów.

Nasz Chrucz ma dopiero siedem miesięcy i jeszcze nie umie samodzielnie siedzieć, a co dopiero stać. Więc w tym sezonie narty mu raczej odpuścimy. Ale w przyszłym już nie ma zmiłuj! Marcin Osmólski nie pozostawia, zresztą, większych złudzeń. Bez dobrego instruktora się nie obejdzie. Ale warto, bo zabawa może być dla dziecka rewelacyjna. Jak nauczyć małe dziecko jeździć na nartach? O to właśnie zapytała Magda instruktora narciarskiego Marcina Osmólskiego w słowackim Szczyrbskim Plesie. Zobaczcie:

 

2 Komentarze. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu