Dziecko w podróży Luksemburg

Luksemburg: ostatnie takie księstwo na świecie

Written by sergiusz

Luksemburg jest najmniejszym państwem w Unii Europejskiej. I jednym z najdziwniejszych. Leży w samym sercu Europy, a my nie mogliśmy się zdecydować, czy bardziej nam przypomina Pragę, Wiedeń, czy Gibraltar.

a

Już na pierwszy rzut oka widać, że Luksemburg ma problem. Miasto jest poszatkowane przez naturę. Przez środek przechodzi głęboki wąwóz rzeki Alzette, którą Luksemburczycy kochają do tego stopnia, że pieśń opiewająca jej piękno stała się hymnem narodowym. Trochę tak, jakby polskim hymnem wybrano „Płynie Wisła płynie po polskiej krainie”. Nad wodą jest Dolne Miasto. Na górze (górach?) – Górne. Świetnie działa komunikacja miejska, ale właśnie przez to rozdzielenie miasta trochę trudno na początku zorientować się, w którą stronę jadą autobusy. No i mimo wszystko, trzeba się trochę natrudzić, by zaplanować zwiedzanie bez zadyszki.

Rzeka Alzette, czyli luksemburska Wisła.

Nasze rady:
Zarezerwuj hotel z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem. Wbrew pozorom, niełatwo tu o pokój, nawet w środku tygodnia.
Pamiętaj, że choć Luksemburg to miasto bankierów, warto mieć w kieszeni nie tylko kartę, ale i parę euro, bo bankomatów nie ma na każdym kroku.
Ciuchcia dla turystów rusza co pół godziny spod wejścia do Kazamatów. Bilet kosztuje 10 euro.
Na najpiękniejszy punkt widokowy – deptak Corniche, nie musisz się wspinać. Dojedziesz do niego windą w szybie wykutym w skale, która startuje w kompleksie sądów, w okolicach katedry.

a

Luksemburg to kolejny przystanek na naszej drodze do Afryki. Przylatujemy późnym wieczorem, ale to żaden problem. Z lotniska do centrum miasta jedziemy autobusem 15 minut. Gorzej, że zaczęliśmy myśleć o rezerwacji hotelu tydzień przed podróżą. Normalnie, czyli w 99% przypadków, to absolutnie wystarcza. Ale nie w Luksemburgu. Praktycznie zostały nam tylko Ritze za milion euro, albo Youth Hostel. Domyślacie się chyba, co wybraliśmy?

Youth Hostel. Całkiem w porządku.

Czy Luksemburg jest turystyczną mekką? Czemu tu tak trudno o miejsce w hotelu? W jakim języku się tu najłatwiej dogadać? Co to w ogóle za kraj?

Mamy taki zwyczaj, by w każdym nowym miejscu odwiedzać Centrum Informacji Turystycznej. W takich miejscach pracują zwykle ludzie, którzy mają doskonałą orientację w temacie i chętnie dzielą się swoją wiedzą. A dodatkowo skusiło nas to, że Informacja Turystyczna w Luksemburgu mieści się przy Placu Guillaume’a II – czyli księcia Wilhelma II.

To był strzał w 10. Dzięki bardzo pracującej tam Cathy sporo się o Luksemburgu dowiedzieliśmy i zostaliśmy zaopatrzeni w odpowiednie mapy i przewodniki.

Dzięki temu bez problemu znaleźliśmy później stację początkową turystycznej ciuchci, która zachwyciła naszego Chruczka. Ruszyliśmy w pełną zakrętów trasę, próbując dopasować to co widzimy, do tego, czego się dowiedzieliśmy.

Przemierzamy stolicę Wielkiego Księstwa Luksemburg turystyczną ciuchcią.

Wielkie Księstwo Luksemburg, to trochę skamienielina ze Średniowiecza. Kiedyś było Wielkie Księstwo Litewskie, czy Burgundia. Dziś pozostał tylko Luksemburg. Państwo ma pół miliona mieszkańców (samo miasto, również o nazwie Luksemburg – ponad sto tysięcy), ale dzięki zręcznej dyplomacji, udaje mu się grać w pierwszej lidze państw Unii Europejskiej. To Luksemburg był członkiem założycielem UE, a znajdująca się w nim mała wioska Schengen, w której w 1985 roku podpisano traktat o wolnym przepływie osób w Unii, stała się symbolem wolności. Luksemburczycy mają swojego Mieszka I – czyli rycerza Siegfrieda, którego uwiodła syrenka Meluzyna.

Syrenka i rycerz. A w środku – Chrucz.

Portrety obecnego Wielkiego Księcia Henryka zobaczymy w wielu sklepach i hotelach, ale to nie jest tak, jak w Afryce, gdzie władca jest na każdym bilboardzie. Pewną trudność sprawiło nam ogarnięcie kim są Luksemburczycy.

– I nic dziwnego – wzruszyła ramionami Cathy. – Ponad połowa mieszkańców księstwa, urodziła się w innym kraju. Najwięcej mieszka tu i pracuje… Portugalczyków. Ale słyszy się też na ulicy języki słowiańskie. Oficjalnym językiem państwa jest luksemburski – dialekt niemieckiego. Ale także francuski i niemiecki. Praktycznie każdy obywatel mówi też świetnie po angielsku.

– To ma uzasadnienie w historii – tłumaczy Cathy. – Choć Luksemburg powstał w 963 roku (trzy lata przed chrztem Polski) to przez większą część historii, był zależny od Niemiec lub Francji.

– Nie znienawidziliście sąsiadów? – dziwię się. – My też mieliśmy rozbiory i trudno mi sobie wyobrazić, żeby zostawić niemiecki i rosyjski, jako języki urzędowe obok polskiego.

Cathy patrzy na mnie niczego nie rozumiejąc.

– Mamy długą tradycję współpracy z innymi narodami. Bierzemy z ich kultury to co najlepsze. Wy tak nie robiliście?

– No, jakoś nie…

Wejście do kazamatów – 20 kilometrów podziemi wydrążonej we wzgórzu, na którym wznosi się miasto.

Historię miasta i państwa zapisano w skale. Dosłownie. Luksemburg ma ponad dwadzieścia kilometrów kazamatów (tak się właśnie nazywają), czyli podziemnych korytarzy, które przez wieki służyły mieszkańcom, gdy oblegały ich obce wojska. To rzeczywiście przypomina wydrążoną jak szwajcarski ser skałę Gibraltaru.

Ma też inne atrakcje. Gdy wysiedliśmy z ciuchci w centrum starówki, Chruczek przejął rolę przewodnika. To znaczy – znów nam uciekł. Robi to niestety nagminnie, powodując za każdym razem u nas stan przedzawałowy i sprawiając, że mamy więcej siwych włosów, niż byśmy sobie tego życzyli.

Kościół św. Michała Archanioła. A w nim piękna pieta.

Tym razem wykorzystał fakt, że zagadaliśmy się z miłą Luksemburką, którą spotkaliśmy w najstarszym w mieście kościele św. Archanioła Michała. Chruczek cichaczem wybiegł na ulicę. Gdy ruszyliśmy w pogoń, znikał właśnie za zakrętem. Po 30 sekundach znów go zobaczyliśmy. Stał grzecznie w uchylonych drzwiach Muzeum Narodowego.

Ulubiony obraz Chruczka w luksemburskim Muzeum Narodowym.

– Muzeum! – krzyknął radośnie, jakby przeczytał napis nad drzwiami.

Uff! Ciąganie przez trzy lata niemowlaka do najważniejszych muzeów Europy nie poszło więc na marne! Zwiedziliśmy (choć raczej powiedziałbym – przebiegliśmy) przez sale z mozaikami z czasów galo-rzymskich, galerię starych mistrzów flamandzkich i hiszpańskich (to ma uzasadnienie historyczne, bo przez parę wieków w Luksemburgu rządzili hiszpańscy Burbonowie, którzy rezydowali w Niderlandach) i fantastyczną ekspozycję secesji. Chruczek był zachwycony.

Mistrzowie flamandzy zainteresowali Chruczka na 0,0001 sekundy.

Chruczka zafrapowała dopiero kolekcja sztuki współczesnej. No i muzealna kafejka.

Pociągnął nas za ręce i kazał zamówić sobie tartę.

Tarta w Luksemburgu jest lux!

Usiedliśmy więc na tarasie na słoneczku. Wili zjadł ze smakiem tartę (choć uparł się nazywać ją pizzą), Magda wysączyła kieliszek białego wina, a ja wypiłem kawę. Za wszystko zapłaciliśmy jedynie 12 euro, co nie wydaje się być kwotą wyższą, niż by nas to kosztowało w podobnym miejscu w Polsce. I gdy już cieszyliśmy się z tego faktu, kelner postawił przed Chruczkiem szklankę ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym i uprzejmie poprosił o dopłacenie 5,5 euro.

– Myślałem, że państwo go specjalnie wysłali do mnie, żeby zamówił sok… – zmieszał się, gdy zrobiłem zdziwioną minę. – Państwa syn podszedł do mnie i poprosił o sok pomarańczowy, świeżo wyciskany…

Cóż… tak to bywa, gdy trzyipółlatek swobodnie mówi po angielsku, a z natury jest łobuzem. Trzeba uważać.

Zapłaciliśmy, choć zapas waluty euro, którą przeznaczyliśmy na Luksemburg gwałtownie się skurczył.

Zaczęliśmy się rozglądać za bankomatem.

W stolicy europejskiej bankowości nie powinno być z tym problemu, ale jak na złość (a może po prostu w przeciwieństwie do Polski), Stare miasto pozostawiono turystom, a najbardziej atrakcyjne miejsca zajęły kafejki, restauracje i sklepy oznaczone logo z czerwonym lwem – którym szczycą się oficjalni dostawcy towarów na dwór książęcy.

Logo z czerwonym lwem = oto mamy oficjalnego dostawcę (w tym wypadku piwa) na dwór książęcy…

No i mieliśmy też problem ze znalezieniem automatu z biletami komunikacji miejskiej. W Warszawie, w takiej sytuacji kupuje się bilet w automacie zainstalowanym w autobusie, płacąc kartą. W Luksemburgu, jeśli nie znajdziesz automatu z biletami (krótkookresowy bilet, bardzo wygodny, kosztuje dwa euro za dwie godziny jazdy), trzeba zapłacić kierowcy gotówką trzy euro.

Katedra Notre Dame w Luksemburgu. Ogromna, niemal jak ta w Paryżu.

Trochę na ślepo błądząc po Starówce zwiedziliśmy katedrę – naprawdę ogromną, i próbowaliśmy znaleźć opisywany w przewodnikach punkt widokowy na Placu Konstytucji.

Plac Konstytucji. Szczelnie zastawiony odpustowymi straganami.

Znaleźliśmy plac, ale był tak szczelnie zastawiony straganami z odpustowymi gadżetami, że szybko stamtąd uciekliśmy. Za to Magda odnalazła drogę do wykutej w skale windy, którą zjechaliśmy na deptak Corniche – piękną, otoczoną zielenią alejkę, która wije się wzdłuż przepaści, z niezwykłym widokiem na dolinę Alzette i strzeliste gmachy na Górnym Mieście.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

Close