Dziecko w podróży Rumunia

Mamaia. Morze Czarne i zimne

Written by sergiusz

Z Bukaresztu jedziemy do Konstancy świetną, prawdziwie europejską autostradą. To w Rumunii niezbyt częste doświadczenie. Ale spokojnie… droga kończy się już „normalnie” – piaszczystym nasypem i objazdami. Chruczek dzielnie przesypia 230 kilometrów, zwłaszcza, że jest oberwanie chmury, a on lubi spać w deszczu.

Na plaży w Mamai.

Na plaży w Mamai.

Mamaia, to taki rumuński Hel, Krynica Morska i Sopot razem wzięte. Długi na osiem kilometrów i szeroki ledwie na 300 metrów pas lądu, oddzielający Morze Czarne od jeziora Siutghiol od 1906 roku pełni funkcję rumuńskiej Riviery. To wtedy w małej wiosce rybackiej nieopodal Konstancy postawiono pierwszy hotelik. Dziś jest tu ponad siedemdziesiąt wielkich hoteli i pensjonatów z 30 tysiącami miejsc. W latach międzywojennych przyjeżdżała tu na wywczasy rumuńska rodzina królewska. Od lat pięćdziesiątych uroki czarnomorskiego wybrzeża poznawała klasa robotnicza, a od końca lat siedemdziesiątych tu właśnie umacniała się przyjaźń demoludów. Do Bułgarii jeździli bogaci przeciętniacy, a rumuńska Mamaia była dla socjalistycznej elity.

Szybko zadomowiliśmy się w hotelu Dorna.

Szybko zadomowiliśmy się w hotelu Dorna.

Hotel Dorna, który wyguglaliśmy sobie przez Internet pochodzi właśnie z tego okresu. Trzeba jednak przyznać, że bardzo się postarano, żeby go jakoś „uwspółcześnić”. Ma dwa baseny (w tym jeden dla dzieci), bardzo fajny, przykryty dachem (żeby słońce nie prażyło) plac zabaw dla najmłodszych i sporą łąkę z dmuchanym zamkiem i trampoliną dla młodzieży. W ciągu dnia zawracają turystom głowę wysportowani animatorzy z ewidentnym ADHD, a wieczorem rozbrzmiewają urzekające rumuńskie przeboje w stylu glamour-disco.

Zdecydowanie bardziej podobało mu się na zjeżdżalni. Dopóki nie "pojechał" dalej i wylądował w wodzie.

Chruczowi bardzo podobało się na zjeżdżalni. Dopóki nie „pojechał” dalej i wylądował w wodzie.

Przede wszystkim jest to hotel rodzinny. Łóżeczko turystyczne wstawiono Chruczkowi, gdy tylko skończyliśmy się meldować. Bez naszej prośby. Po prostu na recepcji pojawiliśmy się z dzieckiem. To wystarczyło. Na śniadaniu dostaliśmy krzesełko dla dziecka. Zresztą śniadanie było naprawdę OK. Magda trochę narzekała, bo nie przepada za rybami z głową, które chrupie się jak chipsy, ani dziwnymi, grubo krojonymi mielonkami. Ale Chruczek je uwielbia. Tak jak pasztet, czy różne wariacje na temat bundzu. Dlatego dostał swój talerzyk i dumnie w nim grzebał, podczas gdy karmiliśmy go „normalnie” jego standardową kaszką mleczną.

Samodzielne jedzenie śniadania to duma i szacun.

Samodzielne jedzenie śniadania to duma i szacun.

Wieczorem idziemy deptakiem wzdłuż morza i wreszcie czujemy, że jesteśmy w wakacyjnym kurorcie. Z otwartych restauracji dobiega wesoły gwar i brzęk sztućców. Dzieciaki wszędzie. Biegają, skaczą, śmieją się. Idziemy w stronę błyskających świateł karuzeli i nagle… trach! Magda dostrzega tor dla małych samochodzików. Próbuję tłumaczyć, że Chruczek jest jeszcze malutki, ma dopiero roczek, ale błysk w oku dobitnie świadczy, że decyzja już zapadła. I Chruczek zalicza swoje pierwsze wesołe miasteczko i coś w rodzaju toru gokartowego.

Chrucz przymierza się do swojego pierwszego samochodu.

Chrucz przymierza się do swojego pierwszego samochodu.

Jazda z Mamą to przygoda. Ciekawe, kto się lepiej bawi.

Jazda z Mamą to przygoda. Ciekawe, kto się lepiej bawi.

To jeszcze nie koniec atrakcji tego wieczoru. Na koniec wpadamy do restauracji, żeby spróbować czarnomorskich specjałów. Magda wie, że lubię owoce morza, więc podstępem („kochanie ja sobie od ciebie coś skubnę z talerza, obiecuję…”) zamawia nam półmisek małży w skorupkach i pomidorowym sosie. Oczywiście sama nie ma zamiaru nawet spróbować. Ale Chruczek wyrywa się do muli. Daję mu kawałeczek na spróbowanie. Smakuje mu i chce jeszcze! Hmmm. To niedobrze, bo maluch nie powinien zajadać się owocami morza. Daję mu jeszcze jeden drobny kąsek i namawiam, żeby pospacerował sobie po restauracji.

Małże nie są dla dzieci. Ale Magda ich nie znosi, a Chrucz wręcz przeciwnie.

Małże nie są dla dzieci. Ale Magda ich nie znosi, a Chrucz wręcz przeciwnie.

Namawiamy go do chodzenia „jak człowiek” już od dawna. Ale Chrucz wciąż nie ma na to ochoty. Tylko czasami, gdy zajmuje się jedzeniem, albo obserwowaniem ptaków (wypatruje je na niebie i mówi „Tiii”) to zapomina się na moment i stoi wyprostowany już bez żadnej podpórki. Nie chce jednak ruszyć do przodu.
To co nas zmartwiło, to że nie przepada za kąpielą w basenie. Boi się też otwartego morza. Woda jest chyba dla niego za zimna. Trzęsie się i natychmiast ucieka „na rączki” do Magdy albo do mnie.

Pierwszy kontakt z zimną wodą w basenie nie przypadł Chruczowi do gustu.

Pierwszy kontakt z zimną wodą w basenie nie przypadł Chruczowi do gustu.

Gdy Magda próbowała go „spławić” w morzu, trzymał się jej tak kurczowo, że nie mieliśmy serca go zmuszać. No nic… Za tydzień będziemy w Dubrovniku. To co nie udało się w Morzu Czarnym, może (morze?) uda się w cieplutkim Adriatyku. Tymczasem w Mamai zanosi się na burzę. Jutro wracamy do Bukaresztu i pojutrze jest TEN dzień.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

6 komentarzy

Close