Armenia Dziecko w podróży

Matenadaran: Nieśmiertelna dusza i złamane serce.

Written by sergiusz

Ciągle porównujemy Armenię z Gruzją, w której byliśmy dwa lata temu. Dziś w Matenadaran i Muzeum Ludobójstwa staraliśmy się zrozumieć, czemu, gdy rozmawiamy z Ormianami, wciąż przewija się temat dumy i smutku, splątanych w jeden, nierozerwalny warkocz.

Z Gruzinami nie ma problemu. Są tak podobni do Polaków, że czasem, podczas dłuższych „posiadówek”, gdy w trakcie rozmowy zacierają się różnice językowe, nasza historia wydaje się taka sama. Tak samo byliśmy dumnymi narodami, potem podbili nas Rosjanie, przeciwko którym wzniecaliśmy powstania. A potem odzyskaliśmy niepodległość. Kochamy Zachód, a zwłaszcza USA, czujemy się częścią Europy i bardzo nie lubimy, jak inne narody traktują nas jak Dziki Wschód.

Z Ormianami sytuacja jest bardziej skomplikowana. Po pierwsze, chodząc po głównym deptaku Erywania, nie ma najmniejszej wątpliwości, że jesteśmy w Europie. Ludzie (a szczególnie kobiety) wyglądają jakby czytały wyłącznie Vogue’a i Elle. Mężczyźni (z wyjątkiem taksiarsko-mafijnego półświatka) bez wstydu mogliby pracować w butikach przy Champs Elysee. Jeśli w Tblilisi co chwilę mamy uliczne jadłodajnie z pierożkami chinkali, czy plackami chaczapuri, to w Erywaniu restauracje odstraszają (nas) szyldami „La Boheme”, „Pizza di Roma”, czy „Bistro de Paris”. Ormiańskiej kuchni szukaliśmy dobre dwie godziny. Ale w końcu znaleźliśmy…

Równocześnie, przy tak mocnym kursie na Europę, niemal każdy Ormianin, z którym rozmawialiśmy, uważał za stosowne zaznaczyć, że:

– O Erywaniu było głośno jeszcze zanim powstało rzymskie imperium.

– Armenia była pierwszym krajem, który przyjął chrześcijaństwo jako państwową religię (w 301 r. n. e.)

– Mesrop Masztots, mnich, na początku V wieku wynalazł ormiański alfabet (a z rozpędu wymyślił też pismo dla gruzińskich i azerskich sąsiadów – a niech mają!)

Są na świecie dwa narody, które uważają się za Ludy Księgi. Jednym – co oczywiste – są Żydzi. Drugi naród – to Ormianie.

Wdrapaliśmy się do muzeum Matenadaran, żeby to zrozumieć.

„Wdrapaliśmy się”, bo to wielki budynek na wysokim wzgórzu nad Erywaniem, z pięknym widokiem na świętą górę Ormian – Ararat.

Matenadaran to nie tylko muzeum manuskryptów, ale i instytut badań nad dawnymi tekstami. Ma w swojej kolekcji ponad siedemnaście tysięcy pisanych ręcznie ksiąg. A udostępnia zwiedzającym zaledwie 1%. Ale mimo wszystko, jeśli macie czas w Erywaniu na zwiedzenie tylko jednego muzeum, to wybierzecie Matenadaran.

Największa sala z ormiańskimi manuskryptami.

Bo to najlepsze muzeum w Armenii. I świetnie pomyślane.

Zobaczymy tu manuskrypty bardzo logicznie pogrupowane. Pisma religijne, mszały, spisy homilii, kalendarze liturgiczne, dalej mapy świata, traktaty matematyczne, historyczne, zielniki, podręczniki medycyny, geografii, z oprawami z kości słoniowej (są trzy takie księgi na świecie: we Francji, we Włoszech i Erywaniu, armeńska jest najstarsza), z oprawami ze skóry, ze srebra, ze srebra i złota, z drogocennych kamieni. Spisane na pergaminie, papierze, korze brzozowej, liściach palmowych, papirusie.

Zielnik

Co w tym takiego niezwykłego?

Ano choćby to, że większość tych ksiąg powstała między V a XII wiekiem. Najstarsze polskie księgi, na przykład Biblia Płocka, to właśnie XII wiek. Tylko wyobraźcie sobie jak oblegane byłoby muzeum w Warszawie, gdyby pokazywało traktat matematyczno-geograficzny, udowadniający to, że Ziemia jest okrągła, a napisany w VII wieku, 900 lat przed Kopernikiem! Dokładnie taki, jak ten na zdjęciu poniżej.

Ziemia jest kulą. VII w n.e.

Albo podręcznik medycyny z XII wieku. Czy ilustrowaną jak komiks książkę o historii z XI wieku. A może podręcznik pedagogiczny, w którym na ilustracjach dokładnie pokazano jak należy dziecku wkładać wiedzę do głowy (za pomocą rózgi).

Chruczek patrzy z niedowierzaniem na obowiązujące jeszcze za czasów jego taty metody nauczania.

Ilustracje sprzed półtora tysiąca lat zachwycają kolorami. Naturalne składniki farb wygrywają z dzisiejszą chemią. Naturalne płatki złota, niebieski kolor z utartego lapis lazuli, zieleń z oksydowanej miedzi, czerwień z koszyneli – robaczków wychodzących w lipcu z jamek na zboczach świętej góry Ararat. A to wszystko przytwierdzone do pergaminu za pomocą kleju z soku z rozgniecionego czosnku.

Za pomocą tych naturalnych składników otrzymywano farby do malowania miniatur w księgach.

Są pisane ręcznie przez skrybów książki, które można czytać wyłącznie korzystając z lupy (jak to maleństwo po lewej stronie zdjęcia), albo spis kazań tak wielki, że trzeba go było podzielić na dwa tomy (to delikatnie powiedziane, książkę po prostu rozcięto, bo nikt nie był w stanie jej unieść w całości), żeby go uratować, gdy w 1915 roku Turcy zaczęli mordować systematycznie Ormian w okolicach jeziora Wan.

Historia tej księgi, którą widzicie na zdjęciu poniżej, jest niezwykła. Bezcenny rękopis był bardzo ciężki, więc podzieliły go między siebie dwie kobiety, by ocalić dzieło przed zniszczeniem podczas tego straszliwego Holokaustu. Jedna z kobiet przeżyła. To właśnie uratowaną przez nią połowę możemy oglądać w Matenadaran. Druga zginęła. Ale zanim ją zabili, udało jej się zakopać drugą połowę księgi. Znalazł ją kilka lat później rosyjski żołnierz. I przekazał do ormiańskiego Watykanu – klasztoru Eczmiadzyn. Księga cudem przetrwała. Jak pisał Bułhakow – „Rękopisy nie płoną”.

Tę księgę uratowano za cenę ludzkiego życia.

I tu dochodzimy do głębszej warstwy opowieści o miłości Ormian do ksiąg.

Te 17 tysięcy manuskryptów w Matenadaran, to zaledwie cząstka z tego co zdołano ocalić w czasie straszliwych kilku miesięcy 1915 roku, gdy Turcy zabili – według różnych rachunków – od 1,5 miliona do 2 milionów Ormian: mężczyzn, kobiet, a przede wszystkim dzieci. Ginęli ludzie, płonęły też księgi. Zniszczono ponad 95 procent wszystkich ormiańskich manuskryptów. Miliony bezcennych ksiąg! Ludzie za te księgi oddawali życie. Uciekając porzucali swoje dzieci, żeby uratować kawałki zapisanego pergaminu.

Traktat medyczny z XII wieku

– To był holokaust wykonany metodami Wołynia – tak najprościej i niezwykle obrazowo o ludobójstwie z 1915 roku opowiedział nam polski ambasador w Erywaniu, Jerzy Marek Nowakowski.

Ormianie przetrwali, ale do dziś tkwi to w nich jak zadra. Być może dlatego, że codziennie spoglądają w stronę świętej góry Ararat, która dziś jest w granicach śmiertelnego wroga – Turcji. Tam też pozostały ruiny dawnej ormiańskiej stolicy, wielu miast i klasztorów.

O tym wszystkim można się dowiedzieć w Muzeum Ludobójstwa na wzgórzu, nieco na uboczu od centrum Erywania. Pojechaliśmy tam, by przy płonącym wiecznym ogniu pomodlić się za dwa miliony ofiar rzezi sprzed stu lat, a jednocześnie zrozumieć ten smutek Ormian, który daje się wyczuć w powietrzu.

Staraliśmy się powiedzieć naszemu Chruczkowi, żeby zachowywał się tu poważnie i nie wariował, jak zwykł to czynić 3,5-latek. Nie tłumaczyliśmy mu dokładnie o co chodzi, ale chyba zrozumiał, że to ważne.

 

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

1 Comment

Close