Dziecko w podróży Gruzja

Nic dwa razy… czyli dziecko w samolocie

Written by sergiusz

Podobno nic dwa razy się nie zdarza – pocieszaliśmy się jadąc na Okęcie, skąd odlatywaliśmy do Anglii. To miał być nasz trzeci wspólny lot z Chruczkiem na pokładzie (a w perspektywie i czwarty – powrotny dwa tygodnie później). Pierwszy raz w powietrzu nasz syn, wówczas dziewięciomiesięczny, zniósł bardzo dzielnie. Drugi był za to koszmarem dla niego, nas i całej reszty współpasażerów. Dlatego jechaliśmy na lotnisko z drżeniem serca. A w dodatku mały w autobusie był już w kiepskim nastroju i podchruczał z niezadowolenia.

Staramy się uczyć na błędach. Tuż przed wyjazdem posłaliśmy Chrucza na dwugodzinny spacer z Babcią, z nadzieją, że to go wykończy, potem dobije go jeszcze zabawa w kąciku dla dzieci i harmider na lotnisku, dzięki czemu w samolocie będzie spał aż do lądowania. Tym razem wzięliśmy także wózek–parasolkę, a nie wielkiego, wygodnego X-Landera, którego lecąc do Gruzji musieliśmy rozkręcić na części, żeby zmieścił się w maszynie skanującej bagaż w punkcie kontroli.

Chruczek, po wejściu na lotnisko rozpogodził się. Nieco nerwowa bieganina i tłum obcych twarzy zawsze działa na niego uspokajająco. Ubawił się setnie, gdy razem z Magdą trzy razy przechodzili przez bramkę skanera i ciągle coś im pikało, aż w końcu skończyło się na drobiazgowym „ręcznym” przeszukaniu. Potem galop do gate’u i ulga, gdy obsługa Wizzaira zaprosiła rodziny z dziećmi na początek długiej kolejki. A była nas całkiem spora gromadka – pięć rodzin. Wózki, niemowlaki, i cały ten rozgardiasz, który jest rozkoszny dla samych zainteresowanych, a dla pozostałych podróżnych –  to zapowiedź dwugodzinnego Armageddonu.

Poprzednio Chruczek grzecznie zasnął tuż po starcie i dopiero potem, na wysokości przelotowej, ocknął się i zaczął łobuzować. Więc oczywiście tym razem było zupełnie inaczej.

Mieliśmy dla niego przygotowany soczek, który chcieliśmy podać podczas startu, żeby wyrównywał sobie przełykając różnicę ciśnień (soczek musi być, bo przecież nie powiemy jedenastomiesięcznemu brzdącowi: „przełykaj ślinę!”). Ale Chrucz rzucił się na soczek od razu po wejściu do samolotu i wypił go nim zaczęliśmy kołować. Magda siedziała przy oknie, a Chrucz na kolankach, przypięty specjalnymi pasami, wyglądał przez okno. Spać nie miał zamiaru. Ale w końcu jakoś przymknął oczy. Podczas startu. No i dylemat: budzić go i podawać soczek? A może nie ruszać?

Po jednej nieudanej próbie, grożącej tym, że mały się obudzi, zdecydowaliśmy się nie zakłócać mu snu. Minęło zaledwie piętnaście minut i obudził się rześki i skory do figli. A przed nami były jeszcze dwie godziny lotu. Nie było szans, by utrzymać go przywiązanego do fotelika. Kręcił się jak śruba, wił i dawał do zrozumienia, że jeśli go nie uwolnimy, to nam urządzi na pokładzie jesień średniowiecza. Więc uwolniliśmy potwora. Dosłownie. Chwilę poskakał po wolnym środkowym siedzeniu. A potem zszedł do parteru i dał nura pod siedzeniami. Wyskoczył na wolne pole w przejściu pomiędzy dwoma rzędami foteli i ruszył żwawym truchtem, na czworakach, w stronę kabiny pilotów. Odwracał się co kilka metrów i patrzył, czy go gonimy. Goniliśmy go. Więc uspokojony galopował dalej. Co jakiś czas się zatrzymywał, wstawał i usiłował wdrapywać na kolana obcym ludziom. Z całkiem sporym powodzeniem (dziękujemy wyrozumiałym pasażerem lotu do Liverpoolu 25 maja).

IMG_1414

Chrucz ruszył w długą między rzędami foteli. To dziecko ma 11 miesięcy…

Gdy zbliżaliśmy się do lądowania, załoga dała nam jasno do zrozumienia, że żarty się skończyły. Przywiązaliśmy więc potwora do pasa mamy i próbowaliśmy uspokoić twardym obwarzankiem (to obwarzanek uratował nas od pewnej katastrofy podczas lotu z Gruzji). Ale Chruczek wykonał szeroki zamach i obwarzanek poszybował nad fotelami w stronę kabiny pilotów. To samo zrobił z podanym mu biszkopcikiem. Na szczęście soczek go zainteresował. I tak dotrwaliśmy w ciszy i spokoju do końca lotu.

Z powrotem lecieliśmy z Manchesteru Ryanairem o 6:40 rano. Chrucz poprzedniego dnia balował do północy. Spaliśmy więc całe trzy godziny przed wyjazdem na lotnisko i byliśmy w dość opłakanym stanie. Za to Chruczek – w olimpijskiej formie. Klimat lotniska bardzo mu służył. Całe szczęście, bo musieliśmy odstać swoje w długiej kolejce do gate’u. Cóż, w Ryanairze za priorytet się płaci co jest klarownie wyłuszczone w cenniku. Samolot był wypełniony do ostatniego miejsca, więc po raz pierwszy nie było szansy, by mieć wolne pole do częściowego choć poskramiania potwora.

Zestaw lotniczy: buteleczka z soczkiem na smyczy a na jej drugim końcu – obwarzanek.

Zestaw lotniczy: buteleczka z soczkiem na smyczy a na jej drugim końcu – obwarzanek.

Ale „poskramiać” trzeba było umiarkowanie. Mamy wrażenie, że Chruczek polubił latanie i ma już w samolocie swoje rytuały. Soczek przed startem (zamiast w trakcie – znów nam się nie udało postąpić według zaleceń lekarzy), krótka drzemka i potem gwałtowny wzrost aktywności. Tym razem nasz synek nawet nie sprawdzał czy go gonimy, biegając na czworakach po podłodze. A potem wstał na dwie nogi i zaczął poruszać się jak człowiek. No, prawie… Czekaliśmy z aparatem, żeby uwiecznić jego pierwsze kroki, gdzieś nad Morzem Północnym, ale on tylko sprawnie przemieszczał się wzdłuż rzędów foteli, by pobuszować w prywatnej pakamerze stewardess. Tak się wyluzował, że zafundował nam przewijanie na 10 tysiącach metrów z „dwójeczki” i musimy przyznać, że przewijak w samolotowej toalecie jest całkiem w porządku.

Chrucz wpasował się w wąską przestrzeń, w której parkuje się wózki z przekąskami.

Chrucz wpasował się w wąską przestrzeń, w której parkuje się wózki z przekąskami.

A potem pochłonął całą zupkę ze słoiczka i dwie buteleczki soczku. Czuł się doskonale. Zaczepiał – swoim zwyczajem – nieznajomych. I podśmiewywał się „czytając” swoimi wszystkimi ośmioma zębami kartę płatnych przekąsek, którą stewardessa wręczyła nam licząc, że może skusimy się na śniadanie.

Przed lądowaniem jakoś tak się złożyło, że z Magdą zamieniliśmy się miejscami i Chruczek usiadł na kolanach mamy na miejscu przy przejściu. Ale okazało się, że to wbrew przepisom, więc musieliśmy synka „przesadzić” na kolana taty. Grzecznie sięgnął po soczek i wylądowaliśmy zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki – popijając małymi łykami sok jabłkowy.

Wyszło chyba nieźle, bo nasz współpasażer, który kiedy zajęliśmy miejsce obok niego i Chrucz cisnął ciasteczkiem w jego tablet miał stan przedzawałowy na myśl o czekających go dwóch godzinach lotu, na pożegnanie uśmiechnął się słabo i wykrztusił: „co za miłe dziecko”.

No i wygląda na to, że Chrucz naprawdę polubił latanie.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

15 komentarzy

  • Ciekawa jestem co na to personel samolotu, bo z mojej wiedzy bardzo nieprzychylnie patrzą na chodzące czy pełzające po pokładzie dzieci, co jest w pełni uzasadnione – nie dość,ze to zwyczajnie niebezpieczne, to jeszcze przeszkadza im w pracy. Z takimi maluchami się nie lata, jeśli nie ma takiej konieczności rzecz jasna. Sama jestem mamą i uważam, że te dwa lata minimum trzeba odczekać z lotami z dzieckiem.

    • Personel samolotu był życzliwie nastawiony. Też zdawali sobie sprawę z tego, że dla tak żywiołowego malucha siedzenie w miejscu przez kilka godzin jest niemożliwe. Wszystko w granicach rozsądku. Przecież kiedy jedzie wózek z przekąskami to zabieramy małego z drogi. A chodzenie po przejściu nie jest jakość szczególnie niebezpieczne – bez włączonej sygnalizacji zapiąć pasy nie ma przecież potrzeby siedzieć na miejscu przez cały czas lotu.

  • Pierwszeństwo dla rodzin z dziećmi zależy chyba od lotniska, nie od linii. Zarówno w Krakowie, jak i na Malcie wchodziliśmy do bramek zaraz po osobach, które wykupiły miejsca. Na Malcie dodatkowo jechaliśmy całkiem osobnym autobusem pod samolot. A lecieliśmy w obie strony Ryanairem 🙂

    • Masz rację.Zależy pewnie od lotniska (podobnie jak przewożenie napojów dla dziecka – na niektórych można przewieźć kilka buteleczek i słoiczków z jedzeniem,na innych każą wyrzucać nawet małe butelki z wodą), a poza tym linii i życzliwości personelu. Zapytaliśmy czy mamy priorytet, ale pani z Ryanaira (ten sam personel jest na check-in a potem przy gate) pogoniła nas do długiej kolejki, bo nie mieliśmy wykupionego priorytetu. Z kolei inna jej koleżanka wyciągnęła nas z kolejki po jakimś czasie stania i wpuściła do samolotu przed pozostałymi pasażerami. Z Wizzairem mamy takie doświadczenia, że jest priorytet dla dziecka do 2 lat i nie ma dyskusji.

  • Nie wyobrażam sobie takiego lotu.
    Dlaczego inni pasażerowie mają czuć że leci z nami dziecko?
    Czy kupując bilet płacę za dodatkowe atrakcję?

    • Droga Moniko… Cóż Ci mogę odpowiedzieć? Najwyraźniej jesteś typem człowieka, który „płaci i wymaga”. Taka jesteś i pewno się nie zmienisz, choć przez takie nastawienie każda podróż w publicznym transporcie (niezależnie czy jest to samolot, autobus, czy przedział kolejowy), narazi Cię na ogromne stresy. Jeśli akurat nie ma na pokładzie żadnego dziecka, które mogłabyś „poczuć”, to pewno znajdzie się dwa rzędy dalej jakieś nadmiernie rozgadane towarzystwo i będziesz musiała przez dwie-trzy godziny cierpieć wysłuchując historii życia osób, których nie znasz i nie chcesz znać. Albo pasażer siedzący obok wyciągnie nagle z torby kanapki z jajkiem na twardo. Masakra! A co, jeśli całkiem blisko Ciebie usiądzie przygłuchy miłośnik gangsta-rapu, który będzie słuchał na cały regulator (przez słuchawki, ale i tak ten łomot przedziera się na kilka metrów) wulgarnych rymów? Albo – jak ja miałem kiedyś w 12-godzinnej drodze do Los Angeles – obok mnie spocznie młody Chasyd i będzie przez całą drogę, kiwając się bez ustanku, czytał półgłosem komentarze do Talmudu? Czy kupując bilet płaciłem za tą dodatkową atrakcję? Nie. A czy mogę coś z tym zrobić? Wezwać stewardessę i zażądać, by sąsiad przestał się kiwać? Nie da rady.
      Staraliśmy się, żeby Chruczek nikomu się nie naprzykrzał. Owszem, galopował na czworakach po korytarzu między fotelami, ale nie wrzeszczał, nie pluł, nie zaczepiał (za bardzo) innych ludzi. Mimo wszystko cieszę się, że Ciebie w tym samolocie nie było. I mam nadzieję, że nigdy się nie spotkamy. Pozdrawiam.

  • Nie jestem typem Płacę i wymagam, ale w środkach transportu publicznego, powinniśmy zachowywać się tak, aby innym się nasze, lub naszych podopiecznych zachowanie nie dawało we znaki, jest to oznaka prostego dobrego wychowania, Ja wiem że większość zachwyca się małymi bobaskami, jakie one cudowne itd, ale nie wszyscy, nie każdy lubi bobaski, kotki, pieski i inne stworzonka, jeśli wsiadamy do samolotu, autobusu lub jesteśmy w innym miejscu publicznym, należy dostosować się. Tyle. Staram się zrozumieć że dla Was Wasze dziecko jest cudowne i wspaniałe jak biega po samolocie, ale po pierwsze jest to niebezpieczne, a po drugie może komuś przeszkadzać.
    Ja cały lot jestem w pasach, tak jak w samochodzie czy autokarze, nie rozumiem ludzi którzy po pierwszym dzynk się rozpinają, po co? skoro i tak siedzą na 4 literach? ten pas wcale nie przeszkadza. A jak się leci z dzieckiem, można wziąć tonę zabawek i go zając. Nie mam problemu Was spotkać w samolocie.

Leave a Comment

Close