Dziecko w podróży Rumunia

Nie tylko ogórki i bita śmietana, czyli czym zaspokoić zachcianki ciążowe w Rumunii?

Written by sergiusz

Od samego rana pakujemy plecaki na wyjazd. Dwutygodniową włóczęgę w nieznane, po najdziwniejszym kraju w Europie. W pośpiechu robimy test ciążowy. To przecież zwykłą formalność. Nie do końca… 

MAGDA: Zawsze ceniłam sobie niezależność i to, że jeśli nadarzy się okazja, tego samego dnia mogę wsiąść w samolot i lecieć w dowolne miejsce na świecie. W związku z tym nie planowałam dzieci, bo po pierwsze – po co, a po drugie – przecież z dzieckiem takie numery byłyby niemożliwe. Tak po prostu wsiąść i polecieć (tak, właśnie tak wtedy myślałam). Ale ponieważ od kilku dni czułam się nieswojo, postanowiłam zrobić test. A kiedy zobaczyłam dwie kreski, byłam bardzo zdziwiona. Hej, przecież za godzinę wyruszamy na dwutygodniowy objazd Rumunii, bez noclegów, bez ogólnego planu – jedziemy śladami Vlada Drakuli, od dnia narodzin do chwili śmierci, mieliśmy iść na żywioł. A tu… dziecko?!? No więc w tej doniosłej chwili nie było tak romantycznie jak piszą w poradnikach dla rodziców. Nie popłakaliśmy się z radości i, przytuleni, nie planowaliśmy wspólnej przyszłości we trójkę. Raczej czułam się wściekła i bezradna. Sergiusz pewnie też, ale nie dał tego po sobie poznać. A potem? Potem przez chwilę przez myśl mi przeszło, że teraz to ja już się położę i tak będę leżeć do góry dnem przez najbliższych dziewięć miesięcy. Ale instynkt włóczęgi zwyciężył i już kilka godzin później jechaliśmy na południe.

Magda przed malowaną cerkwią na rumuńskiej Bukowinie

Magda przed malowaną cerkwią na rumuńskiej Bukowinie

SERGIUSZ: Dwie kreski na teście ciążowym i radość zmieszana z obawą. Jak to? Teraz? Akurat dziś? Przecież właśnie pakujemy się i za kilka godziny wyjeżdżamy na dwutygodniową wyprawę do Rumunii! Jedziemy do tego kraju pierwszy raz. Mamy napięty do granic możliwości harmonogram. Zaplanowaliśmy codzienne przejazdy po 400-600 km, intensywne zwiedzanie, a przede wszystkim nastawiliśmy się, że będziemy degustować dużo miejscowych potraw, no i słynnych rumuńskich i mołdawskich win. A tu taka niespodzianka… A przecież już coś podejrzewałem. Gdy kilka dni temu Magda nagle zamyśliła się, a potem spojrzała na mnie i powiedziała: „Mam ochotę na snickersa”. Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Ona? Czy ja się przesłyszałem? Na snickersa? Wojująca przeciwniczka wszelakich słodyczy, która ostatnią kostkę ptasiego mleczka zjadła w połowie lat dziewięćdziesiątych? Kupiliśmy batonik, a Magda go w trzydzieści sekund ze smakiem wciągnęła.

MAGDA: I tak, wyposażeni poza normalnym wyjazdowym ekwipunkiem w pokaźny zapas słodkich przekąsek, ruszyliśmy. To była pierwsza w moim życiu podróżnicza „gospodarka planowa”. Do tej pory w drodze zawsze sprawdzała się zasada, że trzeba mieć przy sobie tylko dokumenty. Resztę zawsze można zorganizować. Kasę zarobić, ubrania kupić, jedzenie dostać, przespać się byle gdzie. A teraz musiałam zawczasu pomyśleć o zapasie słodkości, żeby nie szukać awaryjnie cukierni w środku przejazdu przez górską przełęcz, kiedy nagle zacznie mi się robić niedobrze. Pomyślałam, że to przedsmak tego gigantycznego bagażu wilgotnych chusteczek, odżywek, jedzenia i zabawek, który już wkrótce będziemy wozić ze sobą…

Panorama rumuńskich Karpat z Rasnova

Panorama rumuńskich Karpat z Rasnova

SERGIUSZ: O tym, że Magda nie należy do kobiet, które zaglądają do wózeczków i roztkliwiają się nad „maluszkami” i „fasolinkami”, wiedziałem od dawna. Tym uważniej jej się przyglądałem w czasie tej podróży. Przyznaję – bałem się, że będzie kompletnie ignorować fakt, że jest w ciąży i nie zmieni ani na jotę swoich podróżniczych nawyków. Ale nawet, jeśli miała taki zamiar, to dziecko szybko pokazało, że nie pozwoli, by o nim zapomniała. Choć nie obyło się bez walki. Widziałem, że coś jest nie tak, ale na moje kontrolne pytania, zawsze odpowiadała: „czuję się świetnie!”. Dopiero jak dociskałem: „Ale tak w skali od 1 do 10, to jak się czujesz?” – ona cedziła przez zęby: „Dwa”. I już wiedziałem, że jest naprawdę źle. Proponowałem jej: „Zatrzymajmy się. Powinnaś coś zjeść”. Ona kręciła głową: „Nie jestem głodna, przecież rano jadłam śniadanie”. No tak… Jeszcze niedawno to by zamknęło sprawę, bo Magda właściwie żywiła się powietrzem. Potrafiła nic nie jeść przez dwa dni „bo nie miała ochoty”. Ale to „przecież rano jadłam” nie zabrzmiało jakoś przekonująco, więc zatrzymaliśmy się w przydrożnej knajpce i Magda gładko wsunęła dwudaniowy obiad. Gdy ruszyliśmy dalej, powiedziała: „Już mi lepiej. Miałeś rację”.

MAGDA: I tym sposobem zamiast być jak zwykle na wiecznej diecie zaczęłam próbować lokalnych specjałów. W pierwszych tygodniach ciąży kompletnie zmieniły mi się preferencje i z radością odkrywałam nowe smaki. No, może nie ciorba de burta, czyli tłuste flaczki, które ze smakiem zajadał Sergiusz, ale wyjątkowo dobrze tolerowałam mięsne gulasze i zawiesiste zupy  warzywnych. W przydrożnych restauracjach wyszukiwaliśmy sycące rosoły, które „uspokajały” nasze dziecko. A ja w każdą trasę zawsze miałam przygotowany zapas rumuńskich słodyczy, na przykład chrupiących rożków z kruchego ciasta z nadzieniem orzechowym kupionych w lokalnej cukierni w Suczawie. Odkryliśmy też genialne, naturalne soki pomarańczowe, sprzedawane na stacjach benzynowych – mogłam je pić litrami. Ponieważ odrzucało mnie od pizzy i kebabów, które w normalnym stanie lubiłam, zawsze szukaliśmy na obiad czegoś lokalnego, co mały „obcy” przyjmował z entuzjazmem. Ale okazało się, że na przykład na bukaresztańskiej starówce wręcz potykaliśmy się o restauracje włoskie, chińskie, sushi bary i kebabownie, za to przez półtorej godziny szukaliśmy restauracji, w której moglibyśmy zjeść coś lokalnego.

Podrzędna knajpka na bukaresztańskim podwórku. Ale mają tu ciorby, suszone rybki i piwo bezalkoholowe, czyli to, czego potrzeba podróżującym przyszłym rodzicom

Podrzędna knajpka na bukaresztańskim podwórku. Ale mają tu ciorby, suszone rybki i piwo bezalkoholowe, czyli to, czego potrzeba podróżującym przyszłym rodzicom

SERGIUSZ: No i wreszcie udało się – na tyłach przecinającej stare miasto Calea Victoriei znaleźliśmy lokalną knajpkę, a właściwie piwiarnię, przy której był tani bar z ciorbami – czyli zupami, oraz małymi suszonymi rybkami na przystawkę. Zresztą piwo okazało się w tym kraju wspaniałych win, całkiem dobre. Piwo! Którego Magda w Polsce praktycznie nie tykała! Bezalkoholowy „Ursus” był hitem wyjazdu. Smakował niczym najlepsze cabernet-sauvignon. Zresztą w ramach solidaryzowania się z Magdą, ja też przestawiłem się z wina, na bezalkoholowe piwo, co z pewnością wyszło nam na zdrowie. Zwłaszcza, że drogi w Rumunii były kręte i kiepsko oświetlone, a zmrok zapadał wcześnie. Mimo moich obaw czy Magda da radę, udało nam się utrzymać napięty grafik zwiedzania. Wiem, że było jej ciężko, bo Drakul… No właśnie, wyjaśnij skąd się wziął Drakul.

"Zaklinanie" i przesądy? A jakże – zanim zrobiliśmy pierwsze badania, w każdej rumuńskiej cerkwi zapalaliśmy świeczkę w intencją zdrowia naszego dziecka

„Zaklinanie” i przesądy? A jakże – zanim zrobiliśmy pierwsze badania, w każdej rumuńskiej cerkwi zapalaliśmy świeczkę w intencją zdrowia naszego dziecka

MAGDA: Naszą podróż poświęciliśmy szukaniu śladów historycznej postaci Vlada zwanego Drakulem, czyli pierwowzoru hrabiego Draculi. Najpierw pojechaliśmy do Sigishoary, gdzie Vlad się urodził. Potem byliśmy w zamku Bran, domniemanej siedzibie Palownika, wreszcie na jego grobie w klasztorze na jeziorze Snagov. Z każdym kilometrem podróży okrutny hospodar, który okazał się być dzielnym wojownikiem, zdolnym strategiem, dobroczyńcą kraju i założycielem Bukaresztu, wydawał się nam coraz bardziej sympatyczny. No i nasze małe, które było wtedy takim wampirem odbierającym energię i dobre samopoczucie, też zaczynaliśmy, jak Drakula, coraz bardziej lubić.

Pierwsze tygodnie ciąży to zwiększona wrażliwość. A widoki w Rumunii nie zawsze są piękne i łatwe

Pierwsze tygodnie ciąży to zwiększona wrażliwość. A widoki w Rumunii nie zawsze są piękne i łatwe

SERGIUSZ: Przy grobie Vlada, na wyspie na jeziorze Snagov, mieliśmy chyba najgorszy kryzys. To tylko 40 km od Bukaresztu, jedzie się piętnaście minut autostradą, ale potem przez godzinę szukaliśmy drogi na wyspę, gdzie stoi monastyr. Przejeżdżaliśmy jakimś leśnym duktem, na którym auto mało nie urwało zawieszenia. No i musieliśmy się co chwilę zatrzymywać, bo Magda naprawdę źle się czuła. Dopiero w wiejskim sklepiku kupiliśmy czekoladowe wafelki i to ukoiło złość Drakula. Potem wskoczyliśmy na autostradę do Konstancy i Magda, wymęczona, spała całą drogę, trzy godziny. Obudziła się, jak dojechaliśmy do miasta. Zregenerowała się na tyle, że wybraliśmy się na spacer nadmorską promenadą i zjedliśmy wspaniałą kolację w rybnej restauracji, siedząc przy stoliku nad samym morzem. A w tym czasie Warszawa tonęła w śniegu.

Romantyczna kolacja na nabrzeżu w Konstancy. 2 listopada 2012

Romantyczna kolacja na nabrzeżu w Konstancy. 2 listopada 2012. Było tak ciepło, że poprosiliśmy o wyniesienie stolika wprost na deptak.

MAGDA: Najgorsze w tej podróży było to, że cały czas byłam śpiąca, nawet w ciągu dnia. Zawsze zmieniamy się za kierownicą, a teraz Sergiusz musiał wziąć na siebie większość trasy, bo ja odpadałam po godzinie prowadzenia. W ciągu dwóch tygodni przejechaliśmy cały kraj, od mglistej Oradei po gorące Babadag. Od temperatury na minusie, do ponad dwudziestu stopni ciepła. Od wysokich gór po morze. Po drodze na bieżąco zmienialiśmy plany noclegów, bo zabawiliśmy gdzieś dłużej i nie było szans, żebyśmy dojechali przed nocą tam, gdzie planowaliśmy. Bałam się, że to nie jest dobry moment na takie intensywne wrażenia i ciągłe spore napięcie. Zwłaszcza, że patrząc z perspektywy, to był najgorszy okres ciąży. Ale Rumunia dla przyszłej mamy okazała się krajem trudnym także przez ciągłą obecność tajemniczości i śmierci w tej kulturze. Każda, nawet najbardziej racjonalna kobieta, ulega w tym okresie przesądom. Bo: „pewnie to nieprawda, ale jeśli jednak?”. A ciągłe opowieści o wszechobecnych siłach nadprzyrodzonych, czy głośne pogrzeby z eksponowaniem zmarłych i ucztowaniem na grobach, albo otwarte trumny na które natykaliśmy się w kaplicach zwiedzając kościoły, wywoływały u mnie odruch obronny. Żeby się przypadkiem „nie zapatrzeć”…

Trębacze zapowiadają zbliżający się kondukt żałobny. Rumunia to kraj naznaczony wszechobecną śmiercią i duchowością

Karpaccy trębacze zapowiadają zbliżający się kondukt żałobny. Rumunia to kraj naznaczony wszechobecną śmiercią i duchowością

SERGIUSZ: Najbardziej niesamowite diabły widzieliśmy na ścianach malowanych cerkwi Bukowiny. Ale fakt, przez głowę przechodziły mi czasem myśli, że pewnych rzeczy Magda nie powinna oglądać. Nie pchaliśmy się więc, tak jak to mieliśmy zawsze w zwyczaju, na wszystkie pogrzeby, do opuszczonych cmentarnych kaplic i w tym podobne miejsca. Choć „wesołego cmentarza” w Sapancie nie darowaliśmy sobie, bo szkoda nam było nie zobaczyć tak egzotycznej nekropoli. No, a pamiątką z podróży mogłoby być imię naszego syna. Tylko czy jakikolwiek urząd nam zarejestruje Drakula?

MAGDA: W Rumunii pewnie każdy. Ale na polskie warunki musisz chyba wymyślić coś normalnego…

Zabawne makabryczne obrazki i wierszyki na nagrobkach Wesołego Cmentarza w Sapancie

Zabawne makabryczne obrazki i wierszyki na nagrobkach Wesołego Cmentarza w Sapancie

Magda, przedtem prawie wegetarianka, w pierwszych tygodniach ciąży rozsmakowała się w rumuńskich gulaszach i słodkich rożkach z orzechowym nadzieniem, które odkryła na Bukowinie. Podróżujące dziewczyny, podzielcie się w komentarzach swoimi doświadczeniami: jakie mniej lub bardziej egzotyczne zachcianki miałyście podczas ciąży?

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

3 komentarze

Close