Armenia Dziecko w podróży

Noy kontra Ararat. Jaki jest najlepszy armeński koniak?

Written by sergiusz

Chruczek zaczął swoją popołudniową drzemkę. Wykorzystaliśmy ten moment, by odwiedzić legendarną wytwórnię najlepszego armeńskiego koniaku. Dopiero na miejscu zorientowaliśmy się, że to nie jest wszystko takie oczywiste…

a

Armenia to koniak „Ararat”. To niemal synonim, przynajmniej sądząc po liczbie zamówień od krewnych i znajomych, którzy wiedząc, że jedziemy do Armenii, postanowili odświeżyć z nami kontakty, licząc na butelkę doskonałego trunku.

Nikt nawet nie zapytał, czy wybieramy się do wytwórni najlepszego koniaku, wychodząc z założenia, że to „oczywista oczywistość” i turystyczny „must see”. Mieliśmy to oczywiście w swoich planach, ale trochę uzależniliśmy je od Chruczka. Przecież trudno byłoby zwiedzać magazyny zastawione butelkami bezcennego trunku z rozkrzyczanym, bardzo żywym trzyipółlatkiem.

Na szczęście Chruczek zasnął.

Stary gmach wytwórni koniaku.

I wtedy poszliśmy do potężnego gmachu z wulkanicznego tufu, który był siedzibą najsłynniejszej fabryki armeńskiego trunku. Czyli koniaku „Ararat”? No nie, koniaku „Noe”. Wiemy, to skomplikowane…

Ale po kolei.

Koniak, czy też brandy, to nie jest tradycyjny armeński trunek. Ormianie od wieków pili wino, albo piekielnie mocne nalewki z moreli, śliwki, albo morwy.

Ale w 1877 roku biznesman Nerses Tairyan kupił ostatni nierozebrany fragment perskiej twierdzy strzegącej Erewania i zaczął w jej murach produkować brandy. Dziś na dziedzińcu fabryki stoją wykopane z ziemi przy pracach remontowych perskie armaty, a obok nich socjalistyczne limuzyny prezesów z lat 60.

Wołga i armata. Symbole potęgi dwóch epok.

Interes Tairyanowi szedł tak sobie. Dlatego w 1899 roku, za 50 tysięcy rubli, Rosjanin Mikołaj Szustow kupił jego firmę i dwa lata później anonimowo wysłał próbki swojej produkcji na najbardziej prestiżowe targi win i koniaków w Paryżu. Zachwycone jury przyznało mu Grand Prix, ale gdy okazało się, że trunek powstał w Armenii, a nie we francuskiej prowincji Cognac, wybuchł skandal. Sędziom nie wypadało jednak zdyskwalifikować uzurpatora, któremu przed chwilą przyznali główną nagrodę. Szustow, jako pierwszy, dostaje więc certyfikat jakości i może swoją brandy nazywać „koniakiem”.

Z czasów Szustowa pozostały, oprócz koniaku, butelki świetnej madery i porto. Degustowaliśmy doskonałą maderę liczącą ponad 100 lat i prawie 100-letni portwajn…

Ciągle jednak miał problemy ze zbytem swojego towaru. Ormianie woleli wino i wódkę, a za granicą cenione były alkohole wyłącznie z Francji. Wtedy wpadł na genialny pomysł, który przeszedł do klasyki działań marketingu i PR.

Ogromne beczki wypełnione koniakiem czekały na klientów.

Szustow wynajął aktorów, wyglądających na ludzi z „dobrego towarzystwa”. Na jego koszt zaczęli bywać w najlepszych restauracjach na świecie, i z szerokim gestem zamawiali najdroższe wykwintne dania. Po wystawnej biesiadzie żądali zawsze kieliszka ormiańskiego koniaku. Oczywiście w żadnej eleganckiej restauracji nikt im tego nie podał, bo skąd? Kierownicy sal gięli się w ukłonach i proponowali koniak francuski. – Nie! Ma być ormiański koniak Szustowa i koniec! – wybuchały awantury. – Jak to? Nie ma koniaku Szustowa, najlepszego trunku na świecie? To skandal! – klienci pałali świętym oburzeniem, płacili za jedzenie i wychodzili demonstracyjnie trzaskając drzwiami.

Tak jak przedsiębiorca się spodziewał, za sprawą szeptanej propagandy, nazwa ormiańskiego koniaku obiła się w świecie szerokim echem. Zaczęły płynąć zamówienia. A ormiański koniak był rzeczywiście bardzo dobry, więc zdobył szybko renomę. Po Pierwszej Wojnie Światowej Armenia stała się republiką radziecką, a produkcja koniaku szła pełną parą. II Wojna Światowa ominęła Armenię. Stalin w Jałcie poczęstował Winstona Churchilla szklaneczką koniaku, sprzedawanego już pod nazwą „Ararat”. Brytyjski premier był zachwycony. Być może właśnie dlatego był gotowy tak łatwo oddać sowietom całą Europę Wschodnią, byle dostawać od Stalina co miesiąc skrzynkę tego wspaniałego koniaku – co mu sowiecki dyktator solennie obiecał.

Gabinet dyrektora fabryki „Ararat” z 1945 roku.

Jednak po paru miesiącach Churchill poskarżył się Stalinowi, że „Ararat” wyraźnie stracił smak. Pierwszy sekretarz zmarszczył brwi. Jak to, popsuł się ten słynny armeński koniak?

Okazało się, że w międzyczasie główny technolog wytwórni został zesłany do łagru. Osobistym rozkazem Stalina Margar Sedrakian został wypuszczony na wolność i przywrócony do pracy. „Ararat” odzyskał swój smak.

Trunek dojrzewa w dębowych beczkach. Dęby pochodzą z Górskiego Karabachu.

W szalonych latach dziewięćdziesiątych, gdy komunizm się walił, a byłe kraje bloku wschodniego na skróty wprowadzały kapitalizm, słynny zakład podzielił się. Markę „Ararat” w 2002 roku sprzedano Francuzom, a konkretnie największemu koncernowi produkującemu luksusowe alkohole. Zapewne intencja władz Armenii była czysta – chcieli, by Francuzi pomogli zdobyć „Araratowi” globalny rynek. Ale tak się nie stało. Francuzi dopilnowali, by na półkach sklepów w Unii Europejskiej stały tylko koniaki z Francji.

Ormianie jednak nie odpuścili. W murach starego zakładu – tego w perskiej fortecy – postanowiono uruchomić znów produkcję koniaku, który dostał nową nazwę, nawiązującą pośrednio do Araratu – „Noy” (Noe). Zanim złoty trunek noszący imię patriarchy podbije Europę, już stał się oficjalnym koniakiem prezydentów Rosji.

Płaskorzeźba w fabryce koniaku Noy. Noe schodzi z Araratu, w ręce trzyma winne grono – symbol początku produkcji szlachetnych trunków w Armenii.

50-letni koniak Noy.

Ekskluzywna linia „Kremlin” zwilża gardła urzędników i gości Władymira Putina. W ramach dość niezwykłej akcji promocyjnej kilku alpinistów wspięło się na ośnieżony szczyt Araratu wnosząc tam osiem butelek „Noego”. Trzy znieśli na dół – są w muzeum przy fabryce koniaku. Pięć butelek osuszyli na górze. Wrócili cali i zdrowi.

Alpiniści z koniakiem Noy na szczycie Araratu.

Schodzimy do fortecznych lochów. Tu, w ogromnych, dębowych beczkach starzeje się koniak. Każdy rok, to kolejna gwiazdka na etykiecie. Podpisujemy się kredą na denkach beczek, w których Noe nabiera mocy…

Podpisujemy się na beczce ze stuletnim trunkiem. To przywilej dany nielicznym.

Na koniec degustacja. Próbowaliśmy 10. i 30. letnich koniaków. Dowiedzieliśmy się, że koniak musi być tak nalany do kieliszka, by można go było położyć na stole, a trunek doszedł do krawędzi, ale nie wylał się. Kiedy kieliszek znów postawimy, do krawędzi kieliszka widoczny jest łuk z koniaku. Tyle sekund, ile spada pierwsza kropla, tyle lat ma nasz koniak.

Kieliszek trzymamy lewą ręką, by był blisko serca. Prawą dłonią otaczamy szklaną czarkę, by ogrzać trunek i wyzwolić jego smak. Do koniaku nie można dodawać lodu ani cytryny, to psuje jego smak. Koniak degustujemy z plasterkami pomarańczy i gorzką czekoladą.

NOY Yerevan Ararat-Brandy-Wine-Vodka Factory
Admirała Isakova 9 (budynek naprzeciwko ratusza i muzeum miejskiego)
Oprowadzanie z degustacją trwa około godziny i kosztuje 3500 AMD

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

Close