Dozwolone od lat 18-tu!

W oczekiwaniu na pierwszy dzwonek

Written by sergiusz

Już za parę dni Wili idzie do szkoły. Wprawdzie szkoła jest angielska, ale przezornie postanowiłem rzucić okiem do polskich sklepów, żeby sprawdzić, co taniej i lepiej można kupić w Warszawie. No i proszę…

a

Gdy myślę o swoich latach szkolnych, to najjaśniejszym punktem szarego PRL-u były Sklepy Papiernicze. W Zakopanem – gdzie mieszkałem – były takie trzy. I wszystkie pod koniec sierpnia przeżywały oblężenie. Do dziś pamiętam najpiękniejszy na świecie, słodki zapach chińskiej gumki do ołówków i aromat ułożonych w stosy zeszytów 52-kartkowych w kratkę. Wprawdzie pani od polskiego do znudzenia nam powtarzała, że mamy pisać w cienkich, 16-kartkowych zeszytach w trzy linie, bo nam się dzięki temu wyrobi piękny, kaligraficzny charakter pisma, a ona będzie dźwigała kilka kilogramów mniej (w klasie było 42 uczniów), ale co zrobić?

Za czasów PRL-u z zakupem przyborów szkolnych i podręczników nie można było czekać do końca sierpnia. Wyprawkę kompletowało się wtedy, kiedy akurat coś „rzucili” do papiernika. Poszukiwania trwały od końca roku szkolnego, często nawet do października. Czasem pojawiały się zeszyty w kratkę, potem kredki, innym razem zeszyty w linie.

Paskudne zeszyty z czasów PRL.

A już 16-kartkowe zeszyty w trzy linie były tylko spod lady i większość uczniów musiała się zadowolić brulionami w kratkę, albo gładkimi. Nie znosiłem gładkich, bo trzeba było za pomocą linijki i czarnego flamastra zrobić sobie liniuszek (dla tych, co nie dorastali w PRL-u: to szablon w grube linie lub kratkę podkładany pod czystą kartkę w celu równego pisania), a potem podłożyć go równo pod kartkę i uważać, żeby się nie przesunął w trakcie pisania.

Nie wiem jak to wyglądało u innych – mi się zawsze przesuwał, albo go gubiłem.

Domyślałem się, że od lat osiemdziesiątych technika poszła do przodu, ale jedno się nie zmieniło – z dzieciństwa dobrze pamiętam Dom Towarowy „Smyk”. Znakiem czasów jest to, że po przybory szkolne dla synka nie muszę jechać do sklepu, wystarczyło wejść na stronę smyk.com i kliknąć w dział Wyprawka Szkolna.

I wtedy zakręciło mi się w głowie.

Żeby od razu nie zwariować, w bogactwie produktów postanowiłem odnaleźć na początek coś malutkiego. Może pachnącą chińską gumkę?

To nie takie proste. I to wcale nie dlatego, że zabrakło pachnących, chińskich gumek. Pamiętając realia mojej młodości to bym jeszcze zrozumiał. Jest koniec sierpnia, wszyscy kompletują przybory szkolne, więc może zabraknąć.

Tylko, że mamy rok 2017 a nie 1987 i inne problemy. Na przykład milion gumek na półce i żadna z nich nie wygląda jak gumka z „Plastusiowego Pamiętnika”.

Bo co to jest, do kroćset, „Gumka Chlebowa”?

Acha, wystarczy przeczytać w opisie. Gumka do ścierania grubego, tłustego ołówka, wchłaniająca, a nie rozmazująca grafit. No to sorry.

Zmieńmy dział. Co tu jest? Worki na kapcie?

„Za moich czasów” (Boże, jak to brzmi!) smętne, granatowe worki się szyło samemu na lekcjach ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne – miałem z nich mocną tróję). Teraz do wyboru są ortalionowe, piękne, kolorowe worki z samochodami, księżniczkami albo Świnką Peppą – co kto woli. Osobno kolory dla dziewczynek, inne dla chłopców. Aż szkoda te małe dzieła sztuki brudzić butami.

Ale przecież Wili idzie do szkoły w Anglii. A w brytyjskiej szkole nie zmienia się butów na kapcie, czy juniorki (pamiętacie te niewygodne, twarde pseudobuty, które obcierały jak nieszczęście i nie nadawały się do chodzenia). Ewentualnie przyda się worek na strój do PE (czyli po naszemu WF).

OK. Może być z planetami i rakietą kosmiczną, bo mały akurat fascynuje się kosmosem.

A co z piórnikiem?

Spojrzałem na dział piórników i zdziwiłem się, ale jakby z innego powodu.

Choć nie zauważyłem znienawidzonych przeze mnie piórników zamykanych na magnes, to w sumie najbardziej rzucały się w oczy duże, kolorowe „kosmetyczki” na dwa zamki błyskawiczne. Wreszcie coś znajomego, bo to chyba najpopularniejszy model z czasów mojej późnej podstawówki! W tych piórnikach mieściło się wszystko: zestawy kredek, flamastrów, wieczne pióro z kompletem zapasowych naboi, ołówki, temperówki, cyrkiel, ekierka, linijka, a nawet kalkulator. Też miałem taki piórnik. A potem, w ramach licealnego buntu, zamiast piórnika nosiłem metalowe pudełko po jakiś słodyczach. Przy każdym kroku grzechotały obijające się o siebie długopisy i łamały grafity w ołówkach automatycznych. A potem wszystko się wysypywało do wnętrza plecaka, bo metalowe pudełko po słodyczach się nie domykało. Magda z kolei pamięta trudne do zdobycia chińskie piórniki, które w jej podstawówce robiły furorę.

Plecaki!

No tak, największa szkolna rewolucja za mojego życia. Jak zaczynałem edukację, to oprócz granatowego fartuszka ze stylonu i tarczy na ramieniu, musieliśmy nosić tornistry z (chyba) podróbek skóry. Nawet bez książek, zeszytów, piórnika i drugiego śniadania ważyły tonę. Gdy po Stanie Wojennym zrobiła się przekorna moda na elementy militarne, spodnie moro, zielone bluzy i plecaki typu „kostka”, wyrzuciłem tornister i z dumą przepakowałem przybory szkolne do brezentowego wora, który był chyba plecakiem-samoróbką zrobionym przez wiecznie pijanego kaletnika, który miał warsztat w suterenie kamienicy na przeciwko stadionu drużyny SNPTT Zakopane przy ulicy Orkana. Nikt wtedy nie marzył o takich cudeńkach, które teraz mogę wybrać jednym kliknięciem. Kolorowe, z materiałów lekkich, ale mocnych. Z ergonomicznymi paskami (a nie cienkimi rzemieniami, które wpijały się w ciało jak bicze). Z kieszeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Ech, fajnie teraz być dzieckiem…

Nasz synek fascynuje się kosmosem, więc chyba ten.

W poniedziałki, środy i czwartki mieliśmy po siedem lekcji, a potem jeździłem PKS-em do szkoły muzycznej w Nowym Targu. Żeby nie umrzeć z głodu robiłem sobie rano kanapki z dżemem i żółtym serem i pakowałem je w szary papier. Do steranej harcerskiej manierki wlewałem wodę, która nawet po przegotowaniu okrutnie „waliła” chlorem i plastikiem.

Dziś mamy sto razy lepszą wodę w kranie, a dziecku mogę do szkoły kupić bidony z atestowanych tworzyw sztucznych i praktyczne „lunchboxy” do noszenia kanapek.

Może więc choć z unikalnymi zeszytami 16-kartkowymi w trzy linie jest bieda, jak przed 30 laty?

A skąd! Mają i to. Choć trzeba trochę poszperać. I są w wersji „dziewczęcej” i „chłopięcej”.

Co za straszny seksizm! Za moich czasów… ZA MOICH CZASÓW! okładki zeszytów były jednolicie gładkie, i tak samo brzydkie, brązowe lub niebieskie, ewentualnie z jakimś neutralnym szlaczkiem. No nic. Mam chociaż nadzieję, że na pierwszej lekcji obłożą wszystkie książki i zeszyty jakimiś ładnymi gazetami. To nam zawsze kazała robić wychowawczyni na początku września, zaraz po podaniu nam planu lekcji i spisu lektur.

Ciekawe, czym się dziś obkłada zeszyty, przyjmując, że w ogóle jeszcze ktoś to robi?

Na odpowiedź nie musiałem czekać długo. Oczywiście w sklepie znalazłem półkę z plastikowymi okładkami na zeszyty.

W sumie to chyba dobrze, że uczniowie w szkole mogą zająć się po prostu nauką. A rodzice wszystko co trzeba kupią w Smyku.

Tekst powstał we współpracy ze sklepem smyk.com

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

3 komentarze

  • Back to school – kiedyś, to był tylko plecak szkolny, piórnik etc… teraz liczy się też styl, moda, trendy młodzieżowe, rodzicom jest coraz trudniej podołać temu wyzwaniu 😛

  • Duzego plecaka tez nie bedzie potrzebowal, bo oni ze szkoly zwykle 1-2 ksiazeczki przynosza. 🙂
    Pamietam jak, juz w latach 90tych, wybieralam sobie zeszyty, jak wszystko planowalam i wachalam 100 razy. Mile wspomnienia.

Close