Dziecko w podróży Gruzja

Pierwszy krok w chmurach

Written by magda

Nareszcie nadszedł ten dzień. Byliśmy na niego doskonale przygotowani. Wypytaliśmy znajomych, czytaliśmy blogi podróżujących rodziców, wertowaliśmy poradniki. Znaliśmy na pamięć punkty odprawy dla rodziców z dzieckiem, mapę przewijaków i lokalizację kącika dla dzieci. A jednak, kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy z wózkiem na lotnisko, czuliśmy się zagubieni.

Sami robiliśmy to setki razy i poruszamy się po Okęciu niemalże jak po własnym (tylko trochę większym) domu. Ale teraz, kiedy obok nas stał wózek, z którego pytająco spoglądał na nas Chrucz, czuliśmy się jak początkujący turyści, którzy mają przed sobą dziewiczy lot.

Najpierw odprawa. Wszystko poszło sprawnie, nadaliśmy bagaże i lżejsi o kilkanaście kilo poszliśmy do kontroli bezpieczeństwa. Nie było kolejki, ale gdyby była, puścili by nas razem z wózkiem bocznym wejściem. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy byłam w ciąży.

Bezbłędnie podeszliśmy do bramki numer jeden. To tam kierują się rodzice, którzy mają w podręcznym bagażu pokarm dla niemowląt ponad przepisowe 100 mililitrów płynów. Wszystkie soczki i mleczka a także słoiczek z deserkiem Chruczka wylądowały w specjalnych, wyprofilowanych korytkach, przypominających trochę te z filmów o Bondzie, kiedy czarny charakter wyjmuje z hermetycznego pojemnika substancję, która ma zniszczyć świat. Kukurydzianym chrupkom darowano i pojechały w torbie z pozostałymi rzeczami.

My w tym czasie wyjmowaliśmy komórki, laptopy, odpinaliśmy paski i ogarnialiśmy samych siebie do przejścia przez bramkę. Zaraz zaraz, przecież jeszcze wózek! Nasz X-Lander, wypożyczony od zaprzyjaźnionej Redaktor Naczelnej (Gabi, Twój wózek zwiedza właśnie Gruzję 🙂 ), doskonale sprawdza się w terenie. Ma świetne resory i wielkie, pompowane koła a Sergiusz pieszczotliwie nazywa go Land Roverem. Tyle, że w przeciwieństwie do plastikowej spacerówki typu „parasolka”, nie jest go łatwo przepuścić przez skaner na lotnisku. Sergiusz, bez paska w spodniach, zerkając jednym okiem na laptopy i IPhone’y, które już dawno wyjechały z drugiej strony, rozpaczliwie próbował wepchnąć wózek do tunelu. Pomagał mu pogranicznik, a kilku celników, obsługujących okoliczne bramki, zwabionych smakowitym spektaklem, kibicowało z daleka: „Nie tak go pan składa!”, „A może budę mu się zdejmuje?”, „A koła? Tylko dwa? Może tamte też pójdą?”. Ostatecznie wózek pojechał bramką numer dwa. Jakoś go wcisnęliśmy i nawet nie zablokował się w środku.

Wtedy z Chruczem na rękach przeszłam przez bramkę, która oczywiście zapiszczała. Sergiusz właśnie składał wózek z drugiej strony, więc oddałam mu małego i wróciłam, żeby zdjąć buty. W tym czasie celniczka zainteresowała się Chruczem. „A może to on piszczał, a nie tamta pani?” – zagadnęła Sergiusza i dokładnie obszukała Chruczka. W tym czasie ja i buty pomyślnie przeszliśmy kontrolę. Gorzej z soczkami. Po przeskanowaniu soczki poszły do dalszego sprawdzania. Najpierw butelki trafiły do maszyny z dziurą, gdzie były ponownie, pewnie dokładniej, skanowane. Potem z jednej z butelek, która okazała się podejrzana w tej kontroli, musieliśmy odlać trochę Bobo Fruita do probówki, probówka poszła do innej maszyny, maszyna zatrzęsła się, wydała kilka pisków i wypluła wydruk. „Wszystko OK, jak coś nie przylega dobrze, to wariuje” – powiedział tajemniczo celnik wskazując na butelkę z „uszami”, dzięki którym Chruczek samodzielnie pije.

Uff. Udało się. Zebraliśmy wszystkie rzeczy i ruszyliśmy w poszukiwaniu przewijaka. Tu też wszystko poszło sprawnie i postanowiliśmy poczekać na boarding w kąciku dla dzieci. Chrucz był zachwycony. Pobiegał po miękkiej wykładzinie, wlazł do plastikowego domku. Próbował wyrwać smoczek małej Mariance, a jej mamie pchał się na kolana. Wreszcie ze starszym bratem Marianny, Bartholomeo, zakwaterowali się w domku. Nowy kolega Chruczka mówił po włosku (jego tata był Włochem), na co jego mama, Polka, odpowiadała mu po polsku. – Mój syn w ciągu osiemnastu miesięcy życia zwiedził dziewiętnaście krajów i cztery kontynenty – pochwaliła się mama z międzynarodowej rodziny. – Ale było ciężko, więc przy drugim dziecku już odpuściliśmy – dodała wskazując na bawiącą się czerwonym konikiem córkę.

Pożegnaliśmy się, bo zaczął się boarding, a my, jako rodzice z dzieckiem, mieliśmy pierwszeństwo do wejścia na pokład. Już na płycie lotniska, tuż przed wejściem do samolotu Sergiusz w strugach deszczu złożył wózek, i natychmiast pojawił się przy nim pracownik portu. Wziął wózek na taśmę, która zawiozła go do luku. A my z Chruczkiem weszliśmy do samolotu. Siedzieliśmy bardzo wygodnie, bo nikt nie odważył się usiąść koło pary z niemowlakiem. I bardzo dobrze, bo środkowy fotel przydał się potem jako łóżeczko i przewijak dla Chruczka. Jednak po wejściu do samolotu Chrucz wcale nie chciał spać i był w doskonałym nastroju. Bez przerwy zmieniał pozycję, skakał, złaził z fotela (właśnie uczy się chodzić). Z uwagą wyglądał przez okno, widać, że samoloty i auta na płycie lotniska bardzo go fascynują.

Przypięłam go specjalnym pasem dla niemowląt, przypinanym do mojego pasa. Chrucz przez pierwszą minutę siedział spokojnie, a potem z jego strony zaczęło dobiegać miarowe: „trzask. trzask. trzask” Chrucz odkrył sprzączkę od pasa i zdążył nie tylko zebrać pełne irytacji spojrzenia najbliższych pasażerów, ale także rozpiąć sobie pas cztery razy, zanim wystartowaliśmy. Start zniósł doskonale i z zainteresowaniem wyglądał przez okno. W trakcie lotu godzinkę się pobawił poskakał i pozaczepiał okolicznych pasażerów, a drugą godzinę przespał. Co przyjęliśmy z wielką ulgą. Do lądowania na lotnisku w Kutaisi musieliśmy go budzić.

Pierwszy lot Chruczka na pokładzie Airbusa A320 w barwach Wizzaira przebiegł modelowo. Wielu pasażerów wysiadając patrzyło na nas z ulgą. Nie odczuli boleśnie, że leci z nimi niemowlę.

Na lotnisku przeszliśmy odprawę i – jako łatwy cel: obładowana bagażami para z wózkiem – od razu zostaliśmy zaatakowani przez roje gruzińskich taksówkarzy. Zachęcająco uśmiechali się całym garniturem złotych zębów i na zmianę zakłopotaniem obciągali skórzane kurtki zapewniając, że mimo braku fotelika dla „rybionka”, za niską cenę zawiozą nas do Kutaisi. Ba, nawet dobry hotel znajdą. I to wszystko uczciwie, bez naciągania, bo: „Jak się oszuka matkę z dzieckiem, to Bóg nie wybaczy” – mówili spoglądając znacząco na Chruczka, który jasnymi oczami rozglądał się po nowej okolicy. „Nie nada, na nas żdiot maszyna” – odpowiadaliśmy, choć ewidentnie nam nie wierzyli. I mówili, że jeśli jednak nie „żdiot”, to oni nas zawiozą. I wtedy podjechał wielki, lśniący SUV z dziecięcym fotelikiem z tyłu… Ale o tym wkrótce.

 

About the author

magda

Dziennikarka, autorka przewodników turystycznych i książek dla dzieci, licencjonowana pilotka i przewodniczka. Podróżuje od zawsze. Teraz pokazuje świat swojemu synkowi Wilhelmowi. O podróżach mówi w telewizji, radiu, pisze w gazetach i serwisie turystycznym TURYSTYKA24. Nie lubi jeździć dwa razy w to samo miejsce. Wyjątkiem są Jerozolima i Marsylia, gdzie może wracać bez końca.

7 komentarzy

  • Nigdy nie widziałam na twarzach współpasażerów takiej paniki jak w chwili, kiedy weszliśmy w komplecie do przedziału pociągu relacji Wiedeń-Warszawa. Starsze małżeństwo, które jechało z nami, natychmiast wyniosło się do Warsu i tyle ich widzieliśmy. W samolocie nie ma jednak ucieczki. Dobrze, że Willi jeszcze jest na tyle mały, ze śpi.

  • no właśnie, dobre było to, że nikt nawet nie próbował się do nas przysiąść, choć samolot był niemal pełen. A najbliżsi współpasażerowie pytali z obawą pomieszaną z nadzieją: „ale on nie płacze, prawda?!?”

  • nie ma co się dziwić ludziom, średnia przyjemność siedzieć kilka albo kilkanaście godzin przy płaczącym lub krzyczącym dziecku 🙂 ja to w pełni rozumiem i żywię nadzieję, że córa okaże się spokojnym egzemplarzem jak już poleci w swoją pierwszą podróż 🙂

    • Oj tak, pamiętam lot grozy do Kopenhagi z wrzeszczącym niemowlakiem dwa fotele dalej. Dłużyło mi się jakby to był lot do Australii. Więc też się wcale nie dziwię. Rodzice przecież też z tego ostracyzmu korzystają, bo potrzebują więcej miejsca dla małego, pełnego energii podróżnika. Więc wszyscy są zadowoleni.

  • ja tez leciałam ostatnio do uk z małym pierwszy raz 1,5 r kazdy nas omijał 🙂 dzieki temu miał młody swoje miejscie 😛 a ku zdziwieniu całosci pasażerów był bardzo zaangażowany w lot 🙂

Leave a Comment

Close