Dozwolone od lat 18-tu!

Plusy i minusy braku telewizora

Written by sergiusz

To był nasz świadomy wybór. Nie chcieliśmy, żeby nasz syn spędzał dzieciństwo wpatrując się w telewizor. Po czterech latach muszę powiedzieć to jasno: odnieśliśmy jedno zwycięstwo i równocześnie ponieśliśmy dwie spektakularne porażki.

a

Wili nie ogląda w domu telewizji. Z prostego powodu – nie mamy telewizora.

I nie będziemy mieć. Dlatego, że nas na to nie stać. I bynajmniej nie chodzi o pieniądze. Nie stać nas na marnowanie czasu. Bo telewizor kusi, żeby przed nim zasiąść. Albo posadzić dziecko. Kanałów z bajkami jest przecież mnóstwo. I kreskówki idą jedna za drugą, poprzedzielane co najwyżej reklamami. Ładna deklaracja, prawda?

Niestety, prawda jest taka, że jestem hipokrytą.

Ale od początku.

Dlaczego naprawdę nie mamy w domu telewizora?

Bo nie miałem go w moim domu rodzinnym. A właściwie to pojawił się, ale bardzo późno. Miałem osiem lat, gdy latem 1981 roku mój tata doszedł do wniosku, że nie ma pojęcia jak wygląda Przewodniczący rady Państwa (czyli mówiąc dzisiejszym językiem – premier), ani Pierwszy Sekretarz (dzisiaj powiedzielibyśmy – prezes partii). Wszystko przez to, że po latach stagnacji, w „karnawale Solidarności”, tarcia w wierchuszce PZPR były ogromne i co chwilę ktoś, oficjalnie „z powodów zdrowotnych” składał dymisję i znikał. Tata kupił więc czarno-biały radziecki telewizor Junost, którego po podłączeniu do anteny pokojowej (takiego wygiętego drutu stawianego na pudle odbiornika), właściwie nie dało się oglądać. Ekran śnieżył i co chwilę przechodziły przez kineskop jakieś drgawki i błyskawice. Ale i tak byłem zachwycony, bo mogłem nareszcie obejrzeć w niedzielę tą „Pszczółkę Maję”, którą tak zachwycali się koledzy, a w sobotę „Bolka i Lolka”. Po „Dobranocce” o 19.30 rodzice oglądali jeszcze Dziennik Telewizyjny. Ale ja już nie miałem takiej możliwości, bo musiałem iść się myć, a potem do łóżka, gdzie jeszcze mogłem godzinę poczytać. Miałem OSIEM lat! Mój czteroletni syn, który właściwie nigdy nie kładzie się przed 22.00, gdyby to mógł przeczytać, umarłby ze śmiechu.

Na tym mój kontakt z telewizorem się kończył.

Gdy w niedzielę o dziewiątej rano cała Polska zasiadała przed Telerankiem, z rodzicami byliśmy zawsze w drodze. Chodziliśmy po Tatrach, albo jeździliśmy PKS-em na wycieczki po Podhalu. Mieszkaliśmy w końcu w Zakopanem, a moi rodzice pisali książki o regionie i każdą wolną chwilę poświęcali na zbieranie materiałów o folklorze, czy historii Podhala, Spisza i Orawy.

Efekt tego jest taki, że dziś nie jestem w stanie pracować, ani rozmawiać w pomieszczeniu, w którym jest włączony TV. Ekran przyciąga mnie jak magnes i pochłania całą moją uwagę. Jeżeli chciałem pracować w domu, musiałem wyrzucić telewizor.

Na szczęście Magda nie oponowała. Gdy się poznaliśmy miała telewizor, ale stał na półce niepodłączony. Jej życie było zbyt intensywne i ciekawe, by marnować je na przeżywanie cudzych kłopotów w serialach.

Wili urodził się więc już w domu bez telewizora.

Są tego plusy:
  • Wili nie wie, co to Minimini
  • Ani „Klan”, czy „M jak miłość”
  • Nie kojarzy Kuby Wojewódzkiego
  • Nie słyszał o Januszu Korwin-Mikkem

A mówiąc poważnie, naszym sukcesem jest tylko to, że Wili nie widzi rodziców, którzy spędzają czas na kanapie, pogryzając chipsy i komentując perypetie serialowych gwiazd. Wolny dzień kojarzy mu się z wyjściem na boisko, albo do ukochanego muzeum, czy biblioteki. Telewizor, który jest przyjacielem, wręcz domownikiem w tak wielu rodzinach, w jego życiu nie istnieje.

Tyle dobrego.

A teraz kubeł zimnej wody.

Pracujemy w domu. A to oznacza, że nie mamy stałych godzin pracy i odpoczynku. W praktyce, każdą wolną chwilę spędzamy na pracy, bo terminy gonią, a robota nigdy się nie kończy.

Nasz czterolatek byłby zachwycony, gdybyśmy zamiast ślęczeć nad klawiaturą budowali lotnisko z klocków, czytali mu książeczki, czy haratali w gałę. To się zdarza, ale wtedy, gdy świadomie „odpuszczamy”, na przykład w niedzielne popołudnie.

Ale gdybyśmy spełniali każdą jego prośbę, wkrótce umarlibyśmy z głodu, wegetując ostatnie dni gdzieś pod mostem.

Gdy chcemy popracować, dajemy dziecku iPada. A on włącza YouTube i ogląda kreskówki. Dobrze chociaż, że po angielsku. „Szlifuje język” – pocieszamy się. Ale przecież nie o to nam chodzi, żeby w tej właśnie chwili zgłębiał zawiłości języka Szekspira. Tylko o to, żebyśmy mogli napisać kolejny tekst. A potem jeszcze jeden. I jeszcze. Czym to się różni od podania dziecku pilota do telewizora? Tym, że nie ogląda polskich sit-comów? To trochę mało.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie poważnie niepokoi. Wili telewizję uwielbia. Gdy jest u dziadków, nie może się oderwać od ekranu. A w czasie naszych podróży opanował do perfekcji włączanie TV w pokojach hotelowych. Często my z Magdą nie potrafimy sobie z tym dać rady (zazwyczaj są dwa piloty: jeden do monitora, drugi do dekodera. I zawsze jest jakiś „haczyk”, że to nie działa intuicyjnie), a Wili daje radę. I wtedy chce oglądać TV godzinami. Chłonie wszystko jak gąbka. Najgłupsze bajki są najlepsze. Nie ma mowy o przełączeniu na BBC czy CNN. Kreskówki mogą być po węgiersku, japońsku czy w suahili – to nie ma znaczenia. Byle było głośno i obraz migał jak szalony.

Czy można wychować telemaniaka w domu bez telewizora?

Boję się, że właśnie nam się to udało…

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

2 komentarze

  • Moja corka tez wychowuje sie w domu bez telewizora, mielismy taki ale zepsul sie zanim nasza corka sie urodzila i od 4 lat nie kupilismy nowego 🙂 tez oglada bajki na iPadzie ale nie codziennie. To jest przez nas regulowane 3-4 razy w tygodniu bajka przez godzine max 2 godziny. Tez przyciaga ja ekran telewizora u babci, mamy jednak te przewage, ze mozemy z dzieckiem spedzic czas w naszym gospodarstwie, wsrod zwierzat. Mysle, ze tendencje u dzieci beda sie zmienialy i im starsze tym wiecej podpatrza od rodzicow, co oni robia, zaczna czytac ksiazki czy tez wykorzystywac internet nie po to by obejrzec bajki a do takich celow by poszukac czegos co je zainteresuje. Moze Willi pojdzie w wasze slady? Powodzenia zycze 🙂 swietny blog! Podziwiam Wasza prace.

    • Dzięki za miłe słowa 🙂 No i chyba masz rację, że to się będzie zmieniało. Na przykład teraz jest jedna sytuacja, kiedy Wili rzuca iPada w sekundę w kąt. Kiedy na ulicy przed domem pojawią się dzieci. Mamy w sąsiedztwie kilkoro dzieci w jego wieku, z którymi bawi się na osiedlowej ulicy. Nigdy czegoś takiego nie miał, w Polsce mieszkaliśmy w kamienicy w centrum Warszawy, a na podwórku siadywały najwyżej staruszki lub menele. A tu jest jak za czasów naszego dzieciństwa. I pamiętam, że wtedy też nie było nam potrzeba telewizora 😉

Close