W Polsce w najlepsze trwa rewolucja w systemie edukacji. Sześciolatki wracają do przedszkoli, gimnazjaliści do podstawówki. W Anglii wszystko toczy się dawno ustalonym rytmem.

Nasz trzyletni synek poszedł do szkoły. Choć równie dobrze można byłoby nazwać ją „przedszkolem”, a nawet „żłobkiem”. Bo tu w Anglii, różnice nieco się zacierają. W szkole Wilhelma wyodrębnione są Nursery Classes i Reception, czyli właśnie rodzaj żłobko-przedszkola i zerówka. W drugim skrzydle tego samego budynku jest sześcioklasowa Primary School, czyli po naszemu – podstawówka. Do Nursery chodzą dzieci, które skończyły trzy lata przed sierpniem – nasz czerwcowy Wili załapał się rzutem na taśmę i jest jednym z najmłodszych dzieciaków w grupie.

No dobrze, ale w dalszym ciągu nie wiemy, czy to żłobek, przedszkole, a może jednak już szkoła?

Popatrzmy… Zajęcia zaczynają się punktualnie o 8:30 i trwają niecałe trzy godziny do 11:20. Dzieci należy odbierać pomiędzy 11:20 a 11:30. I nie ma z tym żartów. Dla takich maluchów mundurki niby nie są tu obowiązkowe, ale jest spora presja, żeby w nich dzieci chodziły, i nikt się – z tego co widzę – nie wyłamuje. Dzieci nie mają tu posiłków, jak to bywa w polskich przedszkolach. Rodzice płacą jednak funta tygodniowo (nie majątek…) na pożywne przekąski, czyli owoce i soki. Jeśli maluch zgłodnieje, to zjada banana, albo jabłko i jakoś dotrwa do tej 11:20.

Jeśli chodzi o kasę – szkoła publiczna, do której poszedł nasz syn, jest bezpłatna. Choć irytuje nas to, że to tylko trzy godziny dziennie. Tak naprawdę, pomiędzy odprowadzeniem i przyprowadzeniem dziecka z powrotem do domu, mam czas na małe zakupy w pobliskim polskim sklepie (pozdrawiam świetną ekipę delikatesów „Delicje”), albo w dyskoncie Aldi (gdy mam ochotę na awokado z serkiem Philadelphia, a nie polędwicę sopocką i serek Bieluch). Od przyszłego roku, gdy Wili pójdzie do Reception, będzie już w szkole dłużej. A potem już w ogóle, będę go odbierał o szesnastej. Rozpusta! Co ja zrobię z taką ilością czasu?

W Liverpoolu szkół jest sporo, a znaczna ich część to szkoły katolickie. Są uznawane za nieco lepsze od publicznych. Chciałem nawet posłać Wilhelma do katolickiej szkoły prowadzonej przez pobliską parafię św. Teresy z Lisieux…

Zanim Wili poszedł na pierwsze zajęcia dostaliśmy stos papierów do wypełnienia. Ale nie urzędowych rubryczek, tylko zabawnie zaprojektowanych, pełnych rysunków kartek, na których mieliśmy jak najlepiej opisać naszego syna. Były pytania o to jaki jest, o jego pasje, ulubione zabawki, bajki, piosenki. O czym lubi rozmawiać. O to, czego się boi, a co go denerwuje. A także, jak najlepiej go uspokoić, jeśli coś się wydarzy. Musieliśmy także wkleić zdjęcia najbliższych mu osób, które będą pokazywane dziecku, jeśli trzeba będzie je pocieszyć. To była bardzo miła odmiana po polskich żłobkach i przedszkolach, gdzie nikogo nigdy nie interesowało to, jakim człowiekiem jest nasz synek.

Czego się uczą dzieci w Nursery? Przede wszystkim zachowań społecznych. Ale też pisania – zajęcia zaczynają się od tego, że każdy malec musi się podpisać. Bierze z szafki zafoliowaną kartkę ze swoim imieniem i nazwiskiem, a potem flamastrem wodzi, po literkach. Z podziwem patrzę na dzieciaki, którym to wychodzi całkiem zgrabnie. Podpisujący się imieniem i nazwiskiem trzylatek, to coś z pogranicza magii. Podczas zajęć, dzieci mają lekcje WF, a od czasu do czasu – wycieczki. Jest realizowany program nauczania, za który odpowiada dyrekcja szkoły. Oczywiście nikt dzieciom nie stawia stopni, ani w Nursery, ani w pierwszych latach szkoły, a jedynie nauczyciel – wychowawca przygotowuje dla rodziców opisowy raport.

Szkoła to zatem, czy przedszkole?

Czy w Polsce przed taką edukacją by „ratowano maluszki”? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że gdy rówieśnicy naszego Wilhelma będą przeżywać początek pierwszej klasy, on już będzie piąty rok zasuwał w mundurku do swojej szkoły. Choć mało brakowało, a mielibyśmy rok „w plecy”. Jutro o tym napiszę, a to naprawdę ważne, bo zawaliliśmy sprawę przez niewiedzę. Przyznam się też, dlaczego nie posłaliśmy, naszego małego diabełka, ochrzczonego w najświętszym miejscu chrześcijaństwa, do katolickiej szkoły…

Na zdjęciach zajęcia w przedszkolu – wyżej zabawy z wodą, a tu z komputerem.

Na zdjęciach zajęcia w przedszkolu – wyżej zabawy z wodą, a tu z komputerem.

*  “Ratuj maluchy” hasło, pod którym Tomasz i Karolina Elbanowscy od lat walczą z posyłaniem sześciolatków do szkół.

29 Komentarzy. Leave new

  • Prawdę mówiąc tutaj w Polsce można znaleźć podobne przedszkola. Moja córka do takiego chodzi. Zajęcia ma od 9 do 12 albo 12:30. Wcześniej jest śniadanie, potem obiad, drzemka i zabawa na zewnątrz. Mają książki z zadaniami, przedmioty takie jak angielski, rytmika, zajęcia z logopedą, jest dostępny psycholog. Co pół roku mają “test” i omówienie z rodzicami postępów. To wszystko w podkrakowskim przedszkolu, za które płacę niewiele więcej niż za państwowe. Co jest dla mnie ważne? To, że moja córka ma zajęcie i opiekę przez cały dzień, kiedy ja jestem w pracy. I tutaj właśnie chyba jest sedno (przynajmniej dla mnie) ratowania maluszków. W Anglii duża większość mam nie pracuje i może zaprowadzać dzieciaki na 3-4 godziny do szkoły. Dla mnie byłoby to niewykonalne. Uroki pracy na etacie. Dlatego chwilowo cieszę się, że moja córka ma zaplanowaną edukację od 7 roku życia, bo wiem, że do tego czasu nie będę musiała się przejmować tym, kto ją odbierze, z kim ją zostawię, jak ja będę pracować. W wakacje też chodzi do przedszkola i jest to dla mnie zbawienie. Chciałabym kiedyś zostać sama sobie szefową i może zanim Agatka pójdzie do szkoły, to mi się uda, ale teraz bardziej podoba mi się ten system.

    Odpowiedz
    • Fakt, że najbardziej nas uwiera to, że choć mały chodzi do szkoły, to te trzy godziny mijają jak z bicza strzelił i niewiele w tym czasie można zrobić, poza jakimiś zakupami. To jest minus. Ale myślę, że Pani dziecko ma szczęście do fajnego przedszkola i mamy, którą na to przedszkole stać. Większość „ratowanych maluszków” zostanie po prostu w domu, albo pójdzie do przedszkola, w którym będzie się bawić i tyle…

      Odpowiedz
  • Sama chętnie wróciłabym do szkoły, mając takie możliwości, jak nasze dzieci. Uczą sie przez zabawę, uczą sie zadawać pytania, szukać odpowiedzi i samemu znajdować i poprawiać błędy w trakcie.
    Pod koniec zeszłej klasy dostaliśmy stos rysunków, ćwiczeń z angielskiego i matematyki. Sami nie wiedzieliśmy, ze nasz syn potrafi pisać wypracowania po angielsku!
    Życzę Wiliemu świetnej zabawy każdego dnia, a Wam Rodzicom, zeby Wili wracał z niej szczęśliwy i ….
    zmęczony! ?

    Odpowiedz
  • Autorka napisała,że w Polskiej szkole nikt nie interesował się co dziecko lubi itp. Jestem nauczycielką w przedszkolu, na pierwszym zebraniu rozdajemy ankiety dla rodziców, jedno z pytań: czym się dziecko interesuje. I cóż większość odpowiedzi rodziców… Nie wiem.

    Odpowiedz
  • Nursery nie jest obowiazkowa w UK!!!

    Odpowiedz
  • No i jednak jest roznica w szkole w UK i pl. I to gigantyczna!

    Odpowiedz
  • Hmmm… to ja wole polskie publiczne przedszkole 🙂 niesety praca rodzica jest dłuższa niż 3h dziennie wiec co zrobić z pozostałym czasem ? W polskim samorządowym przedszkolu tez są zajęcia wg podstawy programowej, trwają od 9 do 12. W pozostałym czasie pełne i pożywne posiłki oraz zabawa, spacery i odpoczynek. Jeśli nazwiemy to “szkołą” to mamy brytyjski standard, a to wszystko za 200-300 zł i ze spokojna głowa ze dzieciaczek nakarmiony, wybawiony i wyedukowany 🙂

    Odpowiedz
  • Tak nie ratują maluszków tylko ze po 1 na 9 hodz chodzą a po 2 czas mają nie przedstawiony na letni

    Odpowiedz
  • Moja córcia jako 4-latka wyładowała w reception w krawacie i mundurku. I to była super decyzja i szkoła. Jestem za wczesna edukacja, ale system w Polsce wymagałby zmiany. Po powrocie do Polski przeżyliśmy płacz, rozpacz, brak zrozumienia, pomocy i ogólny brak wiary, ze można cos zrobic lepiej/inaczej. Moja mama nauczycielka sama uważa, ze polski system jest krzywdzący dla dziecka i nie uczy najbardziej przydatnych rzeczy. JESTEM ZA ZNIESIENIEM CODZIENNYCH PRAC DOMOWYCH!!!!

    Odpowiedz
  • Jestem za taką edukacją a nie hodowaniem 15letnich dzieciakow w podstawówce niejednokrotnie nadal trzymajacych sie spodnicy mamusi i calkowicie niesamodzielnych lub tzw”normalnych”,otwartych,ciekawych świata i duszących sie w lokalnych podstawówkach

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline