Dziecko w podróży Rumunia

Stara dobra CK Monarchia

Written by sergiusz

Pierwszy raz byliśmy w Rumunii, gdy okazało się, że Magda jest w ciąży. Wracamy już z rocznym Chruczkiem, żeby wziąć w Bukareszcie ślub.

Wyruszamy z Krakowa, gdzie tej nocy Magda miała wieczór panieński. Dojeżdżam do niej z Chruczkiem z Nowego Targu, od babci. Zakopianka (z NT) jest fantastyczną drogą, zwłaszcza w porównaniu do tego, co pamiętam z dzieciństwa. W większej części dwupasmowa, szybka, jakby budowana z myślą o olimpiadzie. Potem Kraków. Odbieram Magdę z ulicy Wielopole i jedziemy na Rzeszów. „Jak było?” – pytam. „To co się wydarzyło w Krakowie, pozostanie w Krakowie” – Magda trawestuje „Kac Vegas”, ale potem zaczyna mówić. To chyba rzeczywiście była fajna impreza. Tańce na rurze, drinki pite na wyścigi, idiotyczne, ale szalenie zabawne konkursy itd.
Zjeżdżamy na Brzesko i Nowy Sącz. Chruczek trochę marudzi, więc zatrzymujemy się na Orlenie w Sączu na krótki popas. O dziwo – jest przewijak! Pełna kultura!

Przyklejanie słowackiej winiety. W lewym górnym rogu szyby.

Przyklejanie słowackiej winiety. W lewym górnym rogu szyby.

Jedziemy dalej, na Piwniczną. Stajemy na granicy, żeby kupić winietę autostradową. Za wcześnie. Dopiero będzie w pierwszych „Potravinach” za granicą. Będziemy wracać tędy za trzy tygodnie, więc przyda się winieta miesięczna, za 14 euro.
Potem kierujemy się na Starą Lubowlę. Mijamy zamek, na którym Jerzy Lubomirski witał Jana Kazimierza wracającego do kraju po szwedzkim Potopie. To też przez pięć lat przechowywano polskie klejnoty koronacyjne. Musimy tu kiedyś wpaść choćby na chwilę. Na razie mamy do przejechania 600 kilometrów, więc gnamy dalej. Chruczek grzecznie śpi, a my chcielibyśmy wreszcie wjechać na autostradę, na którą przecież kupiliśmy winietkę. Wreszcie jest! Preszów-Koszyce. W Koszycach zjeżdżamy na Miszkolc i na moment, zanim „wsiądziemy” na kolejną autostradę jedziemy przez miasto. Jest ograniczenie do 50/h, a ja jadę 72. Łapie mnie na radar słowacka policja. Oblewa mnie zimny pot. Niedawno kolega opowiadał, że za przekroczenie prędkości dostał mandat 400 euro. To by była katastrofa! Na szczęście trafiam na znudzonych chłopaków, którzy i tak mają tu, przy tym łączniku autostradowym żyłę złota. Zaczynamy targowanie on – od 90 euro, a ja od 10-ciu. Staje na trzydziestu euro „pokuty”. 120 złotych. Trudno. Ale nie 1600 jak musiał zabulić Wojtek. Magda korzystając z okazji przewija Chruczka na tylnym siedzeniu samochodu i prujemy dalej. Po pięciu minutach stajemy na węgierskiej granicy, żeby kupić tutejszą winietkę. I zaskoczenie, bo winietka jest elektroniczna.

Na rumuńskiej granicy

Na rumuńskiej granicy

Mają tu taki system, że nic nie trzeba przyklejać na szybie, tylko wprowadza się dane do komputera i kamery kontroli rozpoznają mój numer. Ok. Wierzę – nie wierzę, muszę zapłacić 4880 forintów czyli ok. 60 zł. Przy okazji zamawiamy w tutejszym barze prawdziwy madziarski gulasz z kluseczkami. Chruczek jest zachwycony i zajada mięsko i kluseczki, jakby w życiu niczego nie jadł. To jego pierwszy posiłek na Węgrzech, no i pierwszy gulasz. Już czujemy, że wracając na pewno to doświadczenie powtórzymy.
Węgierska nizina jakoś nas drażni. Niby ładnie, ale drogi gorsze niż u nas. Obiecanej autostrady nie widać i gdy w końcu na nią w okolicach Miszkolca trafiamy, to szybciej się kończy, niż się zaczęła. Trochę się gubimy. Nie wiemy, czy jedziemy na pojawiającą się na niektórych znakach rumuńską Oradeę, czy na węgierski Nagyvárad (choć szybko domyśliliśmy się, że chodzi o jedno i to samo miasto). W końcu granica i… zaskoczenie!. Rzeczywiście granica to granica. Trochę jak za dawnych czasów. Bo choć Rumunia miała 1 stycznia 2014 przystąpić do układu z Schengen, który de facto znosi wewnętrzne granice w Unii Europejskiej, to Niemcy, Finlandia i Holandia sprawę zablokowały, bojąc się o swoje rynki pracy. Wprawdzie rynek pracy i granice, zwłaszcza, że żadne z tych państw z Rumunią nie graniczy, to dwie różne sprawy, ale faktem jest, że sprawę zablokowano. I dlatego rumuńskim pogranicznikom trzeba pomachać paszportami. Niezbyt uciążliwe, ale bez sensu.

Na granicy kupujemy rumuńską winietkę, która tym razem jest po prostu świstkiem papieru za pięć euro. Nigdzie się jej nie przykleja, a jedynie pokazuje policji, jeśli nas namierzą.

W Oradei lądujemy w zarezerwowanym przez booking.com hotelu „Eclipse”, graniczącym przez płot z Zoo. Dukamy jakieś powitania po rumuńsku i czujemy, że jest jakiś zgrzyt. Odpowiadają nam po angielsku, a potem przechodzą na węgierski. Jak dobrze, że Magda kiedyś studiowała ten język. Dzięki temu udaje się nawiązać nić porozumienia. Choć Chruczek podskakuje ze strachu, gdy siedząca na drążku w recepcji półmetrowa papuga Ara zaczyna skrzeczeć jak alarm samochodowy.

Oradea. Nad basenem w pensjonacie Eclipse.

Oradea. Nad basenem w pensjonacie Eclipse.

Wychodzimy na spacer i okazuje się, że tuż obok jest:

  1. sklep całodobowy z pysznymi kanapkami po 3 zł
  2. 200 metrów dalej jest park, w którym akurat odbywa się festyn.

Impreza jest fantastyczna. A przyszło na nią chyba całe miasto..

Spacerujemy po centrum Oradei i nie możemy się nadziwić, jakie to piękne miasto w stylu Belle Epoque. Na ulicach słychać głównie język węgierski. Historia obeszła się z tutejszymi mieszkańcami nieco łagodniej niż z Polakami na wileńszczyźnie i we Lwowie, czy z Niemcami na Śląsku. Po układzie w Trianon, który podzielił Austro-Węgry na mniejsze państwa, kilka milionów Węgrów znalazło się poza granicami swojego kraju. Do dziś mieszkają, m.in. w Rumunii. Ale mogą mówić swoim językiem i kultywować tradycje. Oradea, czy też raczej Nagyvárad to mieszanina niebywałego piękna secesyjnych kamienic, i typowego dla Europy południowo-wschodniej, syfu. W parku działa miejskie WiFi, ale bulwary nad rzeką są kiepsko przygotowane. Widać, że kiedyś były centrum miasta, któremu dziś daleko do dawnej świetności.

Oradea. Stare i nowe koegzystują tu spokojnie.

Oradea. Stare i nowe koegzystują tu spokojnie.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

5 komentarzy

Close