Dziecko w podróży Rumunia

Rumunia: Trasa Transfogarska z dzieckiem. Czy to bezpieczne?

Written by magda

O Trasie Transfogarskiej marzyliśmy od chwili, kiedy dowiedzieliśmy się o jej istnieniu. Tylko czy stworzona przez Nicolae Ceausescu ekstremalna przeprawa osiągająca w najwyższym punkcie ponad dwa tysiące metrów to dobre miejsce na wyjazd z rocznym dzieckiem?

Na początku lat siedemdziesiątych tysiące żołnierzy (spośród których wielu zginęło) budowały ponadstukilometrową przecinkę przez dwu i pół tysięczniki. Wizją dyktatora było stworzenie drogi dla armii i czołgów, które mogłyby szybko i niezauważalnie przemieścić się z Pitesti przy trasie do Bukaresztu w okolice Sibiu w Siedmogrodzie. W ten sposób ujarzmił część Południowych Karpat – Góry Fogarskie, najwyższe pasmo w Rumunii. W przeprawę zainwestowano miliardy, z pomocą kilku milionów kilogramów dynamitu wysadzono w powietrze surowe granity, tworząc na skalnych półkach wąskie przejazdy, długie tunele i wiadukty nad ziejącymi kilkusetmetrową pustką przepaściami.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

Szczyt przebity jest najdłuższym w Rumunii, niemal kilometrowej długości surowym tunelem o nieociosanych ścianach, oświetlonych mdłym światłem. Szerokim tak, by mogła nim z rykiem silników przejechać kolumna czołgów. Niedaleko znajdowała się jedna z twierdz Ceausescu, który miał w Rumunii kilkanaście pałaców, a o jego bogactwie chodziły legendy. Podczas gdy rumuńska wieś cierpiała straszliwy głód i biedę, jego psy jadały cielęcinę sprowadzaną prosto z Włoch. Od razu przypomina mi się inny dyktator sprzed wieków. Vlad Dracula, którego zamek Poienari, stoi na wysokim wzniesieniu się po drugiej stronie ściany Karpat, u wylotu Trasy Transfogarskiej…

Skręt z "jedynki" z Sibiu do Braszowa na Trasę.

Skręt z „jedynki” z Sibiu do Braszowa na Trasę.

To wszystko przebiegło mi przez głowę kiedy dwa lata temu, dokładnie 1 listopada stanęliśmy przy skręcie z drogi numer 1 przy znaku Transfăgărășan. Byłam w siódmym tygodniu ciąży i nie czułam się najlepiej, zwłaszcza na krętych górskich drogach. Mimo to bardzo chciałam pojechać. Jednak często trasa zamykana jest już od września. Przy bardzo dobrej pogodzie bywa co prawda, że można nią przejechać w październiku a nawet w listopadzie, choć oblodzone drogi mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Ale na przejazd trzeba poświęcić 3-4 godziny. Tymczasem było późne popołudnie, a o 17 zaczynało robić się ciemno. Postanowiliśmy zawrócić. Jednak przed odjazdem obiecaliśmy sobie, że tu wrócimy.

Ruszmy w stronę ściany gór. Pogoda ze słonecznej nagle załamuje się.

Ruszmy w stronę ściany gór. Pogoda ze słonecznej nagle załamuje się.

Okazja nadarzyła się półtora roku później, kiedy przyjechaliśmy do Rumunii z rocznym synkiem. Wyruszyliśmy o 10 rano z przygranicznej Oradei kierując się do odległego o ponad 600 kilometrów Bukaresztu. Jeszcze tego ranka nie myśleliśmy o Drodze Transfogarskiej, bo i tak zamierzona przez nas trasa była wyczerpująca dla małego dziecka, chcieliśmy tylko nadłożyć nieco drogi i obejrzeć ruiny zamku Drakuli w Poenari – tego prawdziwego, bo ten turystyczny, w Bran, mamy zaliczony.

Droga z Oradei do Devy ciągnęła się przez niewysokie góry. Drogi w fatalnym stanie albo miały wielkie dziury, albo były rozkopane. Znaki z ostrzeżeniem DRUM IN LUCRU (droga w budowie) pojawiały się co chwilę. Ruch wahadłowy regulowany światłami, jazda jednym pasem, bo z drugiego zerwano asfalt nie wiadomo jak dawno, bo nie widać tu żywego ducha, potem kilka serpentyn i znów roboty drogowe. Niecałe dwieście kilometrów przejechaliśmy w ponad trzy godziny. Wreszcie – autostrada do Sibiu. Poczuliśmy się jakbyśmy z drabiniastego wozu przeskoczyli do rakiety i szybko zaczęliśmy łykać kolejne kilometry.

Krajobraz drogowy – Drum in lucru, czyli Rumuni w budowie

Krajobraz drogowy – Drum in lucru, czyli Rumuni w budowie

– Za niecałą godzinę będziemy w Sibiu – rzucił Sergiusz mijając tablicę z napisem „Sibiu – 100” i docisnął pedał gazu. – To może przejedziemy Trasą Transfogarską?

– Z dzieckiem? – wskazałam na kręcącego się w foteliku Chruczusia. – On już ma dosyć jazdy na dziś, a tam trzeba poświęcić trzy-cztery godziny. Poza tym w czerwcu często zamykają drogę, bo osuwają się na nią zwały topniejącego śniegu niszcząc barierki i spadając w przepaść – snułam ponurą wizję, bo nie wyobrażałam sobie rocznego dziecka na ekstremalnej trasie dla dyktatorskich czołgów, wijącej się pod szczytami dwu i pół tysięczników. Ale kusiło mnie strasznie.

– Chcemy zobaczyć zamek Drakuli. Jeśli pojedziemy doliną Olt, którą już znamy, trzeba będzie nadrobić koło 80 kilometrów wjeżdżając w Transfogarską od południa. A jak nią przejedziemy, to zamek będzie po drodze.

– Dobra, to podjedźmy na stację benzynową. Zatankujemy do pełna, sprawdzimy ciśnienie w oponach, nakarmimy Chrucza i spróbujemy.

Po raz pierwszy pożałowałam swojej decyzji kiedy na horyzoncie dostrzegłam tonące w sinych chmurach ośnieżone górskie szczyty.

– To my mamy TAM pojechać? Na samą górę? – zwątpiłam.

Wtedy Chrucz zaczął się nudzić. Ciskał butelką z soczkiem, wyrzucał grzechotki i wrzeszczał zirytowany. Wtedy wyjęliśmy awaryjne pianinko, które Chruczek dostał na pierwsze urodziny. Wieźliśmy je na czarną godzinę. Która właśnie nadeszła. Chruczka zachwyciła możliwość włączania niezliczonych wkurzających melodyjek z głosami zwierząt (dziękujemy Cioci Oli!). W takt puszczanego w kółko szczekania, miauczenia, kwakania i minęliśmy Sibiu, przejechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i stanęliśmy u stóp gór. Pogoda gwałtownie się zepsuła. Przewinęliśmy Chrucza na tylnej kanapie odczuwając, jak ze słonecznego popołudnia trafiliśmy w górski chłód. Otuliliśmy go w foteliku i na szczęście w sekundę zasnął, robiąc nam najlepszy prezent na ten odcinek trasy. A potem zaczęliśmy się wspinać. Serpentyna za serpentyną coraz ostrzejsze zakręty kołysały naszego Chruczka do snu. Ciasno mijaliśmy zjeżdżające z góry samochody, wspinając się przez gęsty las. Nagle wjechaliśmy w sam środek festynu. Przynajmniej tak się nam wydawało. To ostatni przystanek przed wyjechaniem w wyższą część gór, gdzie między skałami rośnie kosodrzewina, potem są już tylko hale i granitowe turnie. Rozłożyli się tu ze stoiskami górale sprzedający w środku lata futrzane czapy i gotowane kolby kukurydzy. Przed wjazdem na dalszą część trasy stały znaki zakaz wjazdu i ostrzegawcze napisy po rumuńsku.

Jak jeszczcze można powiedzieć, że na drogę nie wolno wjeżdżać?

Jak jeszcze bardziej dobitnie można powiedzieć, że na drogę nie wolno wjeżdżać?

– To koniec – pomyślałam patrząc na parking pełen samochodów. – Pewnie osuwiska lodowe zablokowały trasę.

Tymczasem minął nas rumuński samochód i nie zważając na znaki ruszył w górę. Za nim jeszcze jeden. Wiemy, że to, że rumuńscy kierowcy jeżdżą brawurowo, to mało powiedziane. Ale żeby tak ryzykować? A my? Z małym dzieckiem? Jechać czy zawracać? Dla pewności Sergiusz zapytał jeszcze o trasę miejscowego sprzedawcę owczych serków.

– Można jechać, jest bezpiecznie – zapewnił.

Ostatni przystanek przed wyjazdem w nagie skały – parking pełen samochodów, stragany z owczymi serkami i gotowaną kukurydzą.

Ostatni przystanek przed wyjazdem w nagie skały – parking pełen samochodów, stragany z owczymi serkami i gotowaną kukurydzą.

No to pojechaliśmy. Przekroczyliśmy przeciekający żelbetowy wiadukt i przed przednią szybą otworzyła się przestrzeń górskiej doliny. Takie widoki można oglądać w Tatrach po kilku godzinach wspinaczki stromą ścieżką. Z jednej strony skały, z drugiej przepaście, a pomiędzy nimi serpentyna drogi zabezpieczona gdzieniegdzie wątłą barierką. Asfalt w zadziwiająco dobrym stanie, więc samochód doskonale trzymał się drogi. Chrucz spał wdychając górskie powietrze, Sergiusz zachwycony widokami robił zdjęcia, a ja starałam się prowadzić nie patrząc w dół.

Tak zaczyna się Trasa

Tak zaczyna się Trasa

Wiadukty z lat siedemdziesiątych nie wyglądają zbyt solidnie. Trochę przeciekają, ale dają radę.

Wiadukty z lat siedemdziesiątych nie wyglądają zbyt solidnie. Trochę przeciekają, ale dają radę.

Trasa od strony północnej.

Trasa od strony północnej.

Jeszcze ostatnie zdjęcia.

Jeszcze ostatnie zdjęcia.

Sergiusz wlazł na śliską skałę NAPRAWDĘ wiszącą nad kilkusetmetrową przepaścią. Od samego patrzenia robiło mi się niedobrze.

Sergiusz wlazł na śliską skałę NAPRAWDĘ wiszącą nad kilkusetmetrową przepaścią. Od samego patrzenia robiło mi się niedobrze.

U nas pary nowożeńców robią sobie zdjęcia na Starym Mieście. Tu jadą na Trasę. Uznaliśmy to za dobry omen przed naszym ślubem.

U nas pary nowożeńców robią sobie zdjęcia na Starym Mieście. Tu jadą na Trasę. Uznaliśmy to za dobry omen przed naszym ślubem.

Więc i my zrobiliśmy sobie zdjęcie – na wysokości ponad 2000 metrów. W środku czerwca wśród jęzorów śniegu.

Więc i my zrobiliśmy sobie zdjęcie – na wysokości ponad 2000 metrów. W środku czerwca wśród jęzorów śniegu.

Przy drodze jest wiele zatoczek, gdzie zatrzymują się samochody. Widoki są takie, że nie można się powstrzymać. Więc i my zatrzymujemy się co chwilę robiąc zdjęcia. Mijamy nie tylko jadące ostrożnie samochody i motocykle, ale i rowerzystów wspinających się z wysiłkiem na dwa tysiące metrów, jak i maszerujących z kijkami wspinaczy objuczonych plecakami z przypiętą z karimatą. Jęzory lodu schodzą do samego asfaltu, a szczyt spowijają chmury, w które za chwilę wjedziemy. Jeszcze kilka ostrych zakrętów i jesteśmy pod szczytem. Ubrani w futrzane czapy i puchowe kurtki górale sprzedają gorące oscypki i herbatę. Gra rumuńska muzyka. Na górze jest atmosfera pikniku. Nie wjedziemy wyżej. Przez szczyt przebijemy się niemal kilometrowej długości tunelem, na końcu którego otwiera się widok na przepastną dolinę po południowej stronie Gór Fogarskich. Teraz prowadzi wychowany w Zakopanem Sergiusz. Łagodnie bierze zakręty, z dużą swobodą przebija się przez stada owiec i oblicza wysokość.
– To piętro hal, więc jesteśmy mniej więcej na wysokości 2000 metrów. Wjeżdżamy w kosodrzewinę, czyli 1800. A teraz piętro lasu – 1500.

Najdłuższy tunel w Rumunii przenosi nas na drugą stronę góry. Niemal kilometrową przeprawę wykuto dla czołgów i wojska.

Najdłuższy tunel w Rumunii przenosi nas na drugą stronę góry. Niemal kilometrową przeprawę wykuto dla czołgów i wojska.

Otwiera się przed nami południowa ściana gór Transfogarskich.

Otwiera się przed nami południowa ściana gór Transfogarskich.

Droga serpentynami schodzi w dół.

Droga serpentynami schodzi w dół.

Po drodze mijamy stada owiec.

Po drodze mijamy stada owiec.

I nie tylko

I nie tylko

Sergiusz za kierownicą

Sergiusz za kierownicą

Jezioro

Jezioro Vidaru.

Chrucz się obudził. "To kiedy jedziemy na tę Trasę Transfogarską?"

Chrucz się obudził. „To kiedy jedziemy na tę Trasę Transfogarską?”

Był tak wypoczęty, że nie dał przewinąć się na leżąco.

Był tak wypoczęty, że nie dał przewinąć się na leżąco.

A potem z tatą oglądał ponadstumetrową tamę.

A potem z tatą oglądał ponadstumetrową tamę.

Ruszyliśmy do "prawdziwego" zamku Drakuli. Na szczyt prowadzi 1480 stopni.

Ruszyliśmy do „prawdziwego” zamku Drakuli. Na szczyt prowadzi 1480 stopni.

Turystyka w klimacie.

Turystyka w klimacie.

Uwaga na niedźwiedzie.

Uwaga na niedźwiedzie.

Kolejne kilometry serpentyn przez wydają nam się kaszką z mleczkiem. Wijąca się droga przecina las i obejmuje długie jezioro Vidraru leżące na wysokości ponad 800 metrów. Przy drodze stoją drewniane ławy i stoły na których całe rodziny urządzają sobie pikniki, paląc obok ogniska. Trasa Transfogarska okazała się być popularnym miejscem turystycznych wypadów, a nie przerażającym mrocznym pomnikiem ujarzmienia natury przez Ceausescu, zupełnie innym od moich wyobrażeń. Wreszcie dojeżdżamy do gigantycznej zapory z lat 60-tych. Ma 116 metrów wysokości i robi niezwykłe wrażenie. Wreszcie budzi się Chruczek i możemy wyjść z nim, żeby odpoczął po pokonaniu górskiej przełęczy. Kilka zakrętów dalej na szczycie wzgórza wyrastają ruiny zamku Vlada Tepesa czyli legendarnego Drakuli. Prowadzi do niego 1480 schodów, przy wejściu jest tabliczka ostrzegająca przed niedźwiedziami, ale najgorsze są komary. Zamek Vlada jest oparty plecami o ścianę gór, którą zostawiliśmy za sobą przed nami już prosta droga, a od Pitesti autostrada, na którą wjeżdżamy po półgodzinie jazdy. I po niecałej godzinie lądujemy w Bukareszcie. Chrucz nawet nie zauważył, że pokonał legendarną Trasę Transfogarską, więc będzie nam musiał uwierzyć na słowo. Albo jeszcze tu wrócić.

About the author

magda

Dziennikarka, autorka przewodników turystycznych i książek dla dzieci, licencjonowana pilotka i przewodniczka. Podróżuje od zawsze. Teraz pokazuje świat swojemu synkowi Wilhelmowi. O podróżach mówi w telewizji, radiu, pisze w gazetach i serwisie turystycznym TURYSTYKA24. Nie lubi jeździć dwa razy w to samo miejsce. Wyjątkiem są Jerozolima i Marsylia, gdzie może wracać bez końca.

Leave a Comment

25 komentarzy

Close