Dziecko w podróży Wyspy Owcze

Wyspy Owcze. Demony, Wikingowie, elfy i deszcz

Written by sergiusz

Nikt o zdrowych zmysłach nie wybiera się na wyspę Vagar. No to pojechałem.

a

Nie, to niemożliwe!
Hamuję, cofam samochód kilka metrów i wjeżdżam w szutrową drogę prowadzącą do jeziora. Staję nad wodą i mrużę oczy. Teraz widzę wyraźniej, że to co wziąłem za brykającego w jeziorze konia, jest po prostu sprytnym pomnikiem z siatkowego drutu wypełnionego kawałkami lawy. Rozglądam się niepewnie. Pomnik, do tego dość absurdalny, miałby może rację bytu w środku miasta, ale w górskim jeziorze Leitisvatn, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Torshavn – jedynej jako takiej metropolii (12 tys. mieszkańców) na Wyspach Owczych?

Każde jezioro ma swojego potwora. Tutejszy Nessi ma na imię Nix.

A potem na niewielkiej tablicy przyśrubowanej do kamienia czytam o co chodzi. Podobno koń, to po prostu demon. Potwór z jeziora – niczym Nessie z Loch Ness. Pod postacią pięknego rumaka pokazuje się czasem ludziom. Podbiega, przymila się. Chce, żeby go głaskać. Ale biada temu, kto dotknie jego ogona. Jedno muśnięcie i jest stracony. Będzie w mocy potwora i na swoją zgubę podąży za nim w chłodną toń. Jest jednak ratunek. Trzeba na głos wypowiedzieć imię demona i czar pryśnie.

– Nix!

Rzeźba nie znika, ale przynajmniej nie przymila się, więc może zaklęcie zadziałało prewencyjnie. Za to słyszę nasilający się warkot.

A po chwili nad głową przelatuje mi samolot, zniżając się do lądowania. Gdy dotyka kołami pasa, wydaje się, że siada na wodzie.

Orzeł wylądował. Piloci faroańskich linii lotniczych mgły się najwyraźniej nie boją. Lepszych warunków tu raczej mieć nie będą.

Lotnisko na Vagar ma status międzynarodowego, ale szczerze mówiąc łatwo je przeoczyć. I chyba o to chodziło Brytyjczykom, którzy budowali je w 1942 roku, gdy okupowali należące do Danii Wyspy Owcze. Chodziło o to, żeby niemieckie samoloty Luftwaffe ani okręty Kriegsmarine nie miały łatwego celu do ataku. A po tym, jak 9 kwietnia 1940 roku Hitler podbił Danię (tak! w zaledwie 6 godzin opanował cały kraj!), nie było jasne, czy Blitzkrieg nie rozciągnie się na całą Europę, zarówno kontynentalną jak i wyspy. A z Faroe, czyli Wysp Owczych, do wybrzeży Szkocji jest zaledwie 250 kilometrów.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

Okupacja brytyjska nie była chyba taka najgorsza. Osiem tysięcy żołnierzy osiedliło się na parę lat na Vagar – jednej z osiemnastu wysp archipelagu. Wprowadzili ruch lewostronny (ale tylko na „swojej” wyspie). Zbudowali lotnisko, które od 1963 roku stało się portem cywilnym. No i 170 miejscowych kobiet dało się Brytyjczykom zaprowadzić do ołtarza. W sumie bilans wyszedł na mocny plus.

Porzucam samochód w zatoczce w połowie długości jeziora. Tam, gdzie są pozostałości starej wioski rybackiej. Oglądam kryte darnią chatki i ruszam w stronę południowego brzegu na trzykilometrowy trekking.

Stara wioska rybacka. Na horyzoncie kraniec jeziora, a za nim klif z wodospadem – cel mojego trekkingu.

Leitisvatn to największe jezioro na Wyspach Owczych, ale na oko nie różni się niczym od otaczających go fiordów. Też jest długie, wąskie i głębokie. Kończy się ponoć urwistym, ponad stumetrowym klifem, z którego opada wodospad prosto do oceanu. Tysiąc lat temu Wikingowie zrzucali w tym miejscu do Atlantyku bezużytecznych, starych i słabych niewolników. Chciałbym zobaczyć to miejsce, choć trochę się boję.

Owce wydeptują w bagienku swoje ścieżki.

Za starą wioską idę wzdłuż brzegu ścieżką wydeptaną przez owce. Na Wyspach jest ich prawie sto tysięcy. Trzy razy tyle co ludzi. Mają długą, mocną wełnę, z której robi się… swetry islandzkie. To zabawne, ale tak właśnie jest. Od ponad wieku na wyposażeniu armii duńskiej są „swetry islandzkie z wełny z Wysp Owczych”, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.

Cholera!

Ścieżka dla owiec staje się zdradliwym bagienkiem. „Młaki” – jak mówiliśmy na Podhalu na takie podmokłe kępy trawy, wyglądają solidnie, dopóki na nich nie staniemy. Noga zapada się po kostki w mlaszczącym błocku. W jednej chwili chlupocze mi w butach jakaś podejrzana maź. No nic, trudno. Brnę dalej.

Ścieżki nikną w rozlewiskach.

Co chwilę przeskakuję spływające z góry do jeziora potoczki. Najczęściej nie są szerokie, ale myślę z niepokojem o tym, jak będę tędy wracał. Idę, klucząc po bagnie i coraz bardziej tracę cierpliwość. Z niedowierzaniem się rozglądam. To przecież jest opisany w przewodniku szlak turystyczny. Rozumiem, że jest początek grudnia i turyści pojawią się tu dopiero po pierwszym maja, ale bez przesady. Myśl, Sergiusz!

Po kolejnym skoku ląduję niepewnie na kępie trawy, która rozpada się na dwie części. Macham rękami jak koliber i udaje mi się utrzymać równowagę, ale to zaczyna się robić niebezpieczne. Jeśli bym tu złamał nogę, to będę się czołgał dwa kilometry do drogi. Chyba, że mnie zjedzą te piękne owce, które podchodzą coraz bliżej, gapiąc się na mnie z bezczelną drwiną w pięknych oczach.

Piękność z Wysp Owczych.

Myśl! Jesteś w końcu z Zakopanego. Gdzie jest ścieżka dla ludzi?

Rozglądam się na prawo i lewo, ale w coraz mocniejszej mżawce nie widzę nic szczególnego.

Gdzie byś poprowadził ścieżkę, gdybyś miał ją tu zbudować?

Oczywiście, jak najwyżej. Patrzę w górę. Strome zbocze dochodzi do krawędzi, za którą pewno jest klif i przepaść. Ścieżkę poprowadziłbym tak ze dwadzieścia metrów od grani, żeby wiatr nikogo nie zdmuchnął, ale żeby było na tyle wysoko, by strumyki płynęły wąskim korytem wyżłobionym w tufie, a nie rozlewały się szeroko nawadniając bagniska.

Odwracam się tyłem do jeziora i pnę się w górę. Dwadzieścia metrów pod szczytem wpadam na niewidoczną z dołu ścieżkę. Prowadzi prosto, poziomym trawersem. Tak jak sobie to wymyśliłem.

Ścieżka z dołu niewidoczna, ale w oczywistym miejscu.

Po kilkunastu minutach wygodnego marszu dochodzę do pierwszego klifu. Robi imponujące wrażenie. Robię zdjęcia i kieruję się w stronę widocznego już niedaleko końca jeziora. To tam jest wodospad opadający do oceanu. No i wikińskie miejsce straceń.

Ścieżka doprowadza aż do krawędzi klifu.

Robię kolejny krok i nagle coś uderza mnie w bok. Natychmiast przykucam, a nawet siadam na mokrej od deszczu trawie. Łapię się kamienia, bo potężna siła pcha mnie w stronę przepaści. Po chwili wiatr nieco słabnie. Za to zaczyna lać. A właściwie z każdej strony czuję wodę, bo na szczyt klifu opadła chmura. W szarówce próbuję znaleźć zgubioną ścieżkę. Jeszcze przed chwilą tu była! Po lewej miałem krawędź klifu, a po prawej, w dole jezioro. Teraz nie widzę ani klifu, ani jeziora. Wszędzie jest mgła. Może się przerzedzi zanim dojdę do tego wodospadu?

Rzut oka w drugą stronę. Też strome klify i niebieska toń pod nogami.

Robię niepewnie kilka kroków w stronę – jak mi się wydaje – południowego krańca Leitisvatn i nagle słyszę w głowie jakiś głos. A raczej telepatyczny przekaz. „Jeśli pójdziesz do tamtego wodospadu, przy którym zrzucano ze skały niewolników, to już więcej tu nie wrócisz”.

Robię jeszcze krok i znów czuję uderzenie wiatru. Odwracam się i ruszam z powrotem po własnych śladach. Nie zamierzam walczyć ze swoją intuicją i elfami, czyli „niewidzialnymi ludźmi”, jak nazywają Skandynawowie zamieszkujące góry duchy. Wiatr w sekundę ustaje, a deszczyk już tylko kropi. Śmieję się głośno, odwracam i podejmuję jeszcze jedną próbę dojścia do wodospadu.

Uderzenie wiatru zwala mnie z nóg. Ślizgam się na mokrej trawie i łapię jakiś wyleniałych kępek, żeby nie sturlać się kilkadziesiąt metrów w dół, prosto do jeziora.

Tak wyglądam po trekkingu na wyspie Vagar.

Leżę przez chwilę na ziemi, czując, jak moje „wodoodporne” ubranie nasiąka jak gąbka. A potem bez słowa maszeruję do samochodu. Pogoda poprawia się po trzydziestu sekundach. Nie do tego stopnia, by wyszło słońce – dziś go nie widziałem i nie zobaczę, ale jest niemal miło. Przynajmniej tak miło, jak może być na początku grudnia na Wyspach Owczych.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

1 Comment

  • No proszę, proszę! W terenie nikt nie poradzi sobie lepiej niż Pan z Zakopanego 😛 My również musimy ruszyć śladami owiec po tych tajemniczych wyspach… Oby wcześniej niż później. Pozdrawiamy z „Gorrrącej” Islandii!

Close