Dziecko w podróży Wyspy Owcze

Wyspy Owcze. Dalej nie ma już nic

Written by sergiusz

Listonoszka dowożąca pocztę do Gasadalur to chyba najszczęśliwszy człowiek na całych Wyspach Owczych.

a

Podjeżdżam ostrożnie i zatrzymuję się w małej zatoczce przed wjazdem do tunelu. Światła z przeciwka zbliżają się szybko i po chwili mija mnie niebieska furgonetka z napisem „Posta”. Za kierownicą siedzi starsza kobieta. Uśmiecha się i mijając mnie macha przyjaźnie przez mokrą od deszczu szybę.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

Ruszam powoli wąskim, jednojezdniowym tunelem wykutym w wulkanicznej skale. Długą na 1700 metrów podziemną przeprawę przez górę otwarto w lutym 2003 roku. Do tamtego czasu, przez całe wieki Gasadalur była odcięta od świata. Trzy razy w tygodniu listonosz musiał brać na plecy torbę i iść dziewięć kilometrów przez góry wąską, stromą ścieżką pnącą się nad urwistym klifem.

Wioska, a w niej domy, tradycyjne kryte darnią.

Małe, liczące zaledwie dwanaście domów osiedle, było ostatnią wioską na Wyspach Owczych, którą połączono drogą ze światem. I choć wydaje się to nierealne, to jakoś sobie ludzie z tym radzili. Nawet w jednym z domów mieszkał nauczyciel i odbywały się u niego lekcje dla kilkorga dzieci – niczym w Bullerbyn.

Tunel jest rzeczywiście wąski. Nie ma szans, by minęły się w nim dwa samochody. Dlatego co sto metrów są małe zatoczki. W razie czego można się schować i przepuścić jadący z przeciwka pojazd. Ale nie tym razem. Całe 1700 metrów przejeżdżam bez przeszkód. Wyjeżdżam z tunelu i widzę na przeciwległym wzgórzu wioskę. Zjeżdżam kilkoma serpentynami i zatrzymuję się przy pierwszej farmie. Stąd wąską ścieżką idę w lewo, nad siedemdziesięciometrowy klif.

Wylot tunelu. Poniżej farma, przy której trzeba się zatrzymać i potem na piechotę dojść do urwistego klifu.

Przyjechałem tu po to, żeby na własne oczy zobaczyć kultowy obrazek z Wysp Owczych – wąski wodospad opadający z klifu do oceanu, ponad wodą zabudowania wznoszącej się nad przepaścią wioski, a w tle monumentalne, ośnieżone szczyty gór.

No i gór nie widzę, bo toną w chmurach. W sumie i tak mam szczęście, bo tylko kropi i wieje wiatr. A mogłoby przecież lać. W końcu w grudniu leje tu ponoć na okrągło.

Mimo wszystko robię zdjęcie i spacerkiem idę do Gasadalur. Wioska wygląda na kompletnie wyludnioną. Czyżby po otwarciu tunelu wszystkich skusił wielki świat? Zamiast sklepiku spożywczego, przy drodze ktoś postawił samoobsługowy stragan z warzywami. Kålrabi, czyli kalarepa po 100 koron (czyli 57 złotych za worek – drogo). Tyle rozumiem. Obok rzepa, czy rzodkiew…

Samoobsługowy stragan pod chmurką.

Nie wiem. Wszystko moknie na deszczu i jakoś nie wygląda na to, by po warzywa ustawiał się ogonek zachwyconych klientów.

Wchodzę pomiędzy budynki. Jedne nowsze, obite sidingiem. Ale są też starsze, z dachami pokrytymi mokrą darnią. Wszędzie pusto, tylko za drucianym ogrodzeniem stoją nieruchomo dorodne gęsi.

Wiejsko i sielsko w Gasadalur.

Nagle widzę przed sobą ruch. Podbiegają dwa psy. Spinam się, bo nie jestem typem zwierzoluba, który leci pogłaskać każdego kundla w okolicy. Ale te psy są spragnione zabawy i rozrywki. Jeden natychmiast kładzie się na plecach i wystawia brzuch na pieszczoty. Drugi przynosi mi gumowego kurczaka i wymownym gestem wypuszcza z pyska pod moje nogi.

Przyjacielskie pieski z wioski na końcu świata. Chyba lubią turystów…

Głaszczę więc jednego i rzucam gumowego kurczaka drugiemu. A on, w szaleńczym pościgu dopada zdobycz, przynosi mi ją z powrotem i chce się bawić od początku.

Na szczęście po kilku minutach psy uznają, że już się dość nabawiły i pozwalają mi odejść. Idę w stronę zrozumiałego w całej Europie napisu „Cafe”, ale tym razem nie napiję się gorącej kawy. Drzwi są zamknięte. Nie chcę się dobijać, bo chyba nie wypada. Na pewno, gdy 1 maja ruszy sezon, wszystko będzie już otwarte.

Deszcz zacina coraz mocniej. Trzeba jechać dalej.

About the author

sergiusz

Z wykształcenia muzyk, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania – podróżnik i bloger. Pisze książki i przewodniki, gra na skrzypcach i altówce, prowadzi imprezy, jest przewodnikiem w Muzeum Narodowym w Warszawie. Świetnie odnajduje się w najdalszym zakątku świata, a z każdej podróży przywozi nowe inspiracje i przepisy na regionalne potrawy.

Leave a Comment

4 komentarze

Close