Bambusowa szczoteczka 5 drobnych zmian można zacząć od takiego drobiazgu.

5 drobnych zmian w życiu, by świat był trochę lepszy

  1. Strona główna
  2. WYCHOWANIE
  3. 5 drobnych zmian w życiu, by świat był trochę lepszy

To nie są postanowienia noworoczne. Raczej coś, do czego dochodziłem całe dekady. W każdym razie o wiele za długo. Przez pierwszych 20 lat życia marzyłem o tym, by mieć rzeczy, których teraz staram się unikać. Gdzie popełniłem błąd? Co poszło nie tak? Nieważne. Jest jeszcze szansa, by wprowadzić 5 drobnych zmian w codziennej rutynie i choć trochę naprawić nasz świat. 

Czy 5 drobnych zmian to dużo, czy mało? Czy mnie na to stać? Ile na tym stracę?
No naprawdę, to nie jest decyzja o przebiegnięciu maratonu poniżej 4h, tylko kwestia codziennych decyzji. A ja nie jestem najbardziej zmotywowanym i zdeterminowanym człowiekiem na świecie. Ale to dobrze. Bo jeśli mnie się uda, to Wam – jeśli podejmiecie podobne decyzje – na pewno też. A wtedy uratujemy świat przed zagładą. Albo zginiemy w tej wielkiej katastrofie ekologicznej, którą nas straszą naukowcy, ale będziemy mieli przynajmniej czystsze sumienie. No to zaczynamy!

1. Będę żył bez reklamówek

Do dzisiaj łapię się na tym, że mówię na nią „siatka”. Co jest raczej absurdalne, bo najczęściej jest „zwykłą” plastikową reklamówką.

Ale od początku. Mam wrażenie, że należę do pierwszego pokolenia, które musi się pogodzić z tym, że postęp to czasem szybki marsz do tyłu i odkrywanie na nowo tego, czym kiedyś się mocno gardziło. Jak miałem 10 lat to w żadnym sklepie nie pakowali zakupów w plastikowe reklamówki. Moja babcia sama zrobiła „siatkę”, w której nosiła kartofle z rynku. I to rzeczywiście była siatka, z jakiegoś sizalu, albo mocnej włóczki.

Jak się szło do delikatesów, po ciastka, pieczywo, a w warzywniaku – owoce, zawsze sprzedawcy pakowali towary w papier lub do papierowych torebek. Jeśli nie przemiękły (od soku truskawek, czy czereśni) to można było je nadmuchać i „pęknąć” z hukiem. Albo użyć jako podpałkę do ogniska, w którym zakopywaliśmy sobie ziemniaki. I wcale nie mieszkałem na zabitej dechami wsi, tylko w centrum znanego w całej Polsce kurortu – Zakopanego.

Pod koniec lat osiemdziesiątych pojawiły się pierwsze „reklamówki” – to było chyba w sklepach wielobranżowych, zwanych „polonijnymi”, bo zakładali je biznesmeni, którzy wcześniej wyjechali na saksy do “NRF-u”. Ale dopiero, gdy w Polsce zadomowiły się francuskie supermarkety Auchan i Geant, przestawiłem się z wykładania kosza gazetą, na schludne plastikowe torebki z logo sklepu. Uważałem to za milowy krok cywilizacyjny.

O tym, że coś z tymi reklamówkami jest nie tak, po raz pierwszy pomyślałem w Arushy. To niewielka miejscowość położona niemal dokładnie na Równiku, nieopodal Kilimandżaro. Wystarczyło wyjechać trochę za miasto, by zobaczyć, że wszystkie pola są usłane strzępkami plastiku, a na palmach wiszą zużyte torebki. Musiało minąć jeszcze prawie 10 lat, żebym dojrzał do tego, że potrafię żyć bez plastikowych, jednorazowych torebek. A nie jest to łatwe. W każdym sklepie – a szczególnie w Anglii, gdzie mieszkamy, niemal wszystko jest pakowane w plastik, owijane, pieczętowane na 10 sposobów, w plastikowe pudełeczka, folię, torby, woreczki. Dlatego zawsze na zakupy zabieram własny plecak i staram się kupować warzywa sprzedawane „luzem”.

2. Będę żył bez słomek

Wyeliminowanie jednorazówek i plastikowego badziewia nie jest sprawą łatwą, bo plastik stał się powszechnym towarzyszem naszego życia. Do dziś pamiętam zachwyt nad paczką kolorowych, plastikowych słomek, które znalazły się w przesyłce od matki chrzestnej ze Stanów. Był rok 1982. Tamte słomki w sumie były z dzisiejszego punktu widzenia całkiem eko, bo służyły nam dobre 5-6 lat. Nikt nie był wtedy na tyle szalony, by wyrzucać do śmieci coś, co można było umyć i użyć raz jeszcze.

Teraz widzę, jak bardzo lubi słomki nasz syn. No i jak mu to wytłumaczyć, żeby w restauracji nie prosił o plastikową rurkę do soku, bo takie zachcianki w dramatyczny sposób niszczą morskie ekosystemy? Najlepiej, żeby słomka była – jak za dawnych czasów – z trzciny. Ale takich jeszcze w restauracji nie widziałem. Wiecie gdzie można je kupić? Dajcie znać.

3. Będę żył bez plastikowych butelek

Co tam słomki! Jeszcze kilka lat temu byłem absolutnie przekonany, że miarą cywilizacji jest sączenie wody mineralnej z eleganckiej plastikowej, jednorazowej butelki. Miałem już za sobą okres bezkrytycznej fascynacji colą, czy innymi ice-tea. Jak chyba każdy, kto się wychował w szarych latach osiemdziesiątych, zachłysnąłem się kolorowymi napojami gazowanymi „jak z amerykańskich filmów”, kiedy pojawiły się wreszcie w Polsce. Do tamtego czasu, jeśli ktoś chciał się napić czegoś mokrego, bez procentów, to do wyboru była kryniczanka (na południu), mazowszanka (w Warszawie i okolicach), albo ulepkowate napoje typu „Ptyś”. Wszystko oczywiście w szklanych butlach. Tak samo w szkle sprzedawano mleko. Ach, jak mi smakowało pierwsze „kartonowe” mleko z Pyrzyc! Gdyby nie to, że było dwa razy droższe od mleka „zwykłego” w szkle i ze srebrnym kapslem, to piłbym je litrami.

Dziś staram się nie pić mleka w ogóle. I to nie dlatego, że przestało mi smakować. Po prostu ten przeklęty Internet podsunął mi kilka otwierających oczy filmików o tym jak wygląda życie krowy na przemysłowych farmach…

Ale wracając do plastikowych butelek.

Najtrudniej z nich zrezygnować na przykład podczas podróży w tropiki, gdzie zakręcony fabrycznie korek jest gwarancją bezpieczeństwa. Ale niedawno kupiłem za parę funtów filtr do wody połączony z półlitrowym zbiornikiem w kształcie torebki, który zatrzymuje wszystkie potencjalne bakterie i pierwotniaki, więc może jednak się uda. Ale kupowanie butelkowanej wody w krajach, w których jest porządna woda w kranie, mam już za sobą. Kolejny mit, wtłaczany mi do głowy przez przemysł reklamowy, pozostawił tylko niesmak i złość, że tak się dałem nabrać.

Oczywiście nie chodzi mi o smak wody. Bo lubię, zwłaszcza te nasze muszynianki, kryniczanki, czy nałęczowianki. Ale jak przypominam sobie unoszące się na falach Pacyfiku plastikowe wyspy, wielkości sporych krajów europejskich, to jestem na siebie wściekły, że przez tyle lat dokładałem się do niszczenia środowiska.

4. Będę żył bez karkóweczki

Zresztą takich „kwiatków” jest więcej. Gdyby mi ktoś w 1991 roku powiedział, że wchodzące do Polski jako atrakcja i powiew Zachodu fast-foody za ćwierć wieku będę omijać szerokim łukiem, że ze względów etycznych zrezygnuję z jedzenia mojej ulubionej smażonej kiełbasy, że będę wolał jeść drewnianymi pałeczkami, niż plastikowymi sztućcami. No i że wczasy all-inclusive wcale nie są synonimem luksusu… 

Nie, nie chodzi o wojujący wegetarianizm. Co do szkodliwości mięsa zdania są podzielone i choć intuicyjnie skłaniam się ku temu, by przyznać rację tym, którzy uważają homo sapiens za owoco- i orzechożercę, to sporo jest też dowodów na to, że jako gatunek nie gardziliśmy w przeszłości także padlinką. Ale niestety wiem też, jak wygląda dziś przemysłowa hodowla zwierząt na rzeź. I to są rzeczy, których nie da się „odzobaczyć”. Dlatego generalnie, widząc smakowite mięsko, zamierzam wciskać sobie w głowie hamulec bezpieczeństwa.

5. Będę otwarty na nowe pomysły

Wiem, że jestem na początku drogi. Bo ciągle coś mnie zaskakuje. Na przykład to, że nie jesteśmy skazani na używanie plastikowych szczoteczek do zębów – bo można całkiem tanio kupić bambusowe, które są równie dobre, a nie będą się rozkładać jeszcze przez tysiące lat po mojej śmierci. No dobrze… Te szczoteczki z bambusa mają tylko rączkę, a „włoski” dalej są plastikowe. Ale dobre i to.

W ubiegłym roku odkryłem kolejną „Amerykę” – że można naprawdę smaczne dania przyrządzić bez mleka i mięsa. A na pewno już można w sklepie świadomie wybierać produkty, które nie powstały w obozach koncentracyjnych, stworzonych przez wszystkożerną małpę z gatunku homo sapiens dla swoich „braci mniejszych”.

Nie. Nie uważam się za oszalałego lewaka. I mam nadzieję, że bandyckie podejście do naszej planety „bo nam się należy” nie jest w pakiecie z poglądami prawicowymi. Zresztą to też jest zadziwiająca ewolucja. Pracując w Muzeum Narodowym brałem udział w powstawaniu wystawy o polskich futurystach, zafascynowanych socjalizmem. Ich manifestem było hasło: Miasto, Masa, Maszyna. Podziwiali wielkie transformacje środowiska naturalnego w krajach komunistycznych. To zmienianie biegu rzek, czy budowanie tam, zalewanie wodą tysięcy kilometrów kwadratowych pustyni itp. Konserwatywna prawica patrzyła wtedy na to ze zgrozą. Dla dawnych ziemian lasy, pola, niedźwiedź w mateczniku itd, to było coś, co trzeba chronić przed lewacką dziczą. Dziś jest, tak jakby, odwrotnie.

Ale mnie kompletnie nie obchodzi ideologia. Chyba, że czuję, że jest wymierzona we mnie i w moją rodzinę. Nie znam się na zmianach klimatu, ale jeżdżąc po świecie widzę co się dzieje. I obserwuję jak w wielu krajach, znacznie od nas uboższych, ludzie rezygnują z taniego komfortu, by chronić naturalne środowisko. Jeśli można zrezygnować z plastikowych toreb w Gambii, lub przestawiać się na papierowe opakowania w Tajlandii (no, trzymam kciuki, żeby im się udało) to czemu nie zadać sobie tego trudu u nas?

A te szczoteczki są naprawdę fajne.

I nie powiem, gdzie je kupiłem. Sami sobie wyguglajcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu