7 rzeczy, o których lubimy zapominać podróżując z dziećmi (i 3, które targamy zupełnie niepotrzebnie)

  1. Strona główna
  2. Przydatne w podróży
  3. 7 rzeczy, o których lubimy zapominać podróżując z dziećmi (i 3, które targamy zupełnie niepotrzebnie)

Co chwilę pakujemy się i wyjeżdżamy. Gdy podróż jest w granicach Polski, to pół biedy. Możemy czegoś zapomnieć i po prostu to dokupić, albo w ostateczności wrócić wcześniej do domu. Ale jeśli lecimy gdzieś dalej? Co koniecznie trzeba wziąć, a co można sobie odpuścić i kupić na miejscu?

Wziąć koniecznie:

1. Paszport
Ta mała kruszynka jest nasza. To oczywiste! Prawda? Wiemy o tym bardzo dobrze. Ale czy straż graniczna uwierzy nam na słowo? Raczej nie. Rzecz symptomatyczna – gdy lecieliśmy daleko, nie było z tym problemu. Kompletując paszporty do wyjazdu do Gruzji, o Chruczku pamiętaliśmy. Ale gorzej jest przy bliższych kierunkach. Tam, gdzie nam wystarczy dowód osobisty, który trzymamy w portfelu, mamy skłonność do lekceważenia przepisów. Spontaniczny, krótki wyskok z Podhala na Słowację był na szczęście nic nieznaczącym epizodem, ale gdy zorientowaliśmy się, że nie mamy paszportu dziecka, poczuliśmy się mocno nieswojo. Zwłaszcza, że przyjaciele faszerowali nas opowieściami o tym, jak to się zemściło na „znajomych znajomych” – dwa tygodnie oczekiwania na policyjnym „dołku”, kilka tysięcy euro kary i zszargane nerwy. Nie warto…

2. Książeczka zdrowia
To tak oczywiste, że aż głupio o tym pisać, ale nam też zdarzyło się kilka razy wyjechać i zapomnieć o książeczce zdrowia dziecka. A tam są wpisane nie tylko wszystkie szczepienia, ale i choroby, które przeszedł. Odpukać – nic się nie stało. Ale gdy pomyślę o tym, jak byłem głupi, narażając syna na niebezpieczeństwo, przechodzą mi ciarki po plecach. Nigdy nic nie wiadomo, więc lepiej dmuchać na zimne.

3. Wilgotne chusteczki
Sam się sobie dziwię, że tak często zapominam o tym podstawowych higienicznych akcesoriach. Już trzy razy musieliśmy dokupywać mokre chusteczki w sytuacji „emergency”. Mam chyba skłonność do bagatelizowania powagi sytuacji, a Chrucz – wręcz przeciwnie – na wyjeździe ma zazwyczaj przypływ mocy i bardziej niż zwykle aktywną perystaltykę jelit. A w przypadku grubszej sprawy, mokre chusteczki do wytarcia pupy – to podstawa.

4. Ubezpieczenie
Licho nie śpi, a koszt ubezpieczenia całej rodziny podczas zagranicznego wyjazdu, to ok. 100 zł tygodniowo. Notorycznie o tym zapominamy, i przypominamy sobie na lotnisku, albo (gdy jedziemy samochodem) 20 km. przed granicą. Na szczęście jest internet i formalności załatwiamy w kilka minut…

5. Ostatnia chrupka ratunku
Ileż to już razy ratowała nas z opresji? Długie godziny w samochodowym foteliku, bywają dla dziecka nieznośną, prawdziwą torturą. No chyba, że malec zajmie się czymś konstruktywnym. Na przykład obgryzaniem biszkopta, albo kukurydzianej chrupki. Wtedy ta barwna przygoda może trwać aż do czasu dotarcia do jakiejś cywilizacji. Ostatnio zawstydziła nas sympatyczna, elegancka dama, która z godnym podziwu spokojem wysłuchiwała ostrych protestów Chrucza na pokładzie samolotu relacji Kutaisi (Gruzja) – Warszawa Okęcie. Po zdecydowanie zbyt długim czasie, sięgnęła do przepastnej torby i wyjęła miniaturowe, twarde jak stal – obwarzanki. Chrucz przyjął dar, zatopił w nim zęby (a właściwie – dziąsła) i przestał wyć. Na pokładzie samolotu zapanowała błoga cisza…

6. Paracetamol w syropie
Lekarstwo na wszystko: bolące gardło, rosnące akurat w nocy ząbki, czy gorączkę. Tylko raz zapomnieliśmy go wziąć ze sobą na wyjazd i dwie noce mieliśmy do tyłu, a Chruczek męczył się strasznie. Teraz zaczynamy pakowanie od lekarstw.

7. Butelka z piciem
Nie daj boże, żebyśmy jej zapomnieli.  Chruczek, póki co, nie wyobraża sobie życia bez soczków, bobo-fruitów czy choćby zwykłej wody. Jedzenia moglibyśmy zapomnieć, ale jego ulubionej buteleczki z „uszami” do trzymania – nigdy.

Można zapomnieć:

1. Pieluszki
Wiem, to brzmi jak herezja, ale gdy wyjeżdżaliśmy na tydzień do Gruzji, pieluszki zajmowały nam połowę bagażu. A i tak ten cały zapas skończył się po pięciu dniach. I wtedy okazało się, że pieluszki są w każdym sklepie w najbardziej zapadłej wsi. I są tańsze niż w Polsce. Niepotrzebnie je woziliśmy ze sobą.

2. Słoiczki i soczki
Są do kupienia wszędzie. Kupowialiśmy je na Kaukazie, izraelskiej pustyni, a nawet w wiejskich sklepikach w Gambii. Niektóre trochę droższe, inne tańsze. Ale tak czy inaczej, nie ma potrzeby wykupywać nadbagażu w samolocie.

3. Śpioszki na zapas
Wyjeżdżaliśmy na tydzień. Ja spakowałem się w bagaż podręczny. Magda – wzięła plecak, a Chruczek miał ubrania w dwóch sportowych torbach. Po trzy zmiany ubranek na każdy dzień, na wszelki wypadek. Nie założył na siebie nawet połowy tych rzeczy, które wzięliśmy. Marnotrawstwo miejsca i czasu, bo w razie czego wystarczy saszetka z proszkiem do prania dla niemowląt.

13 Komentarzy. Leave new

  • Ja bym jeszcze do tej listy must-have dodała pieluszki tetrowe. Są lekkie, szybko schną a przydają się jako:
    – śliniaczek
    – ściereczka
    – moskitiera
    – ochrona przed słońcem na szybę w samochodzie
    – zabawka
    – gryzaczek na rosnące ząbki
    – osłona od wiatru i słońca na spacerze

    Odpowiedz
  • My właśnie się pakujemy do Transylwanii. Problem polega na tym, że we trójkę możemy spakować się tylko w jeden plecak, a będziemy chodzić po górach, spędzimy kilka dni nad morzem i będziemy też w kilku miastach…to jest łamigłówka;-)

    Odpowiedz
    • Super! To napisz nam potem czego najbardziej Ci brakowało, a co wzięłaś zupełnie niepotrzebnie. Pociągniemy ten temat dalej 🙂

      Odpowiedz
    • Pakowanie całej rodziny w jeden plecak na tak różnorodny wyjazd to bardzo dobry trening logicznego myślenia. Bardzo jesteśmy ciekawi Waszych doświadczeń i sposobów 🙂 My pakując się rodzinnie stosujemy np metody armii amerykańskiej czyli zwijanie podkoszulków w ciasny rulon – wtedy zajmują jeszcze mniej miejsca. Ale i tak ciągle wychodzi na to, że rzeczy Chrucza zajmują ponad połowę bagażu, a my dwoje mieścimy się w całej reszcie (nie licząc kosmetyków Magdy 😉

      Odpowiedz
    • O! Ja muszę bardzo walczyć z moją potrzebą zabrania wszystkich możliwych kosmetyków;-) I u nas też rzeczy Młodej zajmują zawsze ok połowy (lub więcej) bagażu. Ja wybierając rzeczy do spakowania zawsze dzielę wszystko na kilka grup 1. niezbędne 2. mogą się przydać 3. chcę zabrać, jeżeli się zmieści 🙂 Dam znać po powrocie jak nam poszło:-) PS: Wyjeżdżamy z Młodą regularnie odkąd skończyła 3 tyg (teraz ma 18 miesięcy) i z każdym wspólnym wyjazdem odkrywam co jeszcze NIE jest nam potrzebne….niedługo będę mistrzynią minimalizmu w bagażach dziecięcych:-P

      Odpowiedz
  • Z tymi słoiczkami to nie wszędzie jest tak różowo… np. w Japonii kupić jedzenie dla niemowlaka, to prawdziwe wyzwanie. Dobrze, że wybadaliśmy sprawę przed wyjazdem i mieliśmy odpowiedni zapas. 😉

    Odpowiedz
  • My mamy za sobą podróż trzytygodniową po Birmie – i tam pieluchy polecamy brać, bo strasznie drogie. I chusteczki mokre. I o połowę większy zapas mm. Nam ledwo starczyło mimo, że liczyliśmy z zapasem. Młody miał fazę, że mimo upałów nie chciał nic pić – jedynie na mleczko dał się jakoś skusić.

    Odpowiedz
  • sweet cherimoya
    3 czerwca 2014 20:25

    Bardzo podoba mi się Wasze podejście do tematu podróży z dzieckiem i wychowywania dzieci. Sama jestem mamą i początkującą podróżniczką. Mam za sobą już kilka mniejszych i większych wypraw i dopiero dziś uświadomiłam sobie, że nigdy nie wzięłam ze sobą książeczki zdrowia. A to rzeczywiście takie oczywiste.
    Pozwolę sobie umieścić link do Waszego Dziecka w drodze na swoim blogu, bo jesteście mi bliscy “ideowo”. Fajnie, że jest ktoś, kto myśli, że dziecko w podróży może być fajnym kompanem, a nie tylko kulą u nogi. Pozdrawiam!

    Odpowiedz
  • Co do słoiczków – mam tylko jedną uwagę – my zaczęliśmy podróżowanie z dzieckiem, kiedy syn miał trzy miesiące. Nie braliśmy nigdy słoiczków, ani mleka modyfikowanego, bo też podróże były raczej w miejsca cywilizowane, gdzie były jako takie sklepy. Trzeba jednak pamiętać, że w tych słoiczkach w różnych miejscach na świecie są różne rzeczy, regionalne. I jeśli dziecko jest mega wybrednym egzemplarzem (nasze nie było), to może być problem, że nagle od czwartego miesiąca w słoiczkach mamy głównie mango i passiflorę. 😉 Trzeba też przełamać wewnętrzne – o matko, a jeśli mu zaszkodzi. Skoro miejscowe dzieci na tym żyją, to pewnie nie zaszkodzi, ale przy pierwszym dziecku bywa różnie ze zdrowym rozsądkiem.

    Poza tym pozdrawiam. My się właśnie pakujemy w kolejną podróż za ocean. 🙂

    Odpowiedz
    • To prawda z tymi regionalnymi potrawami w słoiczkach. A nasz syn uwielbia eksperymenty, na bliskim wschodzie bardzo smakują mu potrawki z jagnięciny, a na wyspach rozsmakował się w puddingu z pieczeni 🙂 Szerokiej drogi i dajcie znać po powrocie jak było!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline