Belgrad to miasto, które bardzo mocno nas „wzięło”. Budzi emocje, bo jest pełne kontrastów. Czasem wkurza, innym razem wzrusza. W naszej przewidywalnej do bólu starej Europie, jest jak powiew świeżego powietrza. Piszemy dziś o tym, co nas poruszyło.

(* uświadomiono mi, że dziś już nie używa się sformułowania „zalety i wady”, a właśnie „propsy i dissy” – coś w stylu wałęsowskich „plusów dodatnich i ujemnych”. Bez obaw, obiecuję ostrożnie rozszerzać swój słownik, ale staram się udowodnić – przede wszystkim sobie, że nawet po złej stronie czterdziestki można się czegoś nauczyć)

Lewandowski jest wszędzie.

Lewandowski jest wszędzie.

Wielki Lewandowski

W całym mieście z bilboardów zerka na nas Robert Lewandowski, z nostalgią pieszczący w dłoniach telefon komórkowy. Rozumiemy, że Robert jest wielkim, być może największym słowiańskim piłkarzem. Ale przecież Serbia ma swoich sportowych bohaterów. Chociażby genialnego tenisistę Novaka Djokovića, który w 1999 roku, gdy z nieba leciały bomby z natowskich samolotów, z zimną krwią odbijał piłkę na prowizorycznym korcie urządzonym na dnie miejskiego basenu (z którego oczywiście spuszczono wodę). Novak, niedawno odrzucił propozycję zmiany obywatelstwa na brytyjskie i wygrywania Wielkich Szlemów pod brytyjską flagą, choć oferowano mu za to złote góry. Czuje się Serbem. Jest patriotą i mieszka w Belgradzie. Koniec, kropka. A jednak z plakatów  porozlepianych po mieście patrzy na nas Robert. Dziwne, bo…

 

Gavriło Prinzip. To on wywołał I Wojnę Światową

Gavriło Prinzip. To on wywołał I Wojnę Światową

 

Pomnik terrorysty

…bo patriotyzm, na granicy nacjonalizmu, to ponoć serbska cecha narodowa. Nieopodal ulicy Kniazia Miłosza, na której mieści się polska ambasada, stoi pomnik niewielkiego facecika w płaszczu. To Gawriło Princip. Facet, który rzucił bombą w arcyksięcia Franciszka Ferdynanda (zabijając syna, a przy okazji piękną synową cesarza Franciszka Józefa – Zofię). Akcja miała miejsce w bośniackim Sarajewie, ale Gawriło był Serbem i dlatego Austro-Węgry wystosowały do Belgradu ostre ultimatum, żądając udziału swoich policmajstrów w śledztwie. Podobno Serbowie byli skłonni na to pójść, bo terroryzm nie był tu jakoś szczególnie popularny. Ale mało dyplomatyczny ton ultimatum, utwardził ich stanowisko. I tak wybuchła Pierwsza Wojna Światowa, która pochłonęła dziesiątki milionów ofiar. Ja rozumiem, że Gawriło Princip zabił Ferdynanda z miłości do Serbii (choć gdyby się trochę lepiej orientował w zawiłościach polityki, to wiedziałby, że arcyksiążę był jego rodakom bardzo życzliwy). Ale żeby wystawiać pomniki, bądź co bądź… terroryście?

Z wózkiem zapraszamy na ulicę.

Z wózkiem zapraszamy na ulicę.

Infrastruktura kontra ludzie

Pewnych rzeczy można nie zauważyć, jeśli jest się bez dziecka. Ale my pojechaliśmy do Belgradu z niemal trzyletnim Chruczem. I wkurzała nas okropnie „antyrodzinna” infrastruktura. Wszędzie zaparkowane na chodnikach samochody, albo schody, schody, schody. Zero wind, czy choćby podjazdów. Do muzeów, urzędów, czy hoteli – wszędzie trzeba było włazić po schodach. A w miejskich autobusach nie było ani jednych drzwi, do których zmieścilibyśmy się z wózkiem. Sytuację równoważyła spontaniczna życzliwość ludzi. Zawsze pomagali. Bez namysłu, nie domagając się żadnych wyrazów wdzięczności. Jakby to było najbardziej naturalne na świecie.

Domowy chleb – najlepszy w mieście

Domowy chleb – najlepszy w mieście

Chleb na każdą okazję

Tak jak w Krakowie, który oboje z Magdą lubimy, na każdym rogu jest ciastkarnia, tak w Belgradzie mamy Piekarę, czyli piekarnię. Chleb jest podstawą bałkańskiej kuchni i naprawdę jest pyszny. Podawany na ciepło do wszystkich posiłków, ma zapewne miliard kalorii. A jednak jak się rozglądamy na ulicach, nie ma zbyt wielu grubasów. Chruczek błyskawicznie się przystosował do nowej sytuacji. Sam wybrał sobie ulubioną potrawę w piekarni – kiełbaskę owiniętą zwojami ciasta francuskiego. Takiego swoistego, serbskiego hot-doga. My optowaliśmy za burkami – czyli plackami z ciasta francuskiego nadziewanego białym serem lub mielonym mięsem. W każdym razie, podczas spaceru, co krok wdychaliśmy aromat świeżego chleba. I ten zapach już zawsze będzie mi się kojarzył z Belgradem.

Ludziom z papierosami zdjęć nie robiliśmy z premedytacją. Ale tu w Casablance na zewnątrz nikt nie palił. W środku było siwo od dymu.

Ludziom z papierosami zdjęć nie robiliśmy z premedytacją. Ale tu w Casablance na zewnątrz nikt nie palił. W środku było siwo od dymu.

Dymek z papierosa

A skoro o zapachach mówimy, to dla równowagi trzeba zaznaczyć, że do Serbii nie dotarła jeszcze hiobowa wieść, że palenie jest passe. Myślę, że to jedno z tych miejsc na świecie, gdzie Maria Czubaszek czułaby się jak w niebie. Pali się wszędzie. Na ulicy, w każdej restauracji, a nawet w cerkwi (no dobrze – w cerkwi pali się świeczki, a nie papierosy, ale jednak „się pali”). Obecność kobiet w ciąży i dzieci nikogo nie skłania do rezygnacji z odpalania jednego „fajka” od drugiego. I wygląda na to, że to nie jest kompletna znieczulica – bo przecież Serbowie na co dzień są empatyczni i pomocni – tylko brak skojarzenia papieros = trucizna. To zabawne, ale częściej można było natknąć się na palaczy w środku kawiarni, niż przy stolikach wystawionych na ulicy. Może tam siadali turyści zagraniczni? Gdy się weszło do środka – było zwykle siwo od dymu. Dla mnie – nigdy niepalącego, to było mniej uciążliwe. Magda, która nie pali od czterech lat (czyli odkąd dowiedziała się, że będzie matką Chruczka), jest mniej wyrozumiała. I pewnie w kilku miejscach zrobiłaby o to awanturę, ale powstrzymało ją to, że w Belgradzie…

Tylko w hotelowym barku można znaleźć wino o pojemności jednego kieliszka. W mieście zamawia się po prostu litrową karafkę

Tylko w hotelowym barku można znaleźć wino o pojemności jednego kieliszka. W mieście zamawia się po prostu litrową karafkę

Wino sprzedaje się na litry

Oczywiście, jeśli ktoś jest na tyle bogaty, albo szalony, by zamawiać do obiadu kieliszek, albo buteleczkę zamiast solidnej karafki – to ma taką możliwość. Kto bogatemu zabroni? Ale różnica pomiędzy kieliszkiem, a litrem była na tyle nieistotna, że czysta ekonomia przemawiała za większą pojemnością. Do jakości czarnogórskiego Vranaca, który najczęściej lądował na naszym stole, trudno się jakoś odnosić entuzjastycznie. Ale po drugim łyku zawsze zyskiwał. A jako dodatek do pljeskavicy, bywał absolutnie niezbędny.

Nie mięso, a bałkańskie sery nas w Belgradzie zachwyciły

Nie mięso, a bałkańskie sery nas w Belgradzie zachwyciły

Mięso. Mięso wszędzie? 

Oczywiście wiedzieliśmy, że całe Bałkany zajadają się grillowanym mięsem. Serbia nie jest wyjątkiem i na pewno nie ma co udawać, że to cudowne miejsce dla wegetarian. Choć z drugiej strony ich sery są absolutnie wyjątkowe i fantastyczne. A liczba gatunków białego sera mogłaby nawet Francuzów przyprawić o zawrót głowy. Nigdzie jednak na świecie nie widziałem podawanych z „żywą” cebulą wielkich, na cały talerz „burgerów”, czyli pieczonych, płaskich kotletów z mielonego mięsa. Pljeskavica jest popisowym daniem Belgradu. Ale także czewapy, które z prawdziwą przyjemnością wcinał nasz Chruczek. A Magda patrzyła na to ze zgrozą. Do trzeciego dnia. Od trzeciego dnia, początkowo z pewną rezygnacją i determinacją w oczach, a potem z coraz większym smakiem, wyjadała mi z talerza połowę mojej codziennej, obiadowej pljeskavicy. I założę się, że gdybyśmy tam byli nieco dłużej, to pewno musiałbym się zadowalać wyłącznie cebulą sauté.

Pytanie: koszulka z Putinem dla turystów z północy czy dla miejscowych?

Pytanie: koszulka z Putinem dla turystów z północy czy dla miejscowych?

With Russia in love

Pisaliśmy o tym szerzej w poprzednich belgradzkich wpisach, które można znaleźć TUTAJ i TUTAJ, a nawet TUTAJ. Chodzi o namiętne uczucia, które Serbowie żywią do Rosjan. OK, w porządku. Nie mamy nic przeciwko. Też lubimy i cenimy Rosjan. Ale jednak trochę nas mrozi, gdy na ulicznych straganach, obok patriotycznych akcesoriów: flag narodowych, szalików Partizana, czy wojskowych czapek, eksponuje się T-shirty z męskim „en face” Władymira Władymirowicza Putina i hasłem „Kosowo je Srbija, Krym je Rassija”. Choć każdemu wolno kochać, to jednak fakt, że znajdują się zapewne amatorzy takich koszulek, daje do myślenia. Z trzeciej strony… może to po prostu ukłon miejscowych przedsiębiorców, którzy cynicznie grają na uczuciach turystów z Petersburga, którzy zachwyceni szczodrzej rozdają na takie pamiątki, swoje ciężko zarobione rubelki? Kto wie…

Wskaż na załączonym obrazku postać, która siała w twierdzy Kalemegdan największy postrach i zniszczenie...

Wskaż na załączonym obrazku postać, która siała w twierdzy Kalemegdan największy postrach i zniszczenie…

Uchodźcy

Nie bójmy się tego tematu. Przecież dyskutujemy o tym w Polsce i sprawa uchodźców może rozgrzać dyskusję do białości, choć poza znanymi nam reporterami TV mało kto miał nad Wisłą szansę zobaczenia rzesz śniadych, zmęczonych, ale i zdeterminowanych mieszkańców Aleppo, wędrujących przez Europę w poszukiwaniu lepszej przyszłości.

Serbia nie jest (choć chyba chciałaby) być członkiem Unii Europejskiej, ale od wieków jest położona na szlaku wędrówek ludów. I tym razem największa migracja ostatnich lat jej nie ominęła. Kraj nie jest ekonomicznym rajem, więc można się domyślać, że uchodźcy traktują go jako jedynie przystanek w drodze dalej, przez Węgry lub Chorwację do Austrii, Niemiec i Skandynawii. Zamknięcie i uszczelnienie granic sprawiło jednak, że ich pobyt w Belgradzie się przedłuża. Nie wiemy jaki stosunek mają do uchodźców Serbowie – zapewne ambiwalentny, jak wszyscy w dzisiejszej Europie. Ale nie widzieliśmy na ulicach drastycznych scen. A nieopodal naszego hotelu przy Placu Sawskim był otwarty ośrodek dla azylantów, gdzie mogli się rejestrować, dostawali koce i ubrania, a także jakieś wsparcie informacyjne. Przychodziło sporo ludzi, mówiących między sobą po arabsku. Ale wszystko odbywało się spokojnie, w sposób bardzo cywilizowany. A więc z naszych obserwacji: TAK. W Serbii są uchodźcy i ich widać na ulicach. NIE, nie budzą grozy, ani odrazy, a Serbowie starają się im pomóc.

Chruczek Belgrad uwielbia.

Chruczek Belgrad uwielbia.

Place zabaw

Są takie, jakie pamiętamy ze swojego dzieciństwa. To trochę jadowity komplement, bo jak wyglądały place zabaw w latach osiemdziesiątych, część z Was wie, a reszta się domyśla. Nie przypominają tartanowych, wyposażonych na błysk placów zabaw w Bukareszcie. Ale są. Mają huśtawki i drabinki. I Chruczek je uwielbia. A przede wszystkim są pełne dzieciaków, a nie naburmuszonych nastolatków przypalających blanty, czy meneli sączących piwko. Więc jednak na duży plus… o pardon! Na dużym propsie.

Jak cały Belgrad 🙂

Podczas naszych podróży bezpieczeństwo zapewnia nam Twoja Karta Podróże. Polecamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu