Politycy załamują ręce, że Polki w kraju ojczystym mają w głębokim poważaniu boży nakaz rozmnażania się, a po przekroczeniu granic ukochanej Rzeczpospolitej, nagle odzyskują wigor i chętnie przysparzają nowych obywateli, szczególnie Wielkiej Brytanii. Czy chodzi o wyższe becikowe? Nie. O etat? Rzadko kto może się tu czymś takim pochwalić. Czemu więc tak się dzieje? Chyba zaczynam rozumieć.

Do Wielkiej Brytanii wpadamy regularnie, ale do tej pory prawie zawsze to był Londyn, który ma swoją specyficzną dla wielkich metropolii atmosferę. Teraz Londyn omijamy. No i pierwszy raz przyjechaliśmy do UK z Chruczkiem. A dziecko wszystko zmienia.

Nie musimy gonić za kolejnymi atrakcjami. Szczerze mówiąc nie byliśmy jeszcze nigdzie dalej, niż dwa kilometry od domu. Nasz cel, to dużo pisać, opiekować się dzieckiem i spokojnie, przez dwa tygodnie obserwować życie małego Altrincham na obrzeżach Manchesteru. Życie płynie tu spokojnym rytmem. Także nam. Pilnujemy mieszkania i kota znajomych, którzy wygrzewają się w tym czasie gdzieś na plaży pod Wenecją. Pracujemy nad naszą pierwszą wspólną książką i zleconymi tekstami. I dużo spacerujemy, gdy tylko na dworze przestaje lać, a temperatura wznosi się do niebotycznego +10 stopni.

Chruczek daje nam w kość i po kilkanaście razy na dobę żałujemy, że nie uprowadziliśmy z Warszawy Babci, żeby z nim wyszła choćby na trzy godziny, a my w tym czasie moglibyśmy wreszcie spokojnie popracować. Gdy siedzimy razem przy komputerach, mały daje czadu, bo się nudzi. I w efekcie żadne z nas nie może spokojnie postukać w klawiaturę. Więc chodzimy z nim na spacery. Na zmianę. Po okolicy. Altrincham to małe miasteczko. W trzy godziny spokojnie można oblecieć pobliski park, centrum z kawiarniami, sklepikami i deptakiem, a nawet podmiejskie zagłębie marketów (TK Max, Boots, Staples, Mothercare, Aldi i kilka innych).

Jestem za stary, żeby się zachwycać wszystkim tylko dlatego, że w Polsce jest inaczej (czyli gorzej). Ale muszę przyznać, że codziennie próbuję się zmierzyć z tytułowym pytaniem. I dochodzę do smutnego wniosku, że nie wszystko da się wytłumaczyć tym, że Anglia ostatni raz doświadczyła inwazji w 1066 roku i od ponad tysiąca lat, jeśli prowadzi wojny, to na obcych ziemiach, a im żadne obce wojska nie maszerowały przez podwórka.

Ale to nie tłumaczy tego, że mają lepszy – z mojego punktu widzenia – system edukacyjny.

Na czym polega wyższość brytyjskiej edukacji? Już tłumaczę. Gospodarze domku, w którym mieszkamy, wyjechali na wakacje. Razem z synem w wieku szkolnym. A mamy przełom maja i czerwca. O co chodzi?

O system.

– Dzieciaki ciężko pracują przez sześć tygodni – tłumaczy mi Kieran, ojciec ośmioletniego Leona. – potem mają dziesięć dni przerwy. Mogą w tym czasie odpocząć, zregenerować siły.

Rok szkolny ma 190 dni. Mniej więcej tyle samo co u nas. Tylko jest podzielony na trzy trymestry, z których każdy ma w środku jeszcze dziesięć dni wakacji. Akurat tyle, żeby gdzieś dalej wyskoczyć i się zresetować. Z naszego punktu widzenia, to idealne. Sześć tygodni w kraju, potem wyskok za granicę i znów powrót. Ten system wymyślono chyba specjalnie dla podróżujących rodzin! U nas dzieci zasuwają do szkoły przez 10 miesięcy, łykając nieco wolności w krótkich przerwach – na Boże Narodzenie, ferie i Wielkanoc. Potem mają dwa bite miesiące wakacji, podczas których głównie siedzą w domu lub u dziadków, bo przecież żaden normalnie pracujący rodzic nie dostanie urlopu dłuższego niż dwa tygodnie.

Spaceruję dalej po pięknym zadbanym parku z idealnie przycięta trawą i kwitnącymi rododendronami. Park jest miejski i – jak zdradza mama przyprowadzająca tu pięcioletnią Carmen, boryka się z pewnymi kłopotami materialnymi. Toalety zamknięto na głucho, a na drzwiach wywieszono kartkę: „Zamknięte aż do odwołania”. To ponoć przez kryzys. Dobrze, że wystarczyło pieniędzy na strzyżenie trawników i opiekę nad parkową infrastrukturą: darmowymi kortami tenisowymi, boiskiem do koszykówki, czy placem zabaw dla małych dzieci. Pomiędzy dzieciakami latają psy. Ale choć mam na tym punkcie prawdziwą obsesję, nie znajduję na trawie ani jednego „twardego dowodu” na psią przemianę materii. Wygląda na to, że wszyscy tu poważnie traktują obowiązek sprzątania po czworonogach, a nigdzie nie wałęsają się bezpańskie psy. Można śmiało biegać, a nawet kłaść się na trawie. W Polsce nie znam ani jednego takiego parku… No, może Łazienki. Ale nie, tam kiedy położysz się na trawie, natychmiast pojawia się koło ciebie ochroniarz i robi karczemną awanturę.

Spacerkiem przechodzimy w stronę centrów handlowych. Po drodze zaliczamy publiczną toaletę. Tym razem czynną. I oczywiście ma przewijak. To ponoć tu oczywiste. My w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do przewijania małego w warunkach polowych i pierwszy raz widzę, żeby w ceglanym domku publicznych miejskich toalet w środku miasta była pełna infrastruktura rodzicielska. No cóż… Idziemy dalej.

Supermarket. Przy wejściu stoją osobno wózki sklepowe dla matek z małymi dziećmi. Można swojego malucha przypiąć do plastikowego leżaczka doczepionego do krawędzi wózka. Niby nic, a jednak ogromne ułatwienie. Powiecie, że u nas też można wozić dziecko w wózku sklepowym? Zgoda, ale dopiero wtedy gdy samodzielnie siedzi. Tu można spokojnie wybrać się na zakupy już z kilkutygodniowym maleństwem. A dla mamy, która jest sama z maleńkim dzieckiem w domu, to ogromne ułatwienie. To nie koniec. Do sklepu podjazdy, a w środku winda. I o dziwo! Mimo, że w sklepie jest masa ludzi, to wszyscy korzystają z wewnętrznych schodów, a windą jedziemy jedynie z drugą parą z dzieckiem. W Polsce wielokrotnie się zdarzało, że czekaliśmy kilkanaście minut, żeby powozili się windą zakupowicze, którym nie chciało się zjeżdżać ruchomymi schodami.

Czy to wszystko kwestia „bogactwa” kraju? Nie sądzę. Wszędzie, gdzie przychodzimy, Chrucz jest traktowany z sympatią. Bez charakterystycznej dla Gruzji, czy krajów Bliskiego Wschodu atencji, ale właśnie tak… normalnie. Ludzie się uśmiechają, przytrzymują drzwi, mówią dwa, trzy miłe słowa. Niby nic, a czujemy, że nam tu z dzieckiem dobrze.

I przestajemy dziwić się polskim matkom, które wolą swoim dzieciom stworzyć dom tutaj. Na Wyspach Brytyjskich.

7 Komentarzy. Leave new

  • Pozdrowienia maluszku, tu gdzie jestem jest +37 st C 🙁

    Odpowiedz
  • Muszę przyznać rację!Byłam,zobaczyłam i tęsknię za takimi warunkami w PL!A byłam z dopiero co 3miesieczna córeczka;)

    Odpowiedz
    • Najlepsze jest to, że to są tanie i proste rozwiązania, nie potrzeba ogromnych nakładów finansowych, wystarczy pomyśleć. Przecież żeby np. przy kilku wózkach zamontować plastikowe foteliki to dla supermarketu żaden koszt. Ale trzeba chcieć.

      Odpowiedz
  • […] Dlaczego łatwiej wychowywać dziecko w UK?31/05/2014 […]

    Odpowiedz
  • To chyba nie do konca jest tak rózowo, jak przedstawia to Pan w artykule. Akurat wolne dni w szkole w systemie angielskim czy szkockim, który akurat jest mi lepiej znany, to raczej utrapienie dla wiekszosci pracujacych rodzin, bo co trzy, cztery tygodnie wypadaja 2-3 dni wolnego, które jest za krótkie na sensowy wyjazd, wiec masa dzieci przesiaduje cale dnie w swietlicach (baaaardzo drogich), czesto nawet bez podwórka, co w tym kimacie jest bardzo wazne – brak slonca! Edukacja ogólna jest tez na bardzo niskim poziomie i o ile jestesmy pewni, ze chcemy, by nasze dziecko zwiazalo swoja przyszlosc z UK, to sobie poradzi, ale z konkurencja zagranica moga byc juz problemy- mówie tu konkretnie o niskim poiomie matematyki czy jezyków obcych. Oczywiscie szkoly prywatne moga miec lepsze wyniki, ale na czesne nie stac ponad 90% brytyjskiego spoleczenstwa.

    Faktycznie jest przyjazna atmosfera dzieciom i to sie czuje. Choc mysle, ze Polki akurat czesciej decyduja sie powiekszac swoje rodziny wlasnie tu ze wzgledu na bardziej stabilna prace i pewnosc, ze jaka by ona nie byla, to stosunek cen do zarobków pozwoli im na w miare wygodne (spokojne) zycie i utzrymanie potomstwa.

    Pozdrawiam ze Szkocji!

    Odpowiedz
    • 2-3 dni wolnego to rzeczywiście słabo. Ten angielski system, w którym co 5-6 tygodni jest 10-14 wolnych dni znacznie bardziej nam odpowiada. Co do poziomu edukacji to zdania są bardzo podzielone i wydaje mi się, że tak jak w Polsce (i pewno na całym świecie), jak dziecko chce się uczyć i jest ciekawe, to ma tu ogromne możliwości pogłębiania swojej wiedzy. Myślę, że dość w sumie powszechne przekonanie o niskim poziomie brytyjskich szkół bierze się z braku represyjności systemu szkolnego. Jeśli dziecko tylko chodzi na lekcje, a w nosie ma naukę, to i tak przechodzi z klasy do klasy. W Polsce za złe oceny zostawia się na drugi rok albo wywala ze szkoły. Ale czy zaliczanie kolejnych kartkówek z matematyki czy fizyki rzeczywiście podnosi poziom ogólnego wykształcenia w Polsce? Śmiem wątpić. Albo inaczej – patrząc po dorosłych, ich umiejętnościach interpersonalnych i wiedzy ogólnej – raczej to jest przeciwskuteczne.
      Szkoła brytyjska stawia też na pracę w grupach i ‘social skills’. To akurat coś, czego nie jesteśmy w stanie nauczyć dziecka w domu (chyba, że mamy naprawdę dużą rodzinę). Reszta, to sprawa podsuwania dzieciakom odpowiednich książek.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline