Dolina Stubai: Tak rodzi się miłość

Nigdy nie chciałam mieć dzieci, nie chciałam prowadzić bloga i nie zamierzałam wyprowadzać się z Polski. A teraz mam dziecko, prowadzę bloga i mieszkam w UK. Wszystko przez te trzy dni w Dolinie Stubai.

– To BYŁO moje miejsce – burknął niesympatyczny gość stając nade mną z miseczką tyrolskiego, domowego rosołu, który podaje się w Stubaiu z pływającym w środku dużym knedlem.

No i co z tego? Wzruszyłam ramionami. Kolację w eleganckim hotelu Alpensporthotel Mutterberg przy dolnej stacji wyciągu Gamsgartenbahn przygotowano dla grupy dziennikarzy turystycznych z Polski. Ja jak zwykle spóźniłam się, więc zostało mi miejsce gdzieś przy końcu stołu, ale kiedy tylko dostrzegłam wolną przestrzeń obok mojego kolegi Jarka, świetnego dziennikarza z Wrocławia, natychmiast przesiadłam się obok niego i zatopiliśmy się w rozmowie o doskonałych austriackich winach. A ten tutaj pewnie poszedł po dokładkę, a teraz wrócił na swoje miejsce i ma pretensje…

– Zmieścimy się wszyscy – przesunęłam się niechętnie na długiej ławie.

Nie podobał mi się już od początku wyjazdu. Nie dość, że chodził po lotnisku w pretensjonalnym kapeluszu a la Indiana Jones, to już w samolocie przechwalał się swoją pracą w redakcji luksusowego magazynu. A w hotelowym SPA, w łaźni parowej, opowiadał wsłuchanym w niego dziennikarkom, jak to robił wywiady w Hollywood z Angeliną Jolie, Woodym Allenem czy Harrisonem Fordem. Dobrze, że przez kłęby pary nie było widać, jak przewracam oczami.

Potem powiedział, że ma na imię Sergiusz i jest z Zakopanego, więc mu odpowiedziałam, że ja pochodzę z Gór Świętokrzyskich, które są starsze i bardziej majestatyczne niż Tatry. A jak byłam dwa razy w Zakopanem była taka mgła, że nie widziałam tam żadnych gór. Żadnych. Uśmiechnął się, że w takim razie zabierze mnie kiedyś w Tatry i pokaże, że tam jednak są góry. Takie prawdziwe, a nie te 500-metrowe pagórki jak w Świętokrzyskim. W sumie jak się uśmiechał, to miał całkiem ładne, ciemne oczy.

Następnego dnia całą grupą dziennikarzy śmigaliśmy na nartach po stokach na lodowcu Stubai. W pewnym momencie znaleźliśmy się sami na najwyższym punkcie lodowca – na górnej stacji Schaufeljochbahn. Było pięknie. Słońce, śnieg, niebieskie niebo i obłędne widoki. Widać stamtąd nawet włoskie Dolomity. Sergiusz bardzo chciał się popisać zakopiańską umiejętnością złożenia wygodnego leżaka z nart i kijków. Wyglądało, jakby to robił pierwszy raz w życiu. Usiedliśmy więc na śniegu, patrzyliśmy na alpejskie szczyty i w zasadzie nic więcej nie było nam potrzeba do szczęścia. Potem zjeżdżaliśmy już razem. On starał się nie popisywać i nie jeździć tyłem na czarnych stokach, ja starałam się jeździć lepiej niż w rzeczywistości i nadążać za nim. Wieczorem poszliśmy razem na apres-ski pośpiewać tyrolskie hity i napić się lokalnej nalewki zirbel likier czyli alpejskiej limbówki.

W takim miejscu jak Stubai, pełnym słońca, skrzypiącego śniegu, alpejskiego powietrza, wesołej muzyki i dobrego wina, łatwo się zakochać. 

Teraz, po sześciu latach, wróciliśmy do Stubaiu. Tak samo skrzy się śnieg, tak samo płynie rzeka, nad którą chodziliśmy na wieczorne spacery. Tak samo smakuje limbówka, a z głośników na apres-ski płynie ten sam “Anton aus Tirol”. Tylko tym razem jest z nami nasz czteroletni synek Wilhelm, który nosi imię bardzo popularne w kraju, w którym poznali się jego rodzice. I jest na Stubaiu bardzo szczęśliwy. Tak samo, jak my.

 

4 Komentarze. Leave new

  • Bardzo lubię takie historie. I co dalej? Dalej ten Sergiusz jest taki fajny?

    Odpowiedz
    • Najfajniejszy na świecie! I, cholera, faktycznie pokazał mi, że Tatry jednak są za tą mgłą i zasłoną chmur. Choć jak pojechaliśmy tam we wrześniu to zaraz spadł śnieg. Dlatego nadal uważam, że co Góry Świętokrzyskie, to Góry Świętokrzyskie 😉

      Odpowiedz
  • Wspaniała historia! To niesamowite, że się spotkaliście, choć poczatki sądząc z opisu nie były chyba łatwe :)))))) Kiedy Bóg widzi takie historie miłosne, jak Wasza, to chyba bardzo się cieszy…. Powodzenia kochani!!!

    Odpowiedz
    • Dzięki piękne za miłe słowa! No, łatwo nie było, ale szczęśliwie już 6 lat walczymy ramię w ramię. Jak się trafi na właściwą osobę, to od razu wszystko zmierza we właściwym kierunku 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline