Wiekowy klasztor na samotnej skale, którą odcinają od lądu potężne przypływy, a z kontynentalną Francją łączy ją tylko niemal dwukilometrowej długości grobla. Nic dziwnego, że to druga po Paryżu największa atrakcja turystyczna Francji.

Fachowo taki skrawek lądu nazywa się wyspą pływową. Można do niej podejść tylko w czasie odpływu, w czasie przypływu woda podnosi się o kilkanaście metrów i do wyspy można dotrzeć tylko groblą. Niesamowity cud natury, na którym wyrosło miasteczko z górującym nad nim opactwem benedyktynów.

Nasze rady:

1. Starajcie się tu przyjechać w nieturystycznym okresie, nie w sezonie bo to będzie masakra. Paryż pomieści miliony turystów, ale mała skalista wysepka mimo dobrze rozwiązanej logistyki ma z tym problem.

2. Zaplanujcie Mont Saint Michel jako jedyny punkt zwiedzania tego dnia. Logistyka zajmuje tu sporo czasu, nam dojazdy i zwiedzanie zajęły sześć godzin. A nie staliśmy w kolejce i np. nie jedliśmy obiadu. A wypadałoby jeszcze skupić się w tym świętym pielgrzymkowym miejscu.

3. Restauracje w miasteczku na wyspie są dość drogie, nastawione na turystów i nie serwują zbyt wyszukanej kuchni. Większość turystów rozpakowuje kanapki na słonecznym tarasie po wyjściu z opactwa (*to tam grasują mewy). Nic dziwnego. Po paru godzinach czekania na wejście i zwiedzania trzeba się zregenerować.

4. Jeżeli chcecie podziwiać przypływ, sprawdźcie godziny na stronie opactwa – www.ot-montsaintmichel.com. Najlepiej obserwować zjawisko z tarasu po zwiedzaniu, więc jeśli jest taka możliwość tak zaplanujcie pobyt, żeby zakończyć zwiedzanie przed rozpoczęciem przypływu. W czasie przypływu nie wolno wówczas wchodzić na zalewane tereny wokół wyspy.

5. Mont Saint Michel genialnie wygląda nocą. Opactwo jest iluminowane przez cały rok, od zmierzchu do północy.

Skaliste wzgórze pełniło funkcje fortyfikacyjne oraz religijne już za czasów Celtów, a legendy z okresu kiedy ziemie te opanowali Rzymianie mówią, że w złotej trumnie pochowano tu Julisza Cezara. Jednak powstanie opactwa wiąże się z opowieścią o Archaniele Michale, patronie klasztoru i wyspy. Otóż na początku VIII wieku miejscowemu biskupowi, świętemu Aubertowi, ukazał się Archanioł i nakazał mu wybudowanie kościoła na skale. Musiał prosić aż trzy razy, a biskup miał cudowne objawienia w nosie. Aż Archanioł się wkurzył i dotknął palcem czoła Auberta tak, że wypalił mu dziurę w czaszce (czaszkę z dziurą można dziś oglądać w katedrze w Avranches). Ale pozostawił go przy życiu. Biskup szybciutko się ogarnął i budowa ruszyła a podczas niej miało miejsce wiele cudów. Opactwo rozwijało się i zyskiwało na prestiżu oraz bogactwie aż do Rewolucji Francuskiej, kiedy zostało zamienione w więzienie (podobny los spotkał w burzliwych dziejach Polski nasz klasztor na Świętym Krzyżu). Potem mnisi wrócili i żyją tu do dziś.

Czytając w przewodniku tę historię jedziemy wiejską drogą patrząc na piętrzący się w oddali klasztor na skale. Nagle parkingowy w odblaskowej kamizelce kieruje nas na postój. Tu? W środku pola? Tak! I choć na początku baliśmy się, że będziemy drałować z wózkiem parę dobrych kilometrów, przyznajemy, że to doskonałe rozwiązanie. W szczycie sezonu kiedy wyspę zadeptują miliony turystów zagrożony zalaniem parking pod samą wyspą byłby logistycznym koszmarem (a jeszcze kilka lat temu tak to wyglądało). Tymczasem w środku pola mamy przestronne parkingi, zaplecze sanitarne i informację turystyczną oraz stację darmowych, odjeżdżających co kilka minut shuttle busów, które podjeżdżają pod sam klasztor. Można także pokonać trasę na piechotę, szerokim drewnianym pomostem. Jest upał, a Chruczek z czapeczką na głowie wytrzymuje najwyżej pół sekundy, więc wybieramy klimatyzowany autobus. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu.

Końcowy przystanek autobusu. Tu kierowcy przesiadają się na drugą stronę (jak w warszawskim metrze) a dorożki zawracają.

Końcowy przystanek autobusu. Tu kierowcy przesiadają się na drugą stronę (jak w warszawskim metrze) a dorożki zawracają.

Widok z klasztoru na groblę.

Widok z klasztoru na groblę.

Tłum na Grand'Rue w Mont Saint Michel. Poza sezonem!

Masakryczny tłum na Grand’Rue w Mont Saint Michel. Poza sezonem!

Pamiątkowe ciasteczka.

Pamiątkowe ciasteczka.

Przeciskamy się z wózkiem przez grupę Japończyków pstrykających selfie aparatami na teleskopowych wysięgnikach i podchodzimy pod bramę. To obronne wejście do miasteczka o wąskich uliczkach w średniowiecznym układzie. Mimo że jest już poza sezonem, panuje na nich niewyobrażalny tłok. Wycieczki przystają przy przewodnikach machających chorągiewkami, turyści przeciskają się ze sklepu z pamiątkami do restauracji. Zewsząd zapach jedzenia, muzyka, zgiełk i wrzawa. Istne szaleństwo. Droga wiedzie pod górę. Torujemy sobie drogę wózkiem uzbrojonym w Chrucza i docieramy do kamiennych schodów Grand Degré, które prowadzą do bramy opactwa. Wiemy, ze jest ich 350 (w obrębie murów klasztornych kolejne), więc chcemy zostawić wózek na dole. Skąd. Wszystkie nisze, uliczki i potencjalne miejsca mają znaki z przekreślonym wózkiem. Jak widać nie jesteśmy pierwsi. Przeładowujemy się, Sergiusz niesie złożony wózek, ja biorę Chrucza, który jest bardzo dzielny i na własnych nóżkach (z asekuracją) pokonuje co najmniej 200 schodów. Potem chce na rączki. Wspinamy się. Aż do momentu, kiedy natrafiamy na ogon gigantycznej kolejki do kas. Jak się później okaże – na jakieś dwie godziny stania. Sergiusz chce zrezygnować. Już tu kiedyś był, więc on zostanie z Chruczkiem a ja postoję po bilet i pozwiedzam. Nie ma mowy! W desperacji biorę Chrucza na ręce i rzucam: “Idziemy”. Wchodzimy wejściem dla wycieczek – oddzielonym od kolejki dla turystów indywidualnych i ze zgrozą patrzymy na dziesiątki osób stojących w megakolejce. Podchodzimy do kasy od drugiej strony i próbujemy coś załatwić. Zmęczony Chrucz zaczyna się drzeć. Sergiusz chce go zabrać, ale ja wolę mieć wyjącego Chrucza przy sobie – jest szansa, że kasjerka będzie się nas chciała pozbyć i uda nam się załatwić wejście poza kolejką. I rzeczywiście. Kasjerka z zaciętą miną wręcza nam dwa kartoniki. Ufff, udało się. Idziemy zwiedzać.

Kolejka grozy ciągnie się aż na schody Grand Degré. Poza sezonem!

Kolejka grozy ciągnie się aż na schody Grand Degré. I to poza sezonem!

Dwie godziny stania. Pusta przestrzeń to wejście dal wycieczek które wykorzystaliśmy, żeby dostać się do opactwa z rocznym Chruczem. W kolejce dostałby szału i moglibyśmy od razu wracać.

Dwie godziny stania. Kolejka grozy potem jeszcze dwa razy zakręca. Pusta przestrzeń to wejście dla wycieczek które wykorzystaliśmy, żeby dostać się do opactwa z rocznym Chruczem. W kolejce dostałby szału i moglibyśmy od razu wracać.

Widok z tarasu na zatokę Świętego Michała jest oszałamiający. Co prawda właśnie jest odpływ więc widać tylko zamulone dno, ale wyobrażamy sobie, że jeszcze kilka godzin temu były tu regularne morskie fale. Nam przypływu nie udało się zobaczyć bo tego dnia musielibyśmy być na miejscu o 4 nad ranem (godziny przypływów sprawdzić można na stronie opactwa w dziale Times of the tides). Ale i tak jest super. Dzwonię do mojej mamy, żeby powiedzieć gdzie jesteśmy i że wszystko OK.

– Naprawdę jesteście tam z Chruczkiem? I sam wszedł na schody? Zawsze marzyłam o tym, żeby tam pojechać! – mówi. No to ja się wzruszam, że nasz Chruczek dociera w miejsca, o których my i nasi rodzice marzyliśmy przez lata. Trochę szkoda, że nawet nie będzie tego pamiętał.

Widok na zalewane w czasie przypływu przestrzenie

Widok na zalewane w czasie przypływu przestrzenie…

...ciągnie się aż po horyzont.

…ciągnie się aż po horyzont.

Patrzymy jeszcze przez chwilę na horyzont błotnistego morza i wchodzimy do surowego wnętrza romańskiego kościoła. Potem przebiegamy (starając się zdążyć wskoczyć  między kolejnymi wycieczkami na wąskie i kręte klasztorne schody, które prowadzą nas to w górę to w dół) przez kolejne sale, które przez wieki narosły nad sobą próbując zmieścić się na niewielkim kawałku skały. Karmimy Chrucza w krużgankach, gdzie zachwycony mały odbiera hołdy od licznych włoskich wycieczek. Przewijamy go w refektarzu. Na tarasie pokazujemy mu “ptaszki” – dość bezczelne mewy, które podstępnie podchodzą do jedzących kanapki turystów. Wreszcie po tarasach i schodach docieramy do głównej ulicy. W tłumie musimy trzymać się ściany, więc Chruczek swoim zwyczajem łapie wszystko co tylko znajdzie się w zasięgu jego rączek. Właśnie wyrwał dwa plastikowe nagie miecze z ustawionego przed sklepem kosza. Potem schwycił obrazek z widoczkiem Mont Saint Michel. Kupiłam go, dla mamy. Miecze – ku rozpaczy Chruczka – oddaliśmy.

Mont Saint Michel to obronna twierdza.

Mont Saint Michel to obronna twierdza.

Chruczek je obiad w krużgankach.

Chruczek je obiad w krużgankach…

...ucieka nam...

…ucieka nam…

I świetnie się bawi w kościele.

…i świetnie się bawi w kościele.

Tajemnicze przejścia i schody w Mont Saint Michel

Tajemnicze przejścia i schody w Mont Saint Michel.

Podziwiamy "ptaszki".

Podziwiamy “ptaszki”.

Schodzimy. Nie jest lekko.

Schodzimy. Nie jest lekko.

Z ulgą wychodzimy z zatłoczonej ulicy i kierujemy się do shuttle busa. Tłok jest taki, że udaje nam się wsiąść dopiero do trzeciego. Docieramy na parkingi i płacimy. Niestety, wiedzą, że są drugą największą atrakcją Francji po Paryżu i za parkowanie w polu liczą sobie słono. Nawet bez stania w megakolejce i bez czekania na przypływ wizyta w Mont Saint Michel zajęła nam całe popołudnie. To naprawdę niezwykłe miejsce, ale jeśli poza sezonem jest tu taki cyrk, nawet nie chcę myśleć jak to wygląda w lipcu i w sierpniu.

7 Komentarzy. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline