"Gdzie ty znowu ciągniesz to biedne dziecko?!" czyli sztuka nieulegania krytyce

  1. Strona główna
  2. Dozwolone od lat 18-tu!
  3. "Gdzie ty znowu ciągniesz to biedne dziecko?!" czyli sztuka nieulegania krytyce

Każdy z rodziców podróżującego dziecka wie, że nigdzie nie narazi się na tyle nieprzewdzianych sytuacji i komentarzy, jak w podróży.

Nie dlatego, że jest mniej bezpiecznie, niż na ulicy pod domem. Ale dlatego, że nawet w najbardziej sprawnie działającym zespole czasem szwankuje logistyka, bo:

  • spieszymy się
  • akurat cieplejsza kurteczka jest na samym dnie bagażnika, a my wysiadamy na chwilę
  • jesteśmy przez dłuższy czas poza hotelem/autem i coś, czego nie wzięliśmy ze sobą musimy na szybko zastąpić czym innym
  • jesteśmy zmęczeni dwunastoma godzinami jazdy i nie mamy siły, więc odpuszczamy

No i wtedy się zaczyna: “a gdzie on ma czapeczkę”, “a dlaczego przewijacie go na ławce”, “zmarznie!”, “przegrzeje się!”, “zrobi sobie krzywdę”, “tu jest za głośno”, “uciszcie to dziecko”, “a co zrobicie jak się rozchoruje za granicą?”

Na to ostatnie z rozbrajającą prostotą zawsze odpowiada Ola, podróżniczka jeżdżąca z dziećmi i opisująca to na blogu 8 Stóp: “Pójdę do lekarza. I jest duża szansa, że trafię na lepszą służbę zdrowia niż w Polsce”. I my też tego się trzymamy.

A na większość z tych komentarzy po prostu nie zwracamy uwagi. Robimy wszystko, żeby małemu było komfortowo i bezpiecznie. Po prostu czasem wygląda to bardziej nietypowo, bo nie mamy przy sobie całego arsenału gadżetów i akcesoriów do obsługi niemowlęcia, którymi dysponujemy w domu. Dlatego zastępujemy je aktualnie dostępnymi zamiennikami. Tak, to dziwne, że chłodzimy dziecku mleczko w coolerze do szampana, przewijamy go na śniegu czy dajemy do zabawy dziwne przedmioty. Ale najważniejsza jest skuteczność. Mały z braku zabawek bawił się już korzeniami i wyposażeniem XVIII-wiecznego dworu, bo akurat tam wylądowaliśmy bez zabawek, a zaczynał się nudzić. Nie mówiąc już o tym, że w kawiarni notorycznie domaga się saszetek z cukrem i plasterków cytryny. Zabawa tym pierwszym raz nieomal skończyła się na pogotowiu, bo mały wpakował sobie pokaźnych rozmiarów torebkę z cukrem głęboko do gardła. Z plasterkami cytryny jest lepiej, bo chętnie wysysa z nich sok, a nie jest w stanie się zadławić.

Staramy się nad nim panować, żeby w dziwnych miejscach, które z nami odwiedza, nie zrobił sobie krzywdy. W muzeach i galeriach nie ma problemu, gorzej, kiedy zjeżdżamy z nim do kopalni (w windzie górniczej uwaga na rączki i przeciągi), wjeżdżamy kolejką górską (trzeba pić soczek przy zmianie ciśnienia), czy odwiedzamy przeraźliwie zimną kaplicę lodową (i znowu, cholera, nie wzięliśmy czapeczki). A co, jeżeli tuż nad jego głową przez parę godzin głośno gra kapela góralska? No właśnie… nic. Mały wydaje się być uodporniony, zahartowany i nieczuły na to, czy w środku nocy jest w łóżeczku, a wokół cicho i ciemno, czy wręcz przeciwnie, siedzimy do późna na sali pełnej ludzi, a zabawa dopiero się rozkręca.

Co prawda, kiedy opowiadamy o przygodach Chruczka, o tym co zrobił, dokąd pojechał i co bardzo dzielnie, bez skargi zniósł – słyszymy najczęściej wcale nie słowa uznania, ale raczej jęk rozpaczy: “znowu męczycie to biedne dziecko”. Wcale nie jest łatwo się nie złamać, tylko przepakować, zrobić pranie i dzień po powrocie, albo nawet po kilku godzinach – załadować się znowu w samochód i ruszać w drogę.

Mieliśmy kilka niebezpiecznych przygód, ale skończyło się na szczęście na płaczu. Choć faktycznie, poza “znanym i bezpiecznym” domem trzeba mieć oczy jeszcze bardziej niż zwykle dookoła głowy. Przewidywać kilka ruchów małego przeciwnika naprzód i chronić go przed zrobieniem sobie krzywdy czymś, czego nawet o to nie podejrzewaliśmy. Choć on jest tak skuteczny, że ruchem konika szachowego omija wszystkie nasze działania prewencyjne i znów włazi w szkodę.

Jak mu zostanie taki zmysł do kombinowania, to będzie kiedyś świetnym szachistą… O inne konsekwencje wspólnych podróży nie musimy się martwić.

4 Komentarze. Leave new

  • najlepiej ignorować dobre rady, już w ciąży zaczęłam się na nie uodparniać 🙂

    Odpowiedz
  • No i bardzo słusznie, nie można dać się zwariować!

    Odpowiedz
  • Mnie najbardziej uderzyło kiedy moja ciotka (nota bene ciotka, która zabrała małoletnią mnie na dwu-miesięczny rejs po wybrzeżach Chorwacji i ta sama, z którą moi rodzice organizowali wspólne narciarskie wypady, odkąd zaczęłam stawiać pierwsze kroki) skrytykowała mnie i męża, że zabieramy 5 miesięczną córę w góry w nosidle. I w ogóle dowiedziałam się od niej, ze nosidło to “katowanie dziecka” (???). I to chyba jedyna “rada” i wtrącanie, którym w ogóle się kiedykolwiek przejęłam;-)

    Odpowiedz
    • tak to jest, że samemu się robi z dzieckiem różne rzeczy, to hulaj dusza piekła nie ma, a potem, jak się zostaje ciotką czy babcią, to od razu się robi “trzęsawka” nad cudzym nota bene młodym… a gdzie zaufanie do instynktu rodziców?

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu