Tu, bawiąc się w dorosłych, dzieci mogą spróbować jak wygląda prawdziwe życie. Nasz czteroletni syn w parku rozrywki KidZania zarobił swoje pierwsze pieniądze i wie już kim chce zostać, gdy tylko skończy przedszkole.

Gdy usłyszałem, że KidZania jest w Dubai Mall – największym centrum handlowym na świecie, byłem pewny że moja noga tam nigdy nie postanie. Ani Magda, ani ja nie przepadamy za wielkimi mallami. A Dubai Mall, to nie mall tylko moloch. Ale kogo nie pytaliśmy o Dubaj, jeśli tylko był tam z dzieckiem, natychmiast zaczynał mówić o KidZanii. Co było robić. Poszliśmy „na godzinkę” bez entuzjazmu i wygórowanych oczekiwań. Po czterech godzinach pierwszy raz spojrzałem na zegarek, bo zacząłem się martwić, że przed nocą nie zdążymy obskoczyć wszystkich atrakcji tego wyjątkowego parku rozrywki.

Przed kasami stylizowanymi na check-in na lotnisku. Ostatni moment, żeby się wycofać. Za moment wsiąkniemy w KidZanię.

Nasze rady:
  • KidZania to miasteczko, w którym dzieci pod okiem instruktorów wcielają się w role dorosłych i pracują w różnych zawodach (m.in. lekarz, strażak, pilot, dentysta, cukiernik, chemik, dziennikarz).
  • Bilety najlepiej zarezerwować przez internet https://tickets.kidzania.ae
  • Ceny: za dziecko w wieku 4-16 lat – 150 AED, dorosły opiekun – 50 AED
  • Bilety są ważne cały dzień, ale wejść do KidZanii możemy tylko raz.
  • „Kidzos” – zarobione przez dziecko pieniądze (przypominające banknoty do Monopoly) można wydać na terenie Kidzanii na różne rozrywki, na przykład na jazdę gokartami lub wspinaczkę. Kidzos zapłacisz też za usługę fryzjera czy za wyprodukowanie świeżo wyciskanego soku, ale wtedy picie dziecko może zabrać ze sobą. Za jedzenie czy picie w restauracjach trzeba zapłacić dirhamami.

Prawda jest taka, że dzieci nie chcą być dziećmi. Uważają, że życie mamy i taty jest znacznie ciekawsze. Zamiast do przedszkola, czy szkoły, wolałyby chodzić do pracy. KidZania to realizacja dziecięcych snów.

Uliczki KidZanii przypominają miasteczko w państwie Króla Maciusia.

Oczywiście to nie jest północnokoreański obóz pracy, ani syberyjski łagier. A praca bardziej niż rzeczywistości, odpowiada dziecięcym wyobrażeniom o tym co robią dorośli. Ale emocje są prawdziwe, a to jest najważniejsze.

Ważne jest też uświadomienie dzieciom zależności pomiędzy pracą, zarabianiem pieniędzy, a wydawaniem ich na przyjemności. Najpierw trzeba pójść do pracy, zrobić coś, za co dostanie się pieniądze, a potem można dopiero wydawać.

Nasz syn nie miał najmniejszych wątpliwości co chce w życiu robić.

Tak trafiliśmy do Straży Pożarnej.

Wili pierwszy raz zakłada żółtą kurtkę strażaka. Jeszcze nie wiemy, że ta scena będzie się powtarzać kilka razy.

Na kurs strażacki rodzicom wstęp jest wzbroniony. Dlatego pożegnaliśmy Wilego i usiedliśmy na ławce przed telewizorem, na którym wyświetlano obraz z kamery przemysłowej w środku budynku. Na ekranie widzieliśmy, jak w gronie innych dzieciaków grzecznie siedzi i słucha szkolenia po angielsku (jeszcze raz pogratulowaliśmy sobie pomysłu posłania dziecka do brytyjskiego przedszkola). A potem zobaczyliśmy syna w akcji, bo pojechał strażackim wozem, żeby gasić pożar hotelu.

Pożar! Mali strażacy ratują płonący hotel. Woda jest prawdziwa.

Mali Strażacy koordynowali swoje działania z Małymi Policjantami ze służby porządkowej, która zabezpieczała teren i oklejała taśmami. Patrzyliśmy z dumą na naszego synka, który z przejęciem gasił pożar. A po akcji wrócił do remizy, gdzie wypłacono mu pierwsze honorarium. Jaki on był szczęśliwy i dumny! A my również!

Pierwsze pieniądze zarobione samodzielnie przez Małego Strażaka.

Wili chciał natychmiast znów wrócić do remizy, ale udało nam się go namówić, żeby spróbował zawodu pilota samolotu pasażerskiego.

Znów rodzicom wstęp wzbroniony (mogą tylko obserwować z daleka), a gromadka dzieciaków zostaje przeszkolona na lotniczych symulatorach. Po dwudziestu minutach lotu dostają wypłatę i wychodzą z samolotu.

Ale gdzie jest nasz syn?

Wili nie chciał wyjść z symulatora samolotu. I wcale mu się nie dziwiliśmy.

Wili nie chce pieniędzy. Chce pilotować samolot. Uprzejmy instruktor dyskretnie pokazuje nam kolejkę dzieciaków, które już powinny zająć miejsce w symulatorach, a my zaczynamy żmudne negocjacje z czterolatkiem. Na nasze szczęście, gdzieś w pobliżu zaczyna wyć syrena wozu strażackiego. Wilowi przypomina się, że chciał być strażakiem. Daje się wyciągnąć z samolotu i pędzimy znów do straży. Tam kolejne wejście jest dopiero za piętnaście minut.

– Nie szkodzi. Poczekam – mówi niecierpliwy zazwyczaj Wili i grzecznie siada na ławce. Nie chce wydać zarobionych już pieniędzy na gokarty. Nie chce spróbować swoich sił jako lekarz, ani dentysta. Nie chce robić ciasteczek ani pizzy. Chce gasić pożar.

Wili jest szczęśliwy. Robi to co kocha.

Mija piętnaście minut, Wili przybija piątkę ze strażackim instruktorem i pewnym ruchem zakłada kask. Znów szkolenie. Znów wyjazd do pożaru. Wypłata.

– Teraz idziemy do samolotu – zarządza nasz synek.

Chce mu się też pić. Chytrze udaje nam się podpowiedzieć mu, żeby odwiedzić fabrykę soczku ze świeżo wyciskanych pomarańczy.

Produkcja soku. Poważna sprawa.

Niezbyt mu to odpowiada, ale fajny instruktor sprawia, że chłopak szybko wciąga się w technologię wyciskania i butelkowania soczku.

Tato, proszę mi teraz nie przeszkadzać. Jestem zajęty.

Zwłaszcza, że potem wychodzi z własną butelką soku pomarańczowego. I kolejnymi pieniędzmi. Pędzimy do samolotu.

To Ty Wili? Znów chcesz być pilotem?

A potem znów do straży pożarnej.

Te hotele wciąż płoną, a Mali Strażacy bohatersko gaszą pożar.

Atrakcyjną alternatywą mogłoby być didżejowanie w miejscowej rozgłośni radiowej, ale niestety trzeba umieć czytać. Żeby wystąpić w telewizji Al Jazeera umiejętność czytania nie jest niezbędna, ale studio jest nieco z boku i instruktor informuje nas, że musi się zebrać szóstka dzieciaków, żeby zacząć. Wili nie chce czekać. Chce być strażakiem.

Nie ma to jak strażak!

Zostawiamy go w remizie. Wie co robić, a my po dwóch poprzednich wejściach jesteśmy spokojni, że dziecko przez dwadzieścia minut będzie w dobrych rękach i nic mu się nie stanie. Zwiedzamy „miasteczko” Kidzania.

Dzieci w pracy. Rodzice na spacerze.

Czas oczekiwania na dziecko trzeba jakoś spędzić.

Ryneczek miasteczka Kidzania.

W restauracjach obok dorosłych pracowników widzimy dzieciaki w firmowych uniformach, które z poważnymi minami sprzątają stoliki. W kuchniach, pod okiem instruktorów pieką pizzę i dekorują lody. W sumie można tu spróbować osiemdziesięciu zawodów. Kto wie, co nasze dziecko z tego zapamięta? A może odkryje swoje powołanie?

Szczęśliwi rodzice, których dzieci fascynuje praca dentysty…

Rodzice starszych dzieciaków siedzą sobie i piją kawę w „Parents Lounge”. Jest nawet poczekalnia biznesowa. Wyobrażam sobie, że w mieście takim jak Dubaj, znajdzie się sporo rodziców, którzy chętnie podrzucą dzieciaki do KidZanii i usiądą z laptopem, załatwiać swoje interesy.

Zaciszna poczekalnia dla rodziców.

Perspektywa jest kusząca, zwłaszcza, że jest tu darmowe WiFi. Ale dziś skupiamy się na potrzebach naszego dziecka. A one są wyrażane jasno i wprost.

– Teraz chcę do samolotu.

– Chcę gasić pożar.

– Chcę być pilotem.

– Chcę być strażakiem.

I tak w kółko…

Gdy Wili będzie starszy, będzie pewno łatwiej namówić go, żeby jakoś wydawał zarobione przez siebie pieniądze. Na przykład na wspinaczkę.

Wspinaczka po ścianach budynków. Pomysł na wydanie zarobionych (przez strażaka) pieniędzy.

Na razie jednak po prostu cieszy go praca strażaka. I to mu do szczęścia wystarcza.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

Strażacy jadą na akcję.

6 Komentarzy. Leave new

  • Ja wprawdzie stosuję z reguły inne rozwiązania, ale następnym razem na pewno wezmę pod uwagę kilka powyższych pomysłów.

    Odpowiedz
  • Czasami wydaje mi się, że niektórzy ludzie plotą na forach takie głupoty, tylko po to żeby coś gadać. Ludzie opanujcie się! Świat nie jest czarno-biały.

    Odpowiedz
  • Czasami warto usiąść w fotelu i pomyśleć o tego typu sprawach. Fajnie, że są ludzie, którzy chcą się dzielić swoimi doświadczeniami z innymi za pomocą Internetu. Co byśmy bez niego dziś zrobili, ehh…

    Odpowiedz
  • Mam nadzieję, że moi przedmówcy mają rację, bo mam zamiar zastosować się do kilku powyższych sugestii. Niezmiernie ciekawa jestem efektów.

    Odpowiedz
  • Bardzo ciekawe podejście, mogę prosić o rozwinięcie wątku?

    Odpowiedz
  • Muszę przyznać, że jestem zaskoczony podejściem kilku osób. Doceniam pomysły, chyba pokuszę się nawet osobiście o realizację kilku z nich.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu