Jaki najgorszy pomysł może wpaść rodzicom do głowy na wycieczce z rocznym dzieckiem? Zamknąć się na niemal godzinę w niewielkiej przestrzeni, bez możliwości wyjścia, zabawy i niszczenia wszystkiego wokoło. My właśnie tak zrobiliśmy.

Byliśmy po dwugodzinnym zwiedzaniu zamku Franciszka I w Chambord nad Loarą, przepięknej rezydencji myśliwskiej, bijącej na głowę przepychem niejedną stałą królewską siedzibę. 6 potężnych wież, niemal 500 komnat a w nich 365 kominków oraz prawie sto klatek schodowych, w tym niezwykle pomysłowa spiralna, autorstwa Leonarda da Vinci, której dwa biegi przeplatają się, ale nigdy się nie spotkają, więc idące nimi osoby widzą się, ale nie mogę się do siebie zbliżyć. Przez niemal 10 lat mieszkał tu nasz Stanisław Leszczyński, który jednak narzekał na przejmujące zimno w grubych murach. Faktycznie, w upalne popołudnie było nam tu bardzo chłodno, ale to akurat dobrze, bo Chrucz nienawidzi noszenia kapelusika przeciwsłonecznego i od założenia do chwili w której z wściekłością zrzuci go z główki, mija jakieś pół sekundy. Więc musimy chronić go w cieniu. Potem nakarmiliśmy Chruczka w ogrodach zamkowych, a ponieważ zaczynał trzeć oczka pomyśleliśmy, że to doskonały moment na rejs łódką po kanałach wokół królewskiej rezydencji. Chruczka położymy w zacienionym kokpicie i będzie zmęczony i najedzony słodko spał. A my będziemy mieli romantyczny rejs wokół najpiękniejszego z zamków nad Loarą.

Wkrótce okazało się, że jeszcze nigdy tak bardzo się nie pomyliliśmy. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak mówi Sergiusz cytując kiepskie kryminały.

Zamek Chambord – widok z łódki

Zamek Chambord – widok z łódki

Zapakowaliśmy Chruczka w dziecięcą kamizelkę ratunkową i wsiedliśmy do napędzanej elektrycznie łódki – takiego wodnego meleksa. Szybkie szkolenie przez pana z kapitanatu (który jak się okazało pochodził z nadmorskiej Marsylii): tak naprzód, tak wstecz, tak przyspieszacie, tak odłączacie napęd, a jeśli przestanie działać to trzeba ją uruchomić awaryjnie tym przyciskiem. A jeśli będzie już bardzo źle tu macie telefon alarmowy.

Bez problemu wyszliśmy z portu manewrując między zacumowanymi łódkami, odwróciliśmy naszą jednostkę i ruszyliśmy cała naprzód. Minęliśmy kilka innych łódek, których załogi pozdrowiły nas i rozpływały się nad “grzecznością tego małego chłopca”. Wypłynęliśmy na szeroki kanał. Stąd zamek wyglądał naprawdę imponująco. Skrępowany kamizelką Chrucz szybko się jej pozbył, a my liczyliśmy na to, że położy się na niej w cieniu kokpitu i będzie odpoczywał. Ale Chrucz nie chciał odpoczywać, tylko zaczął wspinać się na burty, koniecznie chciał wyjść na zewnątrz. Jakoś go powstrzymaliśmy, i zaczęliśmy manewrować, żeby dobrze ustawić się do zdjęcia. Wtedy Chrucz zainteresował się przyciskami. A zwłaszcza tym od przyspieszenia. Zaczął kręcić nim przez całą skalę – od cała naprzód do cała wstecz, a łódka niebezpiecznie zatańczyła na środku kanału. Kiedy odsunęliśmy go (nie za daleko, bo nie było miejsca, żeby bezpiecznie go spacyfikować) wyłączył zapłon. Odsunęliśmy go, ale i tak dosięgnął. Włączył zapłon i znów wyłączył. I tak piętnaście razy. Silnik padł. Udało nam się go zresetować a Chrucza położyć w kokpicie z nadzieją, że jest zmęczony i zaśnie.

Chrucz na razie grzecznie siedzi na kolanach w kamizelce. Zaraz nie będzie ani kamizelki ani grzecznego siedzenia

Chrucz na razie grzecznie siedzi na kolanach w kamizelce. Zaraz nie będzie ani kamizelki ani grzecznego siedzenia

Chrucz odkrył ile guziczków może nacisnąć

Chrucz z radością odkrył ile guziczków może nacisnąć

Mała łapka szybko dostała się do regulacji prędkości

Mała łapka szybko dostała się do regulacji prędkości

A potem do zapłonu

A potem do zapłonu

Zmęczony szkodzeniem Chrucz padł w kokpicie. Na jakieś 10 sekund był spokój

Zmęczony szkodzeniem Chrucz padł w kokpicie. Na jakieś 10 sekund był spokój

Gdzie tam. Chrucz wydostał się na zewnątrz i zaczął wyć. Naprawdę był już bardzo zmęczony, aż nie miał siły zasnąć. Ludzie przepływający obok nas w łódkach patrzyli ze współczuciem jak zamiast delektować się widokami walczymy z małym potworem. Zmęczeni wróciliśmy do portu i wysiedliśmy z łódki. Położyliśmy Chruczka do wózka, w którym natychmiast słodko zasnął.

– Jakie dzielne i grzeczne dziecko – powiedział z podziwem marynarz z Marsylii. Spojrzeliśmy na niego z niedowierzaniem. Przecież podobno dźwięk po wodzie niesie się znakomicie, a Chrucz i bez nagłośnienia potrafi skutecznie odstraszyć nie tylko najbliższe otoczenie. Ale już nic nie tłumaczyliśmy, tylko powiedzieliśmy mu, że taki rejs to wspaniała sprawa.

A bez wijącego się i wrzeszczącego szkodnika na pokładzie to już naprawdę musi być wspaniale i romantycznie…

Chrucz w Chambord

Chrucz w Chambord

6 Komentarzy. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu