Po raz pierwszy wyjechaliśmy oboje bez Chruczka. Czarna Afryka, piorunująco gorące słońce w środku marca, palmy, egzotyka – po prostu wymarzone wakacje. A jednak jakoś nie potrafię się tym cieszyć.

Zamęczam Sergiusza pytaniami: „Czy myślisz, że z Chruczkiem wszystko w porządku”, „Jesteś pewny, że on za nami nie tęskni?”. Jeśli coś mnie zachwyca, sekundę potem przychodzi myśl: „Szkoda, że go tu z nami nie ma”… Mało tego, pierwszej nocy w apartamencie w hotelu Kombo Beach Hotel w Kotu, z pięknym widokiem na ocean, obudziłam się jeszcze nieprzytomna nad ranem, z pytaniem: „Gdzie jest Chruczuś?!”. Była to nasza pierwsza od długich tygodni całkowicie przespana noc. A jednak wcale nie czułam się szczęśliwa. Niebo nie było dość niebieskie, słońce wystarczająco ciepłe, a znani z radosnego usposobienia Gambijczycy wydawali mi się ponurakami.

Sergiusz cierpliwie tłumaczy, że Chruczuś nie zniósłby najlepiej dziesięciu godzin bez przerwy, w wypełnionym po brzegi samolocie pełnym wesołych, jadących na wakacje rodaków (i jeszcze dodatkowej godziny na płycie lotniska bez klimatyzacji, z powodu awarii silnika). Nie zabraliśmy go tu bo jest malaria, bo Gambia, kraj, który składa się w zasadzie wyłącznie z brzegów i bagien wzdłuż rzeki Gambia, nie wydawał nam się odpowiednim miejscem na wyjazd z niemowlakiem. A nawet jeśli komarów nie ma zbyt wielu (szczerze mówiąc, nie widzieliśmy do tej pory żadnego), to chronienie małego ciałka przed palącym afrykańskim słońcem kazałoby nam siedzieć w cieniu palmy i modlić się, żeby zasnął. A przecież przyjechaliśmy tu poznać kraj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy zobaczyliśmy w jakim kojcu leży niemowlę na brudnym, pełnym much Albert’s Market w Banjul, chciało nam się płakać

Nigdy nie posądzałam się o jakieś szczególne instynkty macierzyńskie, i dwutygodniowy wyjazd do Izraela, kiedy Chruczuś miał niecałe pół roczku zniosłam nieźle. Ale teraz z zazdroscią patrzę na Gambijki noszące w kolorowych chustach swoje dzieci, z rozczuleniem spoglądam na niemiłosiernie brudne maluchy tłoczące się wokół turystów w nadziei na cukierka. Patrzę ze smutkiem na place zabaw dla dzieci, z których rozlega się wrzawa i śmiechy. Choć Chruczek jest przecież za mały, żeby korzystać z takich atrakcji, szkoda mi, że go tu z nami nie ma. Bo nie zobaczy oceanu, nie poczuje ciepła, nie pogłaszcze małą rączką krokodyla…
Wiem, rozsądek mówi, że takie rzeczy to za jakieś dwa-trzy lata. Choć mała szansa, że nawet wtedy coś zapamięta, ale może przynajmniej będzie miał z tego radość. Jednak serce mówi co innego. Że już nigdy nie powinniśmy podróżować inaczej, niż tylko we trójkę. Sergiusz co prawda twardo się trzymał, ale w końcu też przyznał się, że tęskni za Chruczkiem.

Najgorzej było kiedy poszliśmy na Albert’s Market w Banjul. Stragany pełne owoców: mango, obieranych na miejscu pomarańczy i kokosów. Świeżych ryb, dopiero co porąbanego mięsa nad którym latają roje much, miejscowego rękodzieła, stosy kasz, ryżu, orzechów coli, dorodnej kasawy. Tuż obok stanowiska krawców, szyjących pomiędzy straganami na sfatygowanych Singerach. Obok rzeźbiarze opiłowujący dłutem długoszyje żyrafy i afrykańskie maski. A w tym wszystkim toczy się życie –i biegają malutkie, niemiłosiernie brudne dzieci, których rodzice pracują na targu. Nieco ponad roczną Munę (na zdjęciu z tatą, który ma stragan na bazarze) wypatrzyliśmy bawiącą się patykiem w rynsztoku, bo miała na sobie strój tygryska, bardzo podobny do tego, jaki babcia kupiła Ala naszemu Chruczusiowi. A kiedy zobaczyliśmy brudny, podarty kojec wokół którego tańczyły roje much, złapaliśmy się za głowę. Dobrze, że mały został w domu.

Ale dziś na śniadaniu podeszliśmy do pary młodych Szwedów z trójką małych dzieci. Ich najmłodsza córka miała zaledwie roczek.
– Nie boicie się, że zachoruje? – zapytałam wskazując na małą objadającą się słodką papają.
Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem.
– Gambia to bezpieczny kraj. A nasz synek był młodszy, gdy pojechaliśmy do Tajlandii. I też dał sobie radę.
– A malaria? Słońce? Szczepienia?
– Malaria? – popatrzyli po sobie zdziwieni. – Przecież jest pora sucha! O tej porze nie ma malarii. Szczepienia na żółtą febrę zrobiliśmy, ale malaria…? Co za pomysł!
– Nie dajecie dzieciom Malarone?
– No wiesz… Skutki uboczne mogą być gorsze od choroby. Nie będziemy siebie, ani naszych dzieci faszerować jakimiś prochami. Dbamy o zdrowie…
No tak… Co kraj, to obyczaj.
Zazdroszczę im, że są tu całą rodziną. Ale chyba nie wystawiłabym naszego maleńkiego Chruczka na takie niebezpieczeństwo.

Trzeba zacisnąć zęby i cieszyć się niezwykłym miejscem, w którym jesteśmy.

6 Komentarzy. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline