Kładziemy się spać o wpół do dwunastej, a już o pierwszej w nocy budzą nas rozpaczliwe wrzaski. Napad? Duchy dawnych właścicieli – von Neumanów? Napoleona Bonaparte, który tu nocował wracając spod Moskwy? Feldmarszałka Kutuzowa, który gonił Napoleona i nie był zachwycony, że Francuz na niego w Wiechlicach nie zaczekał, a jego Kozacy za karę rozpalili na parkiecie w salonie ognisko? Nie, to tylko głodny niemowlak.

Sergiusz w półśnie przygotowuje mleko, popędzany wściekłymi piskami małego. Potem karmienie, karmienie, karmienie… O drugiej nad ranem orientujemy się, że coś jest nie tak. Dziecko wciąż popłakuje i wścieka się, a jedzenia w butelce nie ubywa. Czyżby smoczek się zatkał? A może ten egzemplarz ma akurat minimalnie mniejszy otwór i to nie przeszkadza przy podawaniu herbatki, a może i nawet zwykłego mleczka, ale to przeciwko ulewaniu jest specjalnie zagęszczone i synek nie może sobie z tym poradzić?

Zmieniamy smoczek i wreszcie coś idzie do przodu. Zmęczony niemowlak zamiast 120 ml zjada 30 i zasypia. Nareszcie.

Nie na długo. Godzina trzecia w nocy. Znów nas podrywa na równe nogi upiorny wrzask. Robić nowe mleko? Podać zimne „stare”? Czemu on tak się drze?

Podajemy resztę mleka, które zostało w butelce. Chrucz wysysa je w minutę i dalej się drze. Z torby wyciągamy suszarkę. Włączamy. Ciepły strumień kojąco opływa okrągły brzuszek. Mały zasypia…

Dokładnie na czterdzieści pięć minut.

Piąta rano. Koniec wylegiwania się! Hej! Rodzice! Wstawać!!! Zaraz wzejdzie słońce! No ruszcie się!

Rozglądamy się nieprzytomni, nie bardzo wiedząc gdzie jesteśmy i co się dzieje. A nasz syn, wyspany i wypoczęty informuje nas dobitnie i bez niedomówień, że czas snu się definitywnie skończył.

W takich chwilach mamy wrażenie, że Chruczerek zdecydowanie marnuje się w mieście. Powinien przyjść na świat w jakiejś pracowitej, wiejskiej rodzinie, w której wstaje się przed wschodem słońca, by oporządzić inwentarz, zebrać jajka od kur, nakarmić świnki, a potem radośnie pobiec na łąkę okładając wierzbową witką co bardziej leniwe gęsi.

Dla nas, ludzi miasta, nie ma takiej godziny jak piąta rano. Tak, pamiętamy energetyczną piosenkę „Paryż się budzi”, ale wierzymy tylko we frazę, że o piątej rano „Les amoureux sont fatigués”. My też jesteśmy „fatigue”, sfatygowani potwornie, choć na pewno z innego powodu niż paryscy kochankowie.

Magda poddaje się, owija ciasno kołdrą, na głowę nasadza poduszkę i w sekundę zasypia.

A Sergiusz, cóż, kontempluje układ cieni, barw i wreszcie – kolorów, na widocznym z pałacowego okna „domku ogrodnika” – w rzeczywistości pięknej willi w toskańskim stylu, postawionej tu w połowie XIX wieku i niedawno odnowionej. Chruczer też łaskawie raczy spojrzeć na architekturę ogrodową i ułożony na oknie na podróżnym bujaczku przestaje się drzeć. Ale o spaniu nie ma już dziś mowy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu