W świecie idealnym pieniędzy nie będzie. Wszędzie zapłacimy plastikowymi kartami, albo telefonem czy zegarkiem. I będzie obowiązywała jedna waluta – ta, w której nam płacą pensję. Ale póki tak nie jest, każda podróż zaczyna się od pytania: co z pieniędzmi?

Możliwości jest kilka. Możemy:

– kupić w kantorze walutę kraju, do którego jedziemy

– kupić dolary/euro i wymienić je na miejscu

– wziąć ze sobą kartę i na miejscu wyjąć gotówkę z bankomatu

– wziąć ze sobą kartę i płacić za wszystko „plastikiem”

Każda z tych możliwości ma swoje wady i zalety. Póki nie wymyślono niczego lepszego, musimy się zdecydować na coś z tej listy. Ważne, byśmy byli świadomi jakie są plusy i minusy poszczególnych rozwiązań.

Kupujemy walutę u siebie

Przylatywaliśmy do Dubaju wieczornym lotem Wizzair na lotnisko DWC, mocno oddalone od centrum miasta. Jedyny autobus jeździł co godzinę. Żeby na niego zdążyć musieliśmy biec. Bilety można kupić tylko za gotówkę. Kupowanie waluty na lotnisku – każdy globtroter to wam powie – to jeden ze słabszych pomysłów. Spread, czyli „widełki” pomiędzy kursem kupna i sprzedaży, są tu rozwarte jak paszcza hipopotama. Szukanie bankomatu, to miła rozrywka, jak się ma na to czas. A my czasu nie mieliśmy. Dlatego dirhamy kupiliśmy jeszcze w Polsce. Oczywiście też zapłaciliśmy spread, ale mieliśmy czas, by poszukać najlepszego kursu i sprawdzić ceny w kilku kantorach.

Oczywistym minusem kupowania waluty w naszym kraju i wożenia jej za granicę, jest ryzyko utraty portfela. Poza tym, pół biedy, jeśli to wyjazd „stacjonarny”, albo tylko do jednego kraju. Przy objazdówce, musimy mieć ze sobą kilka walut. I najlepiej jeszcze szklaną kulę, żebyśmy wiedzieli ile dokładnie pieniędzy będziemy potrzebować w różnych miejscach. Z konieczności musimy więc brać pieniądze „z górką”, co niezbyt korzystnie wpływa na stan naszego konta. A w konsekwencji sprawia, że po powrocie mamy garść dziwnych walut, z którymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Zazwyczaj to zbyt mało, żeby opłacało się iść z tym do kantoru (a jeśli to monety, to mogą ich nie przyjąć, albo policzyć taki kurs, że nam się odechce). Kilka lat takich podróży i mamy worek pieniędzy z dziwnych miejsc, ale wcale nas to jakoś nie cieszy.

Kupujemy dolary/euro i wymieniamy na miejscu

To chyba najpopularniejsze rozwiązanie, jeśli dużo podróżujemy. Afryka, Azja czy Ameryka – nikt nie pogardzi europejskimi, czy amerykańskimi pieniędzmi. A my, mając w perspektywie przejazd przez dziesięć krajów, nie musimy się zastanawiać ile będziemy potrzebować tajlandzkich bahtów, gdzie kupić omańskie riale, gambijskie dalasi czy chilijskie pesos. A niewykorzystane podczas podróży dolary zawsze się przecież mogą przydać podczas następnej wyprawy, choćbyśmy jechali kompletnie gdzie indziej.

Tyle dobrych wiadomości. A teraz pora na gorsze.

Jeśli chodzi o kwestię utraty portfela, może być ona tak samo bolesna, jak w przypadku podróży z każdą inną walutą. Dochodzi jeszcze kłopot z wymianą pieniędzy. Musimy na to poświęcić trochę czasu. Trzeba będzie znaleźć kantor z dobrym kursem. A to oznacza, że odpadają wszystkie miejsca, które są blisko turystów: lotnisko, hotel, taksówkarz. Może trzeba będzie się przejść po mieście i poszukać punktu wymiany walut. Albo popytać miejscowych. Porównać kurs w kilku kantorach. A potem nie dać się oszukać. Przeliczyć dwa razy zwitek banknotów o obco brzmiących nazwach i – czasem – drukowanych w odmiennych alfabetach. Nie ominie nas też spread. I to podwójny, bo raz zapłacimy za kupno dolarów, potem te dolary sprzedamy (z naszą stratą) i kupimy (za wyższą cenę) walutę krajową.

Bierzemy pieniądze z bankomatu

 Już na pierwszy rzut oka to rozwiązanie ma jeden zasadniczy plus, w stosunku do dwóch poprzednich: nie wozimy ze sobą wypchanego portfela. Ewentualny złodziej nie obłowi się, bo kartę możemy w minutę zablokować. Bankomaty są też już prawie wszędzie na świecie (choć w Luksemburgu – stolicy światowej finansjery – szukaliśmy ich przez godzinę). Ale zazwyczaj sprawa jest prosta. W każdej placówce banku, centrum handlowym, czy przy głównej ulicy, rozpoznamy charakterystyczny kształt ATM, czy jak się to będzie nazywało. Wkładamy kartę, wklepujemy czterocyfrowy PIN. Podajemy kwotę, która nas interesuje. I maszyna wypluwa nam odliczone dokładnie banknoty.

A teraz przyjrzyjmy się minusom.

Samotnie stojący bankomat na nieoświetlonej ulicy, w obcym kraju, to chyba ostatnie miejsce na świecie, w którym chciałbym afiszować się swoimi pieniędzmi. Skanowanie kart, podglądanie PIN–ów, czy po prostu – połykanie kart, to aż zbyt częsta praktyka bankomatów w miejscach obleganych przez zagranicznych podróżnych. Ale nawet jeśli wszystko jest „lege artis” to podejmowanie pieniędzy z bankomatu niemal nigdy nie jest bezkosztowe. Zapłacimy prowizję od wypłaty (chyba, że jesteśmy szczęściarzami, którzy mają konto w banku, który nie przycina na wypłatach z zagranicznych bankomatów). Niezależnie od banku, prowizję od nas wyciągnie operator bankomatu. Na przykład w Tajlandii to kilkanaście złotych przy każdej wypłacie. W miejscowościach turystycznych, albo przy sklepach, zabytkach, na stacjach benzynowych – to powszechna praktyka. Oprócz tego zapłacimy spread, jak w każdym kantorze. Bo choć cała operacja będzie trwała kilka sekund, to wygląda z grubsza tak samo, jak w przypadku kupowania waluty. Płacimy z naszego konta za miejscową walutę po kursie kupna.

Płacimy kartą

A może najlepiej po prostu zapłacić za zakupy kartą i będzie spokój?

To prawda. Takie rozwiązanie jest najprostsze, co jednak wcale nie oznacza, że najtańsze. Są kraje, na przykład w Afryce Zachodniej, w których opłaty za używanie karty są bandyckie, dochodzą do 30 procent ceny. Ale nawet w Europie czyhają na nas pułapki. Najczęściej w sklepie sprzedawca, widząc zagraniczną kartę zada nam niewinne pytanie: woli pan zapłacić w złotówkach, czy w naszej walucie (euro/koronach/funtach/forintach)? W pierwszym odruchu mamy ochotę odpowiedzieć: oczywiście, że w złotówkach! Przecież to jasne! Widzimy ile nam ściągnie z konta, i ani grosza więcej. Ale nikt nam nie mówi, że prowizja za takie udogodnienie jest ukryta w cenie. Zróbcie kiedyś taki eksperyment: płacąc za granicą zapiszcie cenę towaru, którą proponuje wam sprzedawca w PLN, ale zapłaćcie w walucie kraju, w którym jesteście. A potem zobaczcie ile wam ściągnęło z konta. Wielokrotnie to sprawdzałem i ZAWSZE płacąc w walucie miejscowej, wychodzę na plus.

Jest też coś takiego, jak „waluta przeliczeniowa” dla konkretnego operatora karty. VISA posługuje się USD, a Master Card – euro. Nie ma to większego znaczenia, jeśli jesteśmy na wakacjach w Tajlandii. Płacąc kartą VISA bank najpierw pobierze złotówki, kupi za to dolary, a dolary wymieni na bahty, które wpłyną na konto sklepu. W przypadku Master Card jest tak samo, tylko zamiast dolarów, bank kupi euro, a za euro – bahty. Jak łatwo się domyślić, prowizję za te dwie transakcje zapłacimy my (no bo kto?). Sytuacja się upraszcza, gdy w krajach strefy euro płacimy Master Card, a w USA – kartą VISA. Wtedy prowizja jest tylko jedna.

Chyba, że mamy kartę brytyjską. Tu opcji jest więcej. Ja mam na przykład kartę Lloyds Banku, której za granicą staram się nie używać – często w ogóle zostawiam ją w domu. Dlatego, że za każdą transakcję w walucie innej niż funty, bank pobiera prowizję.

Są też na świecie wciąż miejsca, gdzie o terminalach płatniczych nie słyszeli. W takich zakątkach ziemi, króluje gotówka.

Ciekawym, choć na dłuższą metę mało praktycznym rozwiązaniem są karty walutowe oferowane przez niektóre banki. Możemy je przed wyjazdem „naładować” i płacić za granicą, jak byśmy byli miejscowymi. Tylko że… Bo zawsze jest jakieś „tylko że”. W tym wypadku wachlarz walut jest dość skromny, takie karty parę złotych kosztują, a poza tym obca waluta nie teleportuje się na nią z naszego złotówkowego konta bez żadnych opłat. Tak czy inaczej jakiś spread zapłacimy, jeśli nawet jest to niewielka kwota.

Jak my to robimy?

Rozwiązań idealnych, póki co nie ma. My, skoro jeździmy dużo i często, za to do różnych krajów, nauczyliśmy się nie denerwować nieustannym przeliczaniem pieniędzy. Ale przede wszystkim staramy się jak najwięcej płacić przez internet, najlepiej przed wyjazdem. Hotele rezerwujemy i opłacamy przez Booking.com. Bilety lotnicze, wynajem samochodu płacimy przelewem lub kartą. Staramy się mieć ze sobą nieco lokalnej gotówki (jeśli nie ma jej w kantorach, szukamy znajomych, którzy byli w danym kraju i kupujemy od nich to, co im zostało po wyjeździe), a w objazdówki po świecie jeździmy najchętniej z „żelaznym zapasem” dolarów. Dlaczego nie z euro czy funtami? Bo gdy w sytuacji „emergency” zabraknie nam paru groszy na taksówkę, jakąś opłatę, albo do upatrzonej pamiątki na bazarze to miejscowi nie bawią się w subtelności. Jeden dolar, jedno euro, czy jeden funt to dla nich to samo. A dla nas nie, bo póki co 1 dolar jest (kurs z kwietnia 2018) po 3,40 PLN, 1 euro to 4,20, a 1 funt – 4,80. Siłą rzeczy – lepiej jest dopłacać dolarami niż funtami. No i w podróży, tak jak w życiu, przydaje się zasada dywersyfikacji. Nigdy nie trzymamy „wszystkich jaj w jednym koszyku”. Osobno karty, osobno gotówka, gdzie indziej dokumenty. Dzięki temu kilka razy uniknęliśmy dramatu. Choć gdy raz straciliśmy czujność (oraz dokumenty i gotówkę) mogliśmy wrócić do domu, bo ocalały karty.

2 Komentarze. Leave new

  • Dobra opcja jest karta Revolte
    Kurs najlepszy bez dodatkowych spreadów , w wersji darmowej 200 funtów miesięcznie gotówki z bankomatów bez opłat. Korzystam już kiła miesięcy i jestem zadowolony , poza tym od razu masz info w aplikacji na telefon ile cię skasowali. Możesz mieć dodatkowe rachunki e większości walut światowych .

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu
Inline
Inline