Podróżujecie z dzieckiem? To cudownie! Jaki on musi być grzeczny! Jaki spokojny! Daje mamie i tacie popracować, pozwiedzać, wypocząć… – Słyszymy to często i wtedy uśmiechamy się skromnie, szepczemy pod nosem podziękowania i staramy się jak najszybciej uciekać. Zanim Chrucz pokaże na co go stać.

Świst. Gwizd na granicy ludzkiej percepcji, na pewno powyżej 20 tysięcy herców. Ogłusza w ułamku sekundy, zatyka bębenki w uszach, wprowadza szkło w dziwny rezonans. Taki jest język delfinów, ewentualnie Nazguli – Czarnych Jeźdźców z tolkienowskiej trylogii “Władca pierścieni”. I właśnie ten sposób komunikacji bezbłędnie opanował nasz pięciomiesięczny Chrucz i przemawia do nas w ten sposób, gdy coś idzie nie po jego myśli. Tak, wiemy, że musimy to przetrwać. Nie wolno nam się poddać. Bo skoro postanowiliśmy udowodnić – przede wszystkim sobie – że podróże z małym dzieckiem są możliwe,że narodziny Chrucza nie były grubą krechą w naszej historii, która głębokim cięciem krzyżackiego miecza oddziela złote czasy wyjazdów i słodkiej wolności od jesiennego średniowiecza, w którym najdalsza wyprawa, to spacer po Łazienkach. A tak to dom, pieluchy i Internet. Nie zamierzamy też (choć w momentach desperacji przemykało nam to przez głowę) podrzucać dziecka na wycieraczkę Dziadkom, dzwonić do drzwi i nie czekając na rozwój wypadków gnać na lotnisko. Zamiast tego chcemy przetrwać i znaleźć Kamień Filozoficzny podróżników, czyli sposób na uspokojenie demona, który czasem budzi się w naszym dziecku.

Podejście naukowe pozwala, przynajmniej w jakimś stopniu utrzymać nerwy na wodzy. Choć i nauka zawodzi, kiedy tak jak ostatnio w małym hoteliku w Gdańsku, Chrucz urządził recital wokalny od 22:30 do 02:15 i śpiewał w języku delfinów.

– Zrób coś! – wrzeszczała na mnie Magda usiłując przekrzyczeć Chrucza na zmianę siniejącego i czerwieniącego się w rytm płaczu.

– Niby co?!? – odwrzaskiwałem bezradnie. Nie pomagało nic. Ani noszenie na rękach, ani kładzenie na brzuszku, na plecach, suszarka, która w lżejszych przypadkach jest niezastąpiona. Chrucz pluł herbatką i dopiero po solidnej, podwójnej porcji mleczka (podwójnej, bo pierwszą zwrócił w całości na moją koszulę), dał się ukołysać do snu. Tego cholernego mleczka nie chciałem mu dać, bo według wszelkich podręczników swoje już tego dnia zjadł. A karmienie na uspokojenie to “najlepszy sposób wychowania małego, otyłego terrorysty”. Dlatego do drugiej w nocy próbowałem wynegocjować coś zamiast mleczka. Jednak mały terrorysta nie chciał negocjować. Chciał mleczka. I w końcu dostał to czego się domagał. Faryzejsko uspokoiłem sumienie, udając, że po północy zaczyna się nowy dzień, więc to nocne mleczko wrzucę w kolejny grafik. Ale po cichu uznałem swoją porażkę.

W takich chwilach można zwątpić w ideę podróży rodzinnej.

Ale to się zdarzyło po raz pierwszy. Co więc zrobiliśmy źle?

Tak jak przy katastrofie lotniczej, o tragicznym finale decyduje zazwyczaj splot wielu niefortunnych zdarzeń, tak i tu powodów było kilka. Naszym najpoważniejszym błędem była godzina wyjazdu z Warszawy – 18.00. Chrucz przespał pięknie całą drogę, a potem rozbudził się i zapragnął udowodnić nam, że Chrucze nigdy nie zasypiają. Jak na złość, przed wyjazdem dzień był spokojny, bez stymulujących wydarzeń – mówiąc wprost – nudny.

Kilka dni później wyruszyliśmy do Poznania rano, a potem przed snem “spławiliśmy” Chruczka na basenie. Wrażeń było tyle, że w hotelu szybko (choć nie bez walki) padł.

Pięciomiesięczny Chrucz coraz częściej pokazuje charakter i powoli oswajamy się z myślą, że czasy, w których dziecko położone w jednym miejscu, po minucie wciąż jest w tym samym kwartale – bezpowrotnie mijają. Tak jak zwyczaj spania po posiłkach w ciągu dnia. Chrucz zasypia na parę minut, ale budzi go każda zmiana pozycji. I zaczyna się etap świadomego poznawania świata. Wczoraj, po krótkiej drzemce w samochodzie, Chrucz obudził się w poznańskiej Palmiarni. Szczerze mówiąc myśleliśmy, że to będzie coś w rodzaju warszawskiej oranżerii, czyli nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Ale na szczęście nie mieliśmy racji. A Chrucz był zachwycony. Wyciągał rączki do soczyście zielonych liści. A gdy przysuwaliśmy się z nim, żeby “pogłaskał roślinkę”, błyskawicznym ruchem, ćwiczonym przez miliony lat ewolucji, rwał mięsiste liście na strzępy i z ogromną wprawą pakował je sobie do ust. Oczywiście na to już nie pozwalaliśmy, więc Chrucz protestował w języku delfinów, płosząc wiekowe papugi drzemiące w klatkach.

Żeby odciągnąć uwagę Chrucza od egzotycznych i zapewne ciężko trujących pnączy, pokazałem mu staw z wielkimi karpiami. Chrucz zagulgotał zachwycony i sprawnie, rzutem ciała uwolnił się z moich objęć. Runął wprost w kierunku rozwartych ryjkowatych paszcz wystających tuż nad powierzchnią wody. Złapałem go w ostatniej chwili, ale zdołał jedną rybę pacnąć pięścią w oko.

Uciekliśmy w stronę kaktusów, gdy drogę zastąpiło nam stadko egzotycznych kur. A tuż za nimi chichoczące siostry zakonne. Chrucz wydał okrzyk bojowy i kury zastygły, jak zahipnotyzowane. Przykucnąłem, żeby pokazać dziecku koguta z głową przypominającą mopa, ale przezornie odsunąłem się na rozsądną odległość. Chrucz zmierzył ptaka wzrokiem, a potem prychnął i odwrócił się w stronę stawu z karpiami.

Gdy wracaliśmy po południu do Warszawy, spał słodko, aż do przedmieść Łodzi. A potem jego cierpliwość się skończyła. Gdy byłem już całkowicie ogłuszony zatrzymaliśmy się na parkingu i:

a. Nakarmiliśmy naszego głodomora

b. Zmieniliśmy mu pieluszkę

c. Dalej był gniewnym delfinem. O co więc chodziło?

d. O towarzystwo (Magda przesiadła się do tyłu i zaczęła szlifować repertuar chóralny)

e. O jeszcze więcej mleczka. Bo w podróży Chrucz ewidentnie głodnieje. Zwłaszcza, że zaczęły go interesować “dorosłe” posiłki. A o tym jak Chrucz potrafi wizytę w eleganckiej restauracji zamienić w piekło, napiszemy wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu