Dziecko cię ogranicza? Musisz rezygnować z drobnych przyjemności, bo On lub Ona ma dwa miesiące i wymaga nieustannej opieki? No dajcie spokój! Naprawdę można sporo zobaczyć i przeżyć jeżdżąc po świecie razem z małym obywatelem. Sprawdziliśmy to osobiście.

Mit pierwszy: Do restauracji z dzieckiem nie wpuszczają

Sami nienawidzimy rozkrzyczanych bachorów. A kiedyś, gdy Chrucza nie było jeszcze na świecie, wyszliśmy z restauracji w Kazimierzu Dolnym, bo jacyś niedorośli do swej życiowej roli rodzice, uporczywie ignorowali wyjącego pięciolatka, który w napadzie furii demolował zastawę stołową i niebezpiecznie zaczął się zbliżać do naszego stolika. Chrucz też potrafi dać popalić (choć na razie tylko lży werbalnie), ale nigdy nie był i nigdy nie będzie uciążliwy dla otoczenia. Bo nie wychowujemy go „bezstresowo” – to raz, a dwa – wiemy co robić, żeby nie wył.

Przede wszystkim tak ustawiamy plan dnia, żeby restauracja była już w czasie jego nocnego „przelotu”. Usypiamy go w samochodzie i zabieramy ze sobą delikatnie, w foteliku samochodowym. Dziecko śpi jak aniołek, a rodzice mogą delektować się elegancką kolacją. Jeśli musimy odwiedzić restaurację za dnia, to tak cyrklujemy, by dać mu zaraz po wejściu butlę.

Chrucz najedzony, to Chrucz zadowolony i jego pęd do agresji znacznie słabnie. Na podorędziu mamy też herbatkę i smoczek. Jeśli nie śpi i przejawia chęć do figli, to jedna osoba (najczęściej mama) wcina spokojnie kolację, a tata zabawia Chrucza, obserwując z filozoficznym spokojem, jak stygnie mu kaczka po prezydencku. Trudno… Lepsza zimna kaczka, niż rozdarty Chrucz.

Mit drugi: basen nie jest dla dzieci

To nie jest zachęta do pławienia się w wodzie ze szkrabem. To MY mamy pływać i grzać się w saunie. Tak jak i przed Chruczem. Nic się nie zmieniło. Na basenie jest ciepło, wilgotno i szumi woda.

Już rozumiesz? Jasne! Dziecku, minutę po wejściu na teren pływalni, zaczynają kleić się oczy. Wystarczy go tuż przedtem nakarmić, posadzić na brzegu basenu na bujanym foteliku i już spokojnie godzinka pływania dla rodziców jest gwarantowana.

Jeśli jesteśmy w ośrodku SPA, to przenosimy Chrucza znad basenu do części z saunami, stawiamy PRZED szklanymi drzwiami kabiny i nagrzewamy się tak, jak trzeba. Mamy na niego oko, a on sobie śpi w bujanym foteliku.

Mit trzeci: kąpiel tylko we własnej wanience

Może jeśli ktoś jeździ w podróż furgonetką, to wozi ze sobą plastikową wanienkę do kąpieli. Ale do naszego volvo S40 nawet nie próbowaliśmy jej wepchnąć. I dobrze, bo w wyjazdowych warunkach jest kompletnie niepotrzebna. Nie uważamy wcale, że trzeba rezygnować z mycia dziecka. Wręcz przeciwnie. Odradzamy też korzystanie z hotelowych wanien wątpliwej czystości. Natomiast za radą doświadczonych przyjaciół-podróżników, spróbowaliśmy wspólnej kąpieli z niemowlakiem pod prysznicem. Prysznic jest w każdym hotelu. Może być skomplikowanym urządzeniem hydraulicznym, może zwykłą konewką. To nie ma znaczenia. Leci z góry woda i to wystarczy. Jedna osoba (jakoś tak się składa, że najczęściej tata) wchodzi pod wodę i ustala temperaturę. Mama podaje mu dziecko. Tata chwyta je krzepko obiema rękami, trzecią ręką namydla, czwartą szoruje, piątą ociera zalane wodą oczka. Ale przy odrobinie wprawy operacja jest łatwa i bezbolesna. Trwa góra dwie minuty. Akurat tyle, by mama mogła zrobić kilka niecenzuralnych zdjęć.

Mit czwarty: pojedziemy coś zwiedzać jak urośniesz

Jasne, że dziecko kompletnie nic z tego nie będzie pamiętało. Ale nie po to jedziemy w świat, żeby dwumiesięcznemu niemowlakowi poszerzać horyzonty, tylko dlatego, że nam to sprawia przyjemność. Zwiedzanie muzeów, galerii, czy skansenów ma być frajdą dla nas, a dziecko może współuczestniczyć, ale ma nie przeszkadzać. Od razu dajmy sobie spokój z wózkami. Do Wersalu nas w ogóle nie wpuszczą. Do Muzeum Narodowego wjedziemy, ale dopiero po pół roku pracy tam, ogarnąłem system wind i pochylni, którymi można się poruszać nie targając co kilka minut dwudziestokilogramowego wózka. Ale to jest nasze Muzeum Narodowe. Duma i nowoczesność. Większość muzeów na świecie ma schody, schodki, progi, albo taki tłok, że przeciskając się z wózkiem niechybnie zwalimy na podłogę jakąś wazę z dynastii Ming, albo urwiemy nogę Wenus.

Poza tym nie mając z dzieckiem bliskiego kontaktu skazujemy się na niespodzianki, w postaci włączenia w Chruczu syreny alarmowej. Znacznie lepiej sprawdza się chusta, lub chociażby zwykłe „narączki”. Wtedy dziecko ciekawie przygląda się światu, a my możemy w sytuacji kryzysowej przytkać go smoczkiem, zanim wrzaskiem obudzi mumię faraona.

Mit piąty: kochanie, nie mamy go gdzie przewinąć

Jak zapewne zauważyliście, najskuteczniejszą metodą okiełznania Chrucza i dania sobie czasu na kulturę, sztukę i doznania kulinarne, jest umiejętne skorelowanie tych atrakcji z terminami karmienia. Przykrą, ale nieuniknioną konsekwencją tego sposobu działania, jest konieczność usuwania produktów przemiany materii. W świecie idealnym (czyli na przykład w marketach IKEA) przewijaki znajdziemy w każdej toalecie. Zarówno damskiej, jak i męskiej. Ale świat rzadko kiedy bywa idealny, niczym kształt kottbullarów. Na szczęście nie musi.  Wystarczy kawałek powierzchni choćby częściowo płaskiej i nieco wprawy. Należy też przygotować sobie teatr działań i wszystkie dywizje pomocnicze, by jedną ręką nie szukać nerwowo w torbie wilgotnych chusteczek, gdy drugą przytrzymujemy wierzgającego energicznie Chrucza, a trzecią łapiemy brudną pieluszkę ześlizgującą się po świeżo wyczyszczonej tapicerce samochodu. Jeśli wszystko przygotujemy wcześniej, a tylne siedzenie volvo przykryjemy kocykiem i tetrową pieluszką, to mamy świetny przewijak. Równie dobrze nadaje się drewniana ława (kocyk plus pieluszka niezbędne), czy zwykłe krzesło.

Jedna rada: jeśli w toalecie w restauracji nie ma przewijaka, to nie próbuj czegoś naprędce kombinować. Lepiej znajdź wolne krzesło w korytarzu, czy kawałek stołu, gdzieś w bocznej sali. Uwierz mi, jeśli masz nieco przestrzeni, to ogarniesz przewijanie Chrucza w dwadzieścia sekund. Zanim ktokolwiek się zorientuje, będzie po sprawie. Dziecko, suche i zadowolone będzie rozdawać promienne uśmiechy, a ty z poczuciem dobrze wykonanej roboty, sięgniesz po kieliszek czerwonego Pinot Noir. I nikt się nawet nie domyśli, co się tu działo przed chwilą. A przewijanie dziecka w ciasnej toalecie, na wątpliwej czystości opuszczonej klapie sedesu, to masakra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu