Czerwona wstążeczka przywiązana do wózka i fotelika samochodowego, a może niebieski koralik na rączce, spluwanie przez ramię czy uniknie patrzenia na dziwne osoby? Kiedy na świat przychodzi dziecko, nawet najbardziej racjonalna kobieta zaczyna robić dziwne rzeczy.

Nie zapatrzyć się w ciąży

Zaczęło się w pierwszym trymestrze, podczas podróży do Rumunii. Przed wyjazdem naczytałam się o wampirach i wilkołakach, a podczas wyjazdu często podróżowaliśmy nocą, odwiedzaliśmy stare cmentarze, dom narodzenia Draculi i jego domniemany grób. Ale najgorsze dla przyszłej mamy okazały się współczesne rumuńskie zwyczaje. Na przykład powszechne eksponowanie ciał niedawno zmarłych. Kiedy zwiedzaliśmy cerkwie kilka razy natknęliśmy się na kondukt pogrzebowy, który był jednocześnie ostatnią ucztą odbywaną wspólnie ze zmarłym. Nie mogło go zatem na niej zabraknąć. Ja patrzyłam z ciekawością, ale Sergiusz zabierał mnie jak najdalej od tych transylwańskich „atrakcji”. W końcu lepiej się nie zapatrzyć na woskowe, nieruchome ciała.

Innym razem, podczas wyjazdu do Wilna (na miesiąc przed urodzeniem Chrucza) odwiedziliśmy sanktuarium, w którym w centralnym miejscu wystawiono w szklanej trumnie doskonale zachowane zwłoki trzech świętych. Choć lubię takie mistyczne atrakcje, tym razem patrząc na relikwie poczułam się bardzo dziwnie. Myślałam, że po prostu zrobiło mi się niedobrze od upału, choć w cerkwi panował przyjemny chłód. Szybko wyszliśmy na zewnątrz, a dziwne uczucie natychmiast przeszło. Mogła być to zwykła reakcja organizmu, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiła nam się myśl, że nienarodzone jeszcze dziecko jest gdzieś pomiędzy dwoma światami, a przyszła matka może mocniej reagować na rzeczy mistyczne i nadprzyrodzone.

Ja sobie poradzę, ale moje dziecko muszę chronić

To pierwszy odruch jaki miałam po urodzeniu się naszego syna. Także w „sferze magicznej”. Ja nie bałam się nigdy przechodzenia pod drabiną, Cyganek szepczących pod nosem dziwne zaklęcia (albo po prostu przekleństwa), kiedy spławiałam je, gdy chciały powróżyć. A czarnego kota mam w domu, więc przebiega mi drogę ze dwadzieścia razy dziennie. Ale kiedy pojawił się Wili poczułam, że o ile ja sama nie boję się zjawisk nadprzyrodzonych, o tyle bezbronne maleństwo muszę chronić.

Kiedy rodzi się dziecko, prawdziwą plagą są zaglądający do wózka ciekawscy. Wszystkie młode mamy wiedzą, że w 95 procentach są to starsze kobiety. O ile nie miałam nic przeciwko leciwym sąsiadkom, które najpierw pytały czy mogą zajrzeć a potem rozczulały się nad naszym maleństwem, o tyle obce, a do tego dziwnie wyglądające i dziwnie zachowujące się kobiety a priori uznawałam za potencjalne czarownice.

Jak zaklina czarownica?

Takie spotkania najczęściej mieliśmy właśnie w podróży. Kiedy jeździliśmy z miesięcznym Chruczkiem po Dolnym Śląsku (nomen omen słynącym z legend o diabłach i wiedźmach) w jednym z miasteczek na naszej drodze jak z pod ziemi wyrosła nagle bardzo stara kobieta. Na widok maleńkiego chłopczyka zaczęła mamrotać coś pod nosem potem klasnęła w dłonie, splunęła i wykrzyknęła: „A niech się dobrze chowa!” Cóż było robić. Uznaliśmy to za dobry omen, ale na wszelki wypadek czym prędzej oddaliliśmy się szybkim krokiem. Kiedy za chwilę obejrzeliśmy się za siebie na pustej drodze nie było już nikogo…

Czerwona wstążeczka na wózku Chruczka nie pojawiła się od razu. Zawiesiliśmy ją dopiero po tym, jak w podróży kilka razy różne osoby nachylały się nad małym i mówiły, że „Ja to nic mu nie zrobię, ale on jest taki śliczny, że ktoś mógłby rzucić na niego urok…”. Przy pierwszym takim tekście prychnęłam ze zniecierpliwieniem. Drugi zignorowałam. Ale po serii takich rad uznałam, że nie ma co kusić losu. I czerwona wstążeczka zawisła na wózku i na foteliku samochodowym. Niebieski koralik ochronny który możemy założyć dziecku noszonemu bez fotelika i wózka, doradziła nam koleżanka, bułgarska hmmm… czarownica.

To chyba nie jest normalne

Podczas jednego z wyjazdów do restauracji w której zatrzymaliśmy się na obiad, weszła Cyganka. Była fatalna pogoda, w mieście i w knajpie pusto, więc od razu odeszła do nas i chciała powróżyć. Mój pierwszy odruch był zupełnie zwierzęcy – zasłoniłam Chruczka tak, żeby nie mogła na niego spojrzeć, ani on na nią. Potem krzyknęłam na kelnera, żeby coś zrobił z natrętem. Obsługa natychmiast wygnała kobiecinę na deszczową ulicę. A mnie zrobiło się głupio…

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że pierwsze tygodnie macierzyństwa zmieniły mnie w przesądną wariatkę. Na szczęście podróże z małym bardzo szybko z tego leczą. Dziś czasem zupełnie obcy ludzie opiekują się małym kiedy my nie możemy, albo biorą go na chwilę na ręce. Im więcej razem podróżujemy, tym bardziej uczymy się otwartości i tolerancji. A raczej ja się uczę, bo Chrucz ma ją przyrodzoną i uśmiecha się jasno i promiennie do każdej napotkanej osoby.

2 Komentarze. Leave new

  • Nie miałam nic przeciwko zaglądaniu do wózka, ani w przypadku pierwszej, ani drugiej córeczki. Wprost przeciwnie, uważam, że jeśli ma się coś stać, to nawet czarownica w tym nie przeszkodzi. Nawet miło mi, że zaglądali od czasu do czasu oczywiście i mówili, jakie ślicznotki, skarby wożę w wózku

    Odpowiedz
    • Masz bardzo zdrowe, racjonalne podejście. Ja, przyznaję, dostałam lekkiej paranoi i wolałam zabezpieczyć Chruczka wszelkimi możliwymi wstążeczkami. Teraz tylko można się pośmiać, że zachowywałam się jak XIX-wieczna pensjonarka, ale z drugiej strony kiedyś koleżanka opowiadała mi, że ona miała gdzieś te zabobony, dopóki jej synka naprawdę nie “zauroczył” i to uwaga – mężczyzna. Wszystko działo się całkiem niedawno w niedużym polskim miasteczku, ale jej historia brzmiała jak z mrocznych wieków średnich…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu