Nazywane „armeńskim morzem” to w jednym góry i riwiera. Ale nie ta francuska, tylko radziecka. Nad jeziorem Sewan gładko przeskakujemy ze średniowiecza do lat osiemdziesiątych XX wieku.

a

a
Nasze Śniardwy są duże? No są. To teraz wyobraźcie sobie, że Sewan jest jedenaście razy większy od Śniardw. Jak się patrzy na mapę Armenii, to zajmuje cały środek kraju. Na dodatek to jezioro górskie, które leży mniej więcej na wysokości szczytu Kasprowego Wierchu. Z Erewania prowadzi tu wygodna autostrada, ale my akurat jedziemy z południowej części Armenii, spod granicy z Górskim Karabachem. I żeby się tu dostać musimy przejechać przez przełęcz na wysokości 2500 m n.p.m.

Nasze rady:
• Zanim wyruszysz nad jezioro Sewan, upewnij się, że droga jest przejezdna.
• Zarezerwuj sobie dodatkowe pół godziny na zobaczenie karawanseraju na przełęczy Selim.
• Jeśli skusisz się na wędzoną rybkę od przydrożnego sprzedawcy, upewnij się, że masz zapas morelówki (czerwone wino nie wystarczy).
• Koniecznie zaplanuj odwiedziny w kościołach Sewanwank na niedzielę. Śpiewane nabożeństwo było jednym z naszych najwspanialszych przeżyć w Armenii.

Śnieg stopniał już na lewym pasie…

Gdzieniegdzie leży jeszcze śnieg. Najczęściej zajmując cały jeden pas asfaltowej drogi. Wili śpi, tak samo jak wtedy, gdy pokonywaliśmy jedną z najsłynniejszych górskich dróg Europy – Trasę Transfogarską.

A potem się budzi. W sam raz na to, by zobaczyć XIV-wieczny karawanseraj.

Nasze pierwsze skojarzenie, to kamienny szałas.

Mówił nam o nim polski ambasador w Erewaniu, Jerzy Marek Nowakowski. Z jego słów zrozumieliśmy, że jest trudno dostępny. Żeby się tam dostać trzeba jechać drogą, gdzie śnieg sięga po lusterka samochodu. Trochę baliśmy się, że przegapimy to niezwykłe miejsce. W końcu w Armenii oznakowanie atrakcji turystycznych jest raczej wyjątkiem, niż regułą. Na szczęście karawanseraj, czyli „schronisko” dla kupców wędrujących Jedwabnym Szlakiem, widzimy z drogi i choć faktycznie pryzmy śniegu mamy aż do lusterek, to droga z serpentynami jest przejezdna. Na przełęczy zatrzymujemy się przy niebieskiej ładzie, przy której strażnik w kufajce handluje wódeczką i zakąskami.

Strażnika przeszłości spotykamy na poboczu górskiej drogi w górach Selim.

Skromny stragan Arama. Samogon, wino, marynowane papryczki, owoce, orzechy, przetwory domowe i sery.

Aram od dwudziestu lat pilnuje budynku przypominającego z oddali góralski szałas. Wcześniej przez czterdzieści lat strażnikiem karawanseraju był jego ojciec. Aram, tak jak niemal wszyscy Ormianie, szybko się zaprzyjaźnia i lubi sobie pogadać. Tutaj to zrozumiałe. Temperatura oscyluje około zera. Jak sięgnąć wzrokiem, wokół są tylko ośnieżone góry i pusta droga. No i niski budynek z bazaltowych płyt, który z odległości stu metrów kompletnie nie wygląda na zabytek z XIV wieku.

Ale pozory mylą. Aram bierze na ręce naszego Chruczka i toruje w śniegu drogę, żeby nam pokazać karawanseraj.

Aram wziął Chruczka na ręce i zaprowadził nas do karawanseraju.

Wchodzimy do środka. Inskrypcje po staroarmeńsku i po persku (ta druga, uszkodzona przez wandali w 1991 roku, bo ozdobny język perski skojarzył się komuś z alfabetem arabskim używanym przez znienawidzonych sąsiadów – Azerów), jak tłumaczy Aram, sławią księcia Orbeliana, który za panowania szacha Abu Saida Khana, w 1332 roku wybudował to schronisko w górach Selim.

Wnętrze karawanseraju. W okopconych wnękach stały świece.

Największe pomieszczenie przeznaczone jest dla zwierząt. Kupcy wędrowali przecież Jedwabnym Szlakiem w karawanach po kilkadziesiąt wielbłądów. Do dziś zachowały się bazaltowe koryta, w które sypano paszę, i do których przywiązywano zwierzęta. Dwa mniejsze pokoje, to sypialnie dla podróżnych. W osmalonych wnękach stawiano świece. Świetlik z góry, służył też do odprowadzania dymu z palonych na posadzce ognisk.

Największe pomieszczenie karawanseraju służyło zwierzętom.

Wracamy na drogę. Chruczek nam ucieka w śnieg. Fakt, że w tym roku spędził zimę w Anglii i ma ogromną ochotę, żeby ulepić bałwana. Albo chociaż wytarzać się w śniegu.

Chruczek ucieka nam w śnieg.

Aram dorabia jako przydrożny sprzedawca. Dziś towarzyszy mu żona. Rytualnie zaprasza, żeby wpaść do niego do pobliskiej wioski „na szaszłyczek”. Ale nie obraża się, gdy mówimy, że musimy jechać, choć przecież nie wypuści nas bez podlania świeżo zadzierzgniętej przyjaźni diabelsko mocną, 60% morelówką.

Musicie spróbować mojej morelówki – mówi Aram.

Kupujemy jeszcze od niego ser w słoiku, który przez trzy miesiące fermentował w ziemi, a Chruczek dostaje od żony Arama torbę z owocami. Żegnamy się „do zobaczenia!” i jedziemy w stronę nieodległego już jeziora Sewan.

Żegnamy się z Aramem. Przez pół godziny zostaliśmy przyjaciółmi.

Przejeżdżamy przez Martuni, wyjątkowo brzydkie miasto, bez wyrazu. Ścigamy się z zachodzącym słońcem, bo do noclegu w pobliżu miasta Sewan, mamy jeszcze 70 kilometrów, a po drodze koniecznie chcemy zobaczyć cmentarz w Noratus. To wyjątkowe miejsce w Armenii. Znajduje się tu  największe pole chaczkarów.

Zjeżdżamy z przyzwoitej „obwodnicy” jeziora i natychmiast grzęźniemy w błocie. Prędkość spada do 5km/h. Omijamy wypełnione brunatną breją dziury. Wokół rozpadające się domki, pośród których stoją ozdobne rezydencje. Na podjazdach terenowe lexusy sąsiadują z wiekowymi ładami.

Noratus nad jeziorem Sewan. Jedna z głównych ulic miasteczka.

Rozglądamy się za jakimkolwiek znakiem, który kierowałby nas do jednej z największych atrakcji turystycznych Armenii. Błądzimy po wymarłym miasteczku już z pół godziny, robi się ciemno, a my nie przybliżamy się do celu. Na ulicach pusto, więc natychmiast podjeżdżamy do jedynej żywej duszy jaką dostrzegamy na błotnistej drodze.
– Jak trafić na pole chaczkarów? – pytam po rosyjsku (na znajomość angielskiego wśród miejscowych już dawno przestaliśmy liczyć). Ale i z rosyjskim przestrzeliliśmy, bo młody mężczyzna odpowiada nam coś, ale… po ormiańsku. Wskazuje przy tym kierunek ręką, więc pytanie zrozumiał i tłumaczy.
– Acha, czyli prosto, w prawo i w prawo – odpowiadam zrezygnowany już po polsku, no bo przecież w zasadzie wszystko jedno.
– Ayo – uśmiecha się zadowolony Ormianin i potwierdza ruchem głowy.
No, może i każdy w swoim języku, ale dogadaliśmy się!
I faktycznie, jedziemy prosto i dwa razy w prawo i chwilę po zachodzie słońca docieramy do cmentarza w Noratus.

Pięknie zdobione kamienie nagrobne, czyli chaczkary na cmentarzu w Noratus.

Rzadko się zdarza, żeby największą atrakcją zatopionej w błocie wioski był cmentarz. Ale w Noratus nekropolia jest wyjątkowa. Z daleka przypomina plaże Wyspy Wielkanocnej ze słynnymi posągami. To chaczkary – ozdobione, najczęściej motywem ormiańskiego krzyża, kamienie nagrobne. W Noratus jest ich prawie tysiąc, najwięcej na świecie. Legenda głosi, że gdy do jeziora Sewan zbliżały się mongolska armia Tamerlana, zdesperowani ormiańscy wieśniacy położyli na chaczkary hełmy i ustawili przed nimi miecze. Gdy z oddali najeźdźcy dostrzegli nieprzebrane szeregi uzbrojonych „obrońców”, wpadli w popłoch i uciekli.

To te nagrobne kamienie tak nastraszyły armię okrutnego Tamerlana.

Chaczkary w Noratus zaczęto ustawiać w IX wieku. W zapadającym zmierzchu wyglądają jak sceneria z horroru. Chodzimy pomiędzy nimi w milczeniu.

A potem wracamy na drogę szybkiego ruchu i pędzimy do Sewan.

– Nie masz ochoty na wędzoną rybkę? – pyta Magda.

Rzeczywiście, co chwilę mijamy zaparkowane na poboczu samochody, przy których zarośnięci sprzedawcy stoją ze skrzyniami wypełnionymi rybami przypominającymi nasze makrele.

Kupujemy (moją) kolację nad jeziorem Sewan.

W zamieszaniu, dajemy sobie wcisnąć dwie ryby, zamiast jednej. A nawet dwie i pół, bo sprzedawca dorzuca jeszcze tą, którą nas częstował na zachętę. Płacimy 4000 dram – ok. 40 złotych. Zdecydowanie za dużo, jak na „spróbowanie”. Zwłaszcza, że w hotelu Chruczek dostanie spazmów na widok „prawdziwej ryby” (spodziewał się eleganckich prostopadłościanów a la fish fingers), a Magda jedynie popatrzy na mocno przesuszone, szare mięsko i zdecyduje się dotrwać do śniadania jedynie na czerwonym winie.

No cóż… Pierwsze kęsy rybki były smaczne, ale gdybym poprzestał na przysługującej mi połówce wędzonego przysmaku, wspominałbym tę kolację znacznie milej.

Hotel „Noy Land Resort” nad jeziorem miał być prawdziwym hitem naszego wyjazdu. Magda wybierała go starannie. Niezbyt daleko od miasta, ale i nie w centrum. Właściwie ośrodek wypoczynkowy, z placem zabaw, basenem, plażą. I restauracją z kopułą niczym nowoczesne planetarium.

Ośrodek Noy Land Resort.

Nasz późny przyjazd wywołał mały popłoch wśród strażników. W recepcji nie było już nikogo. W ogóle chyba, nie było nikogo. Nowoczesna restauracja przy zamarzniętej jeszcze marinie, okazała się jedynym czynnym miejscem. Uczynny strażnik wychodzi z budki i prowadzi nas do budynku hotelu, który wygląda jak zwykły blok mieszkalny z widokiem na ustawione nad samą wodą kolorowe, drewniane domki w syberyjskim stylu.

Baliśmy się, że zmarzniemy, ale na szczęście podkręcamy kaloryfery i robi się ciepło.

Rano wychodzimy na spacer i oboje mamy wrażenie, że przez noc wskazówki zegara cofnęły się o trzydzieści pięć lat.

Plaża nad jeziorem zachęca do wesołej zabawy. Przynajmniej takie pewno było założenie…

Kurorty poza sezonem przedstawiają zwykle marny widok, ale „Noy Land Resort” jest niezwykły pod każdym względem. Słońce oświetla krajobraz jak z bajki. Szklista tafla, gdzieniegdzie jeszcze zmrożonego jeziora, a wokół ośnieżone piramidy wulkanów.

Jezioro Sewan. Łatwo tu zapomnieć, że mamy XXI wiek.

Na niebie sznury wodnego ptactwa, a na ziemi  ślady zaciekłej walki natury z cywilizacją. Infrastruktura wczasowa, ewidentnie świeża, po zimie przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Wszystko zardzewiałe, połamane, porośnięte już pierwszą, wątłą trawką.

Jak-40 po wycofaniu z linii lotniczych Armenii trafił jako atrakcja resortu turystycznego nad jeziorem Sewan.

Surowość górskiego klimatu bierze górę nad metalowymi huśtawkami, zjeżdżalniami, czy drewnianymi pomostami. Dumnie trzymają się tylko absurdalne pomniki ludzkiej władzy: jakiś czołg i zaparkowany nad wodą samolot.

Skąd pomysł, żeby w ośrodku wczasowym ustawić czołg i samolot?

Na śniadanie, w restauracji ucharakteryzowanej na salę balową Kremla, panie w stylonowych niebieskich fartuchach i w obuwiu ortopedycznym podają nam ryż z potrawką z kurczaka. Staramy się uporać z tym szybko i jedziemy zobaczyć odbijający się w tafli jeziora przepiękny kościół Sewanawank z ósmego wieku.

Sewanwank. Warto tu przyjechać w niedzielę, by posłuchać śpiewu kleryków.

W niedzielę świątynia jest pełna wiernych, a młodzi, brodaci klerycy mocnymi głosami intonują staroormiańskie pieśni. Przed kościołem starszy mężczyzna trzyma w klatce białe gołębie. Według tradycji, jeszcze starszej niż chrześcijaństwo, ale zaadoptowanej przez tutejszy kościół, można złożyć Bogu ofiarę wypuszczając na wolność białą gołębicę, niczym Noe, gdy jego arka osiadła na szczycie Araratu. Wili rwie się do „ptaszków”. Za niecałe 9 złotych kupujemy wolność gołębia, a czterolatek z przejęciem powtarza starożytny rytuał. Ptak, szczęśliwy, wzlatuje w powietrze. Podejrzewamy, że później i tak wróci do swego właściciela, ale liczy się gest. I szczęśliwy uśmiech naszego synka.

W czasie naszych rodzinnych wyjazdów korzystamy z ubezpieczenia oferowanego przez Twoja Karta Podróże. Możesz je kupić TUTAJ. Polecamy!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu