Szkoła katolicka, czy bezwyznaniowa? Czyli dylematy rodziców w Wielkiej Brytanii

  1. Strona główna
  2. Dziecko na emigracji
  3. Szkoła katolicka, czy bezwyznaniowa? Czyli dylematy rodziców w Wielkiej Brytanii

Polacy w pierwszej kolejności pytają tu zazwyczaj o szkoły katolickie. Zapewne słyszeli, albo czytali w prasie o „tym strasznym multikulti”. Czy te obawy są uzasadnione? I co ważniejsze, czy katolicka szkoła przed tym chroni?

 

Przenosząc się z małym dzieckiem do Wielkiej Brytanii mieliśmy dość mgliste pojęcie o tym, jak wygląda tu system edukacji. Już dużo więcej wiedzieliśmy o szkole średniej, bo przecież czytało się tego „Harrego Pottera”, choć nie do końca rozumieliśmy dlaczego Mały Czarodziej szedł do Hogwartu tak wcześnie. Przecież był jeszcze małym dzieciakiem! Właściwie prawie „maluszkiem”…

Z własnego doświadczenia wiedzieliśmy tylko, że rok szkolny w Anglii wygląda jakoś inaczej, bo nasza przyjaciółka spod Manchesteru wzywała nas do siebie w różnych dziwnych terminach, by na tydzień lub dwa popilnować jej kota (Humprey, to o tobie!), gdy wyjeżdżała na wakacje z mężem i dzieckiem. Jednak dopiero, gdy sprawa zaczęła nas dotyczyć bezpośrednio, na serio zgłębiliśmy temat.

I pierwsze zaskoczenie – rok szkolny na Wyspach dzieli się na trzy trymestry, a nie na dwa „półrocza” jak w Polsce. Przerwy międzysemestralne trwają tydzień (w połowie trymestru) lub dwa albo trochę więcej tygodni pomiędzy trymestrami. W sumie w ciągu roku szkolnego dzieci spędzają na nauce 190 dni.

Obowiązek szkolny jest tu od piątego do osiemnastego roku życia, czyli teoretycznie nie ma konieczności posyłania dzieci do Nursery. Ale w praktyce nawet para książęca William i Kate od tego się nie miga, bo jest tu duża świadomość tego, że im wcześniej dziecko wpadnie w ten system edukacji, tym łatwiej się do tego dostosuje i więcej osiągnie. Nauczyciele są do tego bardzo dobrze przygotowani. Mają dla dzieci czas i właściwie od pierwszych dni planują małemu człowiekowi „ścieżkę kariery”. Są nastawieni na odkrywanie talentów. Nie bez znaczenia jest też to, że natychmiast reagują na wszystkie „sygnały alarmowe”, które rodzice mogą zignorować. Nie zapomnę, jak Monika Zamachowska opowiadała mi, że o chorobie swojego synka (ma zespół Aspergera) dowiedziała się po dwóch tygodniach w brytyjskim przedszkolu, od zwykłej nauczycielki. Po przeprowadzce do Polski, przez rok walczyła o to, by lekarze potwierdzili diagnozę z UK, co uprawniało do kontynuowania leczenia dziecka. Była absolutnie przekonana, że w Polsce uznanoby po prostu jej syna za „niegrzecznego” i na tym by się skończyło, aż problemy, by się zaczęły nawarstwiać.

Podstawówkę zaczyna się na Wyspach zazwyczaj w wieku 4 lat, od klasy zerowej, czyli Reception, a jedenastolatki kończą szóstą klasę i idą do pięcioletniej szkoły średniej kończącej się GCE – Generalnym Certyfikatem Edukacji, lub egzaminami maturalnymi, czyli AS-ami.

Ważne jest, by do połowy stycznia zgłosić do jakiej szkoły, czy przedszkola zamierzamy wysłać nasze dziecko. My z tym obudziliśmy się zbyt późno i dlatego Wilhelm nie poszedł do szkoły naszego pierwszego wyboru – katolickiej St. Therese of Lisieux Primary School. Papiery złożyłem w kwietniu, czyli dużo za późno. Mogłem tak zrobić, bo nikomu tu nie zabraniają się spóźnić, ale miejsca już były zajęte. Może i dobrze, bo szkoła lokalna, w której się dzięki temu znalazł (po prostu poszedłem z nim na „dzień otwarty” i okazało się, że jest jeszcze miejsce), całkiem mi się podoba.

Czy jest duża różnica w programie nauczania szkoły katolickiej i bezwyznaniowej? Pewno większa jest (jeszcze) różnica w Polsce. Tutaj to chyba jest głównie sprawa identyfikacji. Szkoły katolickie przyjmują po prostu w pierwszej kolejności dzieci ochrzczone. Ale nie odmawia się tu edukacji protestantom, czy muzułmanom. Moi znajomi Polacy, którzy mają dziecko w katolickim przedszkolu, przeżyli szok, gdy nauczyciel zapowiedział zajęcia kulturowo-poznawcze, z okazji jakiegoś muzułmańskiego święta. W ich głosie brzmiało rozczarowanie. Szkoła katolicka i jakieś „islamy”? O co chodzi? Anglicy kompletnie nie rozumieli ich pretensji.

Liverpool nie jest chyba bardzo typowym brytyjskim miastem. Oprócz całkiem sporej diaspory wschodnioeuropejskiej (Polaków, Słowaków, Czechów, Węgrów i Rumunów), nie widzi się brytyjskiego „multikulti” tak jak to jest na ulicach Londynu, czy nawet w pobliskim Manchesterze. Nie prowadziłem szczegółowego śledztwa, ale w klasie Wilhelma, oprócz czwórki Polaków (na 15-cioro dzieci) jest chyba tylko jedno dziecko z Bliskiego Wschodu. Reszta to Anglicy. Choć pewno sporo Anglików, czy też liverpoolczyków, słysząc to, by się trochę nadąsało. Na mieście Beatlesów mocno odcisnęła swoje piętno emigracja ekonomiczna z Irlandii, w połowie XIX wieku. Dlatego jest tu zdecydowanie mniej sztywno niż w reszcie Anglii. Ludzie są gadatliwi, głośni, czasem irytujący, ale z drugiej strony bardzo przyjaźni. No i, niestety, mówią swoim dialektem „scouskim”, który dla reszty Anglików brzmi tak, jak kaszubski dla Polaków. W szkole, czy w filharmonii, usłyszymy oczywiście poprawną, piękną angielszczyznę. Ale na ulicy i w sklepach, oczy nam się nie raz szeroko otworzą.

Choć i w Nursery możemy przeżyć kulturowy szok. Co nam się przydarzyło pierwszego dnia, gdy Wilhelm poszedł do swojego nowego, angielskiego przedszkola? Przeczytacie już w poniedziałek…

10 Komentarzy. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu