Pierwszy problem na emigracji to bariera językowa. Nasze dziecko przygotowywaliśmy do jej pokonania na długo przed wyjazdem.

Jesteśmy rodzicami z pokolenia, które zdawało już sobie sprawę z wagi języka angielskiego, choć w czasach gdy byliśmy dziećmi, nic nie wskazywało, że ten język nam się do czegokolwiek przyda.

Gdy miałem trzy lata – tyle ile ma dziś nasz synek – szczytem marzeń był wyjazd do Bułgarii. Nigdy tam nie byłem. Moim rodzicom udawało się najdalej dojechać do Czechosłowacji (mieszkaliśmy kilkanaście kilometrów od granicy), ale jakiekolwiek dalsze wojaże były czystą egzotyką.

Gdy Magda miała trzy lata, generał Jaruzelski zniósł stan wojenny i można było już zacząć jeździć bez przepustek. Oczywiście nie za granicę, tylko po Polsce. Tak. Pod wieloma względami świat w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych był dla nas nawet bardziej zamknięty, niż dekadę wcześniej. Prostych angielskich słówek uczył ją tata podczas odprowadzania do przedszkola.

W podstawówce, o angielskim w szkole mogłem tylko pomarzyć. Może w Warszawie, albo tych paru naszych „metropoliach” zdarzały się cuda i jakaś rusycystka, w ramach dodatkowych godzin uczyła angielskiego, ale w mniejszych miejscowościach na te „cuda” liczyć było nie sposób.

Każdy sobie radził jak umiał. Przez jakiś czas chodziłem na lekcje angielskiego, która prowadziła na naszym osiedlu „pani doktorowa”. Nie była nauczycielką, ale dzięki niej poznałem chociaż kilka słówek. Potem zetknąłem się z językiem Szekspira dopiero w liceum. Nasz nauczyciel w młodzieńczych latach był hipisem i podróżował stopem po Stanach. Fajny gość. Jego opowieści były inspirujące, choć snuł je – niestety – po polsku. Na szczęście w tamtych czasach EMPIK-i były jeszcze „klubami międzynarodowej prasy i książki”. Można było tam pójść i spróbować poczytać żółte magazyny National Geographic. Tak się uczyłem.

Dość kombatanckich wspomnień!

Nasz syn urodził się w Warszawie w 2013 roku, czyli w kompletnie innej rzeczywistości. Było dla nas oczywiste, że od najwcześniejszych lat będzie się uczył angielskiego. Jak? Moglibyśmy go posłać choćby do przedszkola z wykładowym angielskim. Może potem do szkoły amerykańskiej, brytyjskiej, kanadyjskiej, albo izraelskiej? Trochę by nas to kosztowało, ale zetknąłby się tam na pewno z elitą. Bo oprócz dyplomatów, do tego rodzaju szkół w Warszawie posyłają swoje dzieci ci, którzy widzą sens międzynarodowej edukacji i ich po prostu na to stać.

Gdy Wili się urodził, zapobiegliwie założyliśmy specjalne subkonto, na które postanowiliśmy wpłacać pieniądze, czyli rodzaj „funduszu edukacyjnego” dla naszego syna. Na dobry początek przelaliśmy honorarium z naszej pierwszej wspólnej książki – 5.000 zł. Minęły trzy lata. Nie musicie zgadywać ile nam się udało uzbierać… Tak, przez ten czas toczyliśmy prawdziwie heroiczne boje, by tych pięciu koła nie wypłacić i nie wydać na życie.

A nie są to pieniądze, które zapewniłyby naszemu dziecku edukację w najbardziej elitarnej szkole w mieście.

Zresztą zakiełkowała nam już w głowach myśl, by przenieść się na Wyspy Brytyjskie. Choć na parę lat. Tyle, ile trzeba, by nasze dziecko zostało native speakerem. Wszystkie „za” i „przeciw” opiszę osobno, bo nie była to decyzja ani łatwa, ani szybka. Tymczasem prawie dwuletni Wili zaczął coraz więcej mówić i zrozumieliśmy, że biologiczny zegar zaczyna mu w nieubłagany sposób odliczać czas. Musieliśmy szybko podjąć jakąś decyzję, by udało się przeprowadzić projekt „dwujęzyczności”.

Podczas wspólnych podróży przysłuchiwał się naszym rozmowom, podrzucaliśmy mu słówka w językach krajów, które odwiedzaliśmy, w hotelach i restauracjach, kiedy czegoś chciał, wysyłaliśmy go z zadaniem, żeby sam sobie to zorganizował ucząc, co ma powiedzieć. Bez problemu załatwiał sobie soczek, ketchup do frytek czy zabawkę. W samolocie sam zamawiał to, co spodobało mu się w wózku z cateringiem. Oczywiście po angielsku. Ale potrzebne było rozwiązanie systemowe i codzienna, a nie tylko okazjonalna nauka.

I wtedy spadł nam z nieba iPad.

A konkretnie, wpadliśmy na pomysł, by puszczać dziecku na YouTube angielskie bajki. Początkowo były to piosenki Nursery Rhymes. Teletubbies nie bardzo się przyjęły, za to z czasem na tablecie zaczęła królować Peppa Pig, potem mały autobus Tayo, wreszcie wszystko zmiótł Fireman Sam i Super Wings.

Czy oglądanie przez dwu-trzylatka bajek na tablecie jest dobre?

Pewno nie. Ale jest skuteczne. Na pewno byłoby lepiej, gdybyśmy do swojego dziecka po prostu mówili po angielsku. Ale dla żadnego z nas nie jest to język ojczysty, więc mówienie między sobą w ten sposób było dość nienaturalne. A nasz syn jest przykładem tego, że angielskie bajki zdają egzamin. Gdy przyjechaliśmy w końcu na Wyspy, okazało się, że Wili ma całkiem spory zasób słownictwa i bezbłędnie powtarza całe frazy. Thank you Fireman Sam!

Poza tym nie ma kulturowej przepaści i nie jest tak, że Bolek i Lolek czy Reksio to jego chleb powszedni, a na widok Baa Baa Black Sheep szeroko otwiera oczy ze zdumienia. Wychował się przecież na tych samych bajkach, co jego wyspiarscy rówieśnicy. Dlatego najgłośniej ze wszystkich dzieci w klubiku dziecięcym w naszej dzielnicy, gdzie przychodzimy co tydzień na dodatkowe bezpłatne zajęcia „Learn for Life”, śpiewa Old McDonald Had a Farm. Wszystkie zwrotki. A jego wychowawca w szkole – Mr Graham, kiwa z uznaniem głową, relacjonując nam postępy syna w mówieniu i pisaniu.

No dobrze. To już wiecie, że nasz trzyletni synek poszedł do szkoły. Ale czy to jest rzeczywiście prawdziwa szkoła? Jak wygląda angielski system edukacji i czy nad Tamizą nikt nie „ratuje maluszków”? O tym – w następnym wpisie.

1 Komentarz. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu