TVN24 BiŚ: Sergiusz opowiada o męskiej przygodzie – opłynięciu Przylądka Horn

  1. Strona główna
  2. Mówią o nas
  3. TVN24 BiŚ: Sergiusz opowiada o męskiej przygodzie – opłynięciu Przylądka Horn

Dziś Sergiusz w charakterze wilka morskiego opowiadał o swoim rejsie wokół Przylądka Horn. Taki wyczyn dla żeglarza, to jak dla wspinacza zdobycie Mount Everest.

To nie była najprostsza decyzja w życiu, zgodzić się, żeby mój mąż i ojciec 2,5-letniego synka zniknął na trzy tygodnie na drugim końcu świata, by zmierzyć się z najniebezpieczniejszym żeglarskim wyzwaniem – opłynięciem Przylądka Horn. Bez telefonów, bez sms–ów, tylko z możliwością obserwowania na mapie satelitarnej punkciku pokazującego pozycję jachtu. Mierzył się z falami wysokości kamienic, wiatrami dochodzącymi do 12 stopni w skali Beauforta, bezkresnym oceanem i zdradliwymi skałami. Choć “męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”, nie powiem, żeby było mi łatwo. Ale kiedy cel został osiągnięty, byłam prawie tak samo szczęśliwa, jak chłopaki na drugiej półkuli. Sergiusz przeżył swoją męską przygodę na pokładzie jachtu Selma Expeditions i dołączył do elitarnego klubu “Hornowców”, wytrawnych żeglarzy, którzy odwiecznym obyczajem mogą pluć pod wiatr i gwizdać na pokładzie. Czego oczywiście nie robią. Ale mogą. Morskich opowieści Sergiusza możecie posłuchać na TUTAJ – na antenie TVN BiŚ w programie z cyklu “Pokaż nam świat”.

fot: Grzegorz Micuła

fot: Grzegorz Micuła

13131551_1318657811494796_1698892283250866275_o

fot: Grzegorz Micuła

To naprawdę niezwykła przygoda, więc jeśli macie takie marzenie – do dzieła. Naprawdę warto je spełnić. Relację Sergiusza z Dziennika Pokładowego Selmy pisaną “na żywo” możecie przeczytać tutaj:

Przylądek strachu


Cape Horn i Selma fot. Krzysztof Jasica

Poranek przywitał nas słoneczną pogodą. Morze było jeszcze wzburzone, ale wiatr “siadł” do zwyczajnych w tych okolicach 8 stopni w skali Beauforta. Selma śmigała po falach ścigając się ze stadem delfinów. Po lewej burcie zobaczyliśmy pierwszy ląd – Wyspy Ildefonsa. Powoli zaczęliśmy też skręcać na Wschód – kierując dziób w stronę odległej Afryki.
Nie zauważyłbym tej małej, ciemnej chmurki na horyzoncie, gdybym nie spojrzał na Krissa, który trochę zbyt długo zapatrzył się w tamtą stronę. Zdążyłem zapiąć sztormiak i nasunąć głębiej kaptur, gdy uderzył szkwał. W kilka sekund zrobiło się ciemno, a wiatr ciskał w nas wielkie, ciężkie krople. Morze rozhuśtało się, a słone bryzgi uderzyły mnie w twarz.
Zmrużyłem tylko oczy, bo nie mogłem puścić koła sterowego, o które walczyłem z jakimś niewidzialnym, powietrznym potworem, próbującym mi je wyrwać z rąk.
Ale czego można się spodziewać 30 mil od Hornu? To tu, na pobliskich skałach, albo w głębinach, leżą wraki kilkudziesięciu statków. Mówi się nawet, że to największe morskie cmentarzysko na świecie, a ludzie morza od dwóch wieków wymawiają nazwę tej wyspy z należytym szacunkiem.
Tak, to nie przejęzyczenie. Osławiony przylądek Horn to nie żaden “przylądek” tylko w istocie – wyspa. Odkryli ją żeglarze holenderscy Schouten i Le Maire w styczniu 1616 roku i ochrzcili mianem miasta, w którym rozpoczęli swoją podróż. To nie było ‘przypadkowe’ odkrycie. Holendrzy szukali innego przejścia na Pacyfik, niż Cieśnina Magellana, na którą monopol miała holenderska Kompania Wschodnio-Indyjska. A panowie Schouten i Le Maire pracowali dla konkurencyjnej Austral Company. O tym, że na południe od Ziemi Ognistej jest ocean, wiedzieli już Anglicy, bo sir Francis Drake płynął tędy, by złupić hiszpańskie galeony u wybrzeża Peru, ale nie była to wiedza powszechna, a na ówczesnych mapach Ziemia Ognista była częścią kontynentu położonego na południe od Ameryki, zwanego Terra Australis.
Droga wokół widocznej z daleka majestatycznej 425-metrowej ciemnej, granitowej ściany, opadającej wprost do burzliwego oceanu, stała się bardzo popularna w XIX wieku, w epoce wielkich żaglowców, które ze zbożem, czy saletrą krążyły między Anglią, a Australią. Parowce wybierały “skrót” przez ciasną Cieśninę Magellana, a mniej zwrotne żaglowce wolały się trzymać otwartego morza. Niezwykle silne sztormy, nabierające jeszcze szybkości spływając z andyjskich stoków w stronę oceanu, często rozbijały flotylle i rzucały bezbronne statki na skały. Ten fragment globu zdobył tak złą sławę, że w portowych tawernach zaczęto opowiadać, że tutejsze albatrosy, to dusze marynarzy, którzy zginęli przy przylądku Horn. Na wyspie, obok latarni morskiej jest pomnik albatrosa i wiersz Sary Vial:

Jam jest Albatros, czekający na ciebie
Na samym krańcu świata.
Jam jest zapomniana dusza martwego żeglarza
Który wziął kurs na Przylądek Horn
Płynąc przez oceany świata
Ale nie zginął
We wściekłych falach
Na moich skrzydłach dziś frunie
Do wieczności
Na ostatnim porywie
Antarktycznego wiatru

Wielka chwila dla nas nadeszła o godzinie 17-tej. Podpłynęliśmy pod jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie. Jak na zamówienie wyszło słońce, oświetlając granitową piramidę, która strzeże połączenia Pacyfiku i Atlantyku. Wiało i pryskało solidnie, ale w takiej chwili nic by nas nie zagoniło pod pokład. Ponad godzinę trwała na pokładzie radosna fiesta połączona z sesją fotograficzną. Piotr i Kriss mieli jeszcze jedną okazję do świętowania. Pod Hornem zamknęli pętlę wokół obu Ameryk – projekt, który zaczęli dziewięć miesięcy temu. W tym czasie przepłynęli 25 tysięcy mil. Naprawdę wielka rzecz!


Lewą burtą mijamy Horn fot. Krzysztof Jasica

Nasza podróż powoli dobiega kresu, ale to jeszcze nie koniec. Kapitan szykuje nam jeszcze jedną niespodziankę. Ale o tym… jutro.
Na razie silny szkwał przerywa zabawę. Pod wiatr suniemy na północ. W stronę domu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu